Je suis un terroriste

Kiedy 13 listopada w piątek trwały ataki terrorystyczne w Paryżu, ja miałam w Warszawie jedną z najgorszych randek w swoim życiu. Kogo może obchodzić moja nieudana randka, kiedy w Paryżu w wyniku zamachów zginęły dziesiątki osób? Jak mogę, jak w ogóle śmiem, zestawić w jednym zdaniu ataki terrorystyczne w Paryżu ze swoją nieudaną randką?

Pamiętam, gdzie byłam, kiedy dowiedziałam się o ataku na World Trade Center. Zapomniałam wiele rzeczy ze swojego życia, niemal nie pamiętam swojego dzieciństwa, a i potem, kiedy dorosłam, z moją pamięcią nie było lepiej. Nie pamiętam osób i zdarzeń. Nieustannie spotykam ludzi, z którymi rozmawiam, nie mając pojęcia, kim są, chociaż wszystko wskazuje na to, że oni o tym, kim ja jestem, wiedzą doskonale, a być może nawet o tym, kim jestem, wiedzą lepiej ode mnie samej.

Obraz tytułowy to Pablo Picasso, Śmierć Casagemasa, 1901

Nie pamiętam też, że ze swoim najlepszym przyjacielem pewnej nocy jadłam gorący bochenek chleba i rozmawiałam o rzeczach najistotniejszych, czego on nie może mi nadal wybaczyć, chociaż gorący bochenek chleba był gorący tylko tamtej nocy, a i rzeczy najistotniejsze, o których wtedy rozmawialiśmy, prawdopodobnie straciły na swojej świeżości.

Ale dzień, w którym był atak na World Trade Center pamiętam dobrze.

Pewnie każdy z nas pamięta, gdzie wtedy był. Ja byłam w Samirze – w libańskiej restauracji jadłam zupę cebulową i razem z moim (wtedy przyszłym, a dziś już byłym) mężem oglądałam nieustannie powtarzane sceny z wbijającym się samolotem w budynek WTC. Tak, byłam przerażona. Wszyscy byli przerażeni w tej restauracji, łącznie z jej libańskim właścicielem.

Wesprzyj #Medium

Pamiętam też, gdzie byłam, kiedy był zamach na redakcję Charlie Hebdo.

Byłam w Malezji. I gdzieś na Borneo, zamiast jechać podziwiać orangutany, poszłam na najdłuższy i najdroższy azjatycki manicure. I podczas gdy Malezyjki malowały mi paznokcie na kolor złoty, trwał atak na redakcję Charlie Hebdo. A potem siedziałam w malezyjskim barze i oglądałam telewizję. W zasadzie patrzyłam na ekrany dwóch, wiszących obok siebie telewizorów. Na jednym ekranie było BBC – zarejestrowane kadry z zamachu przeplatano wypowiedziami komentatorów, a te przeplatano z kolei zdjęciami ofiar-bohaterów. I tak na okrągło. Na drugim ekranie tymczasem w wielkim błękicie malezyjskich wód pływał piękny, ogromny żółw. Patrzyłam raz na tego żółwia, a raz na BBC. Na zmianę, raz żółw, raz Charlie Hebdo, a potem znowu żółw i znowu Charlie Hebdo. Wtedy nie byłam już przerażona.

To znaczy pewnie byłam również przerażona, ale nawet jeśli byłam przerażona, to przerażona byłam przerażeniem zupełnie innym, niż to, które towarzyszyło mi w 2001 r. Może dlatego, że byłam po lekturze „Doktryny szoku” Naomi Klein, a może dlatego, że czytałam wtedy już również Thomasa Bernharda, Maxa Frischa, Martina Walsera… A może dlatego, że wreszcie dorosłam do powieści dla dzieci, napisanej przez Michaela Endego: „Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas”. A może z kimś po prostu dużo o tym, co się dzieje na świecie, rozmawiałam, a może dużo na ten temat sama myślałam, a myślałam głównie wtedy, kiedy uciekałam do wanny i potem w tej wannie właśnie, zanurzona jak ten wielki żółw w malezyjskich wodach, myślałam spokojnie, to znaczy niespokojnie, choć pozostawiona w spokoju przez wszystkich, którzy byli poza wanną. Nie wiem.

Wiem tylko, że wtedy na tym Borneo patrzyłam na zamach terrorystyczny na redakcję Charlie Hebdo zupełnie innymi oczami.

Te oczy, które patrzyły na walące się budynki WTC, a które były nadal moimi oczami przecież, były jednak oczami zupełnie innymi. Bo teraz widziałam coś zupełnie innego. Nie widziałam już zamachu terrorystycznego, wymierzonego w „niewinnych ludzi”, tylko…

widziałam spisek.

Tym razem nie patrzyłam też na ofiary zamachu, jak na bohaterów, bo tym razem po prostu się nie dało. Bo w przeciwieństwie do wszystkich tych, którzy natychmiast, bezrefleksyjnie, podążając za tłumem, bo za tłumem łatwo podążać, a w internecie, na Facebooku, za tłumem podąża się wyjątkowo łatwo i w dodatku od razu z aplauzem tłumu, który, jak to tłum, lubi, jak się za nim podąża, no więc zamiast zmienić zdjęcie profilowe na Facebooku na: „Je suis Charlie”, zaczęłam o tym, czym się redakcja Charlie Hebdo zajmowała, czytać i to, co przeczytałam, mi się raczej nie spodobało, niż żeby mi się spodobało.

I śmieszyły mnie, tak właśnie, śmieszyły komentarze, że zamach na redakcję Charlie Hebdo to był zamach na wolność słowa. I śmieszyło mnie jeszcze bardziej to, że wielu moich znajomych, którzy na Facebooku zmienili zdjęcie profilowe na „Je suis Charlie”, utożsamili się przez to z ideami, z którymi, gdyby tylko je znali, nigdy nie chcieliby się utożsamić.

Nie zrozumcie mnie źle. Uważam, że każdy atak terrorystyczny jest wydarzeniem strasznym. I nie jest tak, że relacje z zamachów terrorystycznych nie robią na mnie wrażenia. Robią na mnie wrażenie ogromne, tak wielkie, że nie chcę tych relacji oglądać. Nie chcę oglądać zdjęć rannych i zabitych, a także po prostu takich zdjęć oglądać nie mogę.

Za każdym razem, kiedy giną, jak to się mówi, „niewinni ludzie”, to jest straszne.

Ale co to znaczy być „niewinnym”? Kim są „niewinni ludzie”, a kim są „ludzie winni”? I czy ja na pewno należę do tych „niewinnych”?

Westalka skazana na śmierć, Pietro Saja, 1820
Westalka skazana na śmierć, Pietro Saja, 1820

Kiedy zamachowcy atakowali teatr Batacan, ja siedziałam w jednym z „ukrytych” barów w centrum Warszawy. Piłam whisky w towarzystwie Amerykanina, który od kilkunastu lat żyje i pracuje w Polsce. Porzucił Chicago na rzecz Warszawy. Imigrant, znaczy się. Rozmawialiśmy i w tej, prowadzonej przez nas rozmowie, w ogóle się ze sobą nie zgadzaliśmy. Ja nie zgadzałam się z nim, a on nie zgadzał się ze mną. I to jest ok, takie rzeczy się zdarzają. Nie trzeba się przecież wcale ze sobą zgadzać, żeby miło razem spędzać czas, a żeby pić wspólnie whisky, nie trzeba się ze sobą zgadzać w ogóle, myślałam sobie, machając nogami na wysokim barowym krześle.

Nie zgadzaliśmy się w tym, co pijemy.

Ja piłam whisky, a on pił koktajle, złożone z wódki, martini i czegoś tam jeszcze. Czasem w jego kieliszku pływała śliwka, a czasem kawałek pomarańczy.

Jesteśmy inni, myślałam sobie i myślałam jeszcze, że to cudowne, że jesteśmy inni, a mimo tego potrafimy siedzieć razem, razem pić oraz jeszcze w dodatku razem rozmawiać. Rozmawialiśmy zatem i nie wiem, skąd nam się to w rozmowie wzięło, ale zazwyczaj już tak się w rozmowach dzieje, że to, skąd biorą się tematy do rozmów, tego do końca nie wiadomo, no więc rozmawialiśmy na przykład o uczeniu się języków obcych. Ja mu mówię, że nie mam talentu do uczenia się obcych języków, a on mi na to, że mam talent. Ja mu na to, że naprawdę nie mam talentu, a on mi na to, że to nie o to chodzi, czy mam talent, czy nie mam talentu, tylko chodzi o to, czy dużo nad nauką obcego języka pracuję, czy też pracuje niedużo. Pięć lat, mówię Amerykaninowi, pięć lat nad nauką języka francuskiego pracowałam, ale pracowałam na darmo oraz jeszcze pracowałam nieskutecznie, mówię, gdyż języka francuskiego nie opanowałam nawet, jak to się mówi, w stopniu podstawowym, to znaczy, że w języku francuskim nie potrafię nawet zapytać o drogę, o którą zresztą nie lubię pytać nawet w języku polskim, ojczystym znaczy się, ale załóżmy, mówię dalej, że w języku francuskim byłaby taka potrzeba, konieczność nawet, żeby o drogę zapytać, to ja, mówię Amerykaninowi, zapytać o drogę po francusku nie potrafię.

Bo jesteś leniwa, mówi do mnie Amerykanin, to znaczy mówi do mnie, że jestem: „lazy”.

Ok, myślę sobie i ok, na głos mówię, niech i tak będzie, że jestem leniwa.

Może i tak, myślę sobie, a potem jeszcze myślę sobie, że na pewno leniwa jestem i z powodu tego lenistwa języka francuskiego nie opanowałam, w związku z czym zapytać o drogę po francusku nie zapytam i drogi po francusku nie odnajdę, zagubię się na francuskiej drodze, a jak mnie ktoś na tej francuskiej drodze wreszcie odnajdzie, to ja będę mogła powiedzieć tylko: „Je ne sais pas”, gdyż rzeczywiście „Je ne sais pas”, to znaczy „Nie wiem”, a nie wiem nic w ogóle, ani tu w tym „ukrytym” barze, jak tak sobie siedzę z tym Amerykaninem, nie wiem nic, ani nie wiem nic również poza „ukrytym” barem, więc trudno, żebym wiedziała coś zagubiona na francuskiej drodze bez języka w gębie, to jest bez języka francuskiego znajomości.

A potem on, ten mój amerykański imigrant, żeby zmienić temat na mniej konfliktowy, mówi mi:

Wiesz, ja to z natury taki Żyd trochę jestem.

Jak to, pytam.

A tak to, on mi odpowiada. Bo ja nie lubię przepłacać i trochę w ogóle sknera jestem, mówi do mnie amerykański imigrant, a ja przypominam sobie wszystkich moich żydowskich przyjaciół, którzy mieszkają w Tel Awiwie i w Jerozolimie i którzy mnie tak gorliwie, życzliwie oraz jeszcze, jak by nie patrzeć, szczodrze, ugościli w swoich domach, więc nijak mi się to, co mówi do mnie mój amerykański imigrant nie zgadza z tym, co wiem o swoich żydowskich przyjaciołach.

Wiesz, mówię zatem do amerykańskiego imigranta, to, co mówisz, jest trochę stereotypowe. Nie wszyscy Żydzi, mówię jeszcze, są tacy oraz jeszcze nie wszyscy Amerykanie są tacy a tacy, nie mówiąc o tym, że również Polacy nie są jak jeden mąż oraz jak jedna żona nie są wcale.

A poza tym, mówię, co to znaczy przepłacać oraz co to znaczy jeszcze, że coś się w życiu opłaca, a inne coś nie opłaca się wcale? I co stanowi o wartości danej rzeczy, pytam jeszcze mojego amerykańskiego imigranta, gdyż najwidoczniej zebrało mi się teraz na pytania.

Weźmy na przykład, mówię dla przykładu, tę szklankę z whisky, mówię, po czym biorę w dłonie szklankę whisky i ją dla przykładu do ust podnoszę, a potem z whisky, która spływa mi teraz przełykiem w dół, aż do brzucha, dzięki czemu nie tylko w brzuchu, ale w ogóle w całym moim ciele robi się, no co tu dużo opowiadać: no po prostu robi mi się dobrze. No więc z tą whisky w brzuchu, z tą whisky w krwiobiegu, z whisky, która do mnie przyszła, ale która też od razu ode mnie odchodzi, bo ja już czuję, jak ucieka ze mnie moja whisky, a ucieka szybko i zdradliwie, ucieka przez pory skóry, no przecież wiem, przecież czuję, jak pachnie mi skóra na ramieniu, którą teraz dyskretnie wącham, kiedy tak siedzę w towarzystwie amerykańskiego imigranta i z nim sobie rozmawiam na tematy prawie filozoficzne, bo pytam wreszcie: czy ta whisky jest siebie warta?

Czy warta jest whisky ceny, którą za nią tutaj, w tym „ukrytym” barze, zapłacimy?

Martwa matka, Egon Schiele, 1910
Martwa matka, Egon Schiele, 1910

 

Nie warta jest, mówi Amerykanin, a ja kiwam głową ze zrozumieniem, ale też bez zrozumienia kiwam głową, najwidoczniej, gdyż pytam dalej:

A gdybyśmy pili tę samą whisky nie w tym tu pięknym barze, ale w ciemnej i zimnej bramie i gdybyśmy, pytam jeszcze, pili tę whisky nie w tych pięknych kryształowych szklankach, tylko pilibyśmy ją w plastikowych kubeczkach, to czy ona, ta whisky, nadal byłaby tyle samo warta, co jest warta tutaj, czy warta byłaby mniej?

Czego ty ode mnie chcesz, pyta mnie niespodziewanie amerykański imigrant, który najwidoczniej jest ciekawy, czego od niego chcę.

Ale ty się nie denerwuj, mówię do niego i się uśmiecham oraz jeszcze dla rozładowania sytuacji macham nogami na wysokim barowym krześle, a macham tak, żeby to machanie moich nóg zostało przez amerykańskiego imigranta zarejestrowane oraz jeszcze żeby to moje nóg machanie go nieco rozluźniło.

Z reguły takie machanie nóg działa, myślę sobie oraz jeszcze: dlaczego machanie nóg miałoby nie zadziałać na amerykańskiego imigranta, się zastanawiam.

Dlaczego ty jesteś taka negatywna, pyta się on agresywnie. I czego ty w ogóle ode mnie chcesz?

Rety, myślę sobie, rety, mówię, nie wiem, niczego nie chcę, dodaję, normalnie przecież rozmawiamy sobie, mówię, ale najwidoczniej normalnie sobie nie rozmawiamy, bo amerykański imigrant mówi do mnie ze złością w oczach, ze złością w sercu, ze złością w rękach: I dlaczego każesz mi pić whisky z plastikowego kubeczka?

Ale… przecież… ja… Tak, tu mnie, w środku wypowiedzi, jakby trochę zatkało, a zatyka mnie w sumie rzadko, ale też takiego ataku ze strony amerykańskiego imigranta w związku z tym przykładowym plastikowym kubeczkiem, się nie spodziewałam.

Ale przecież my tylko tu sobie rozmawiamy, mówię do amerykańskiego imigranta, który siedzi teraz odwrócony do mnie bokiem, patrzy na ludzi wokół i w ogóle już do mnie nic nie rozmawia.

Aha, myślę sobie, aha, na głos mówię i zamawiam taksówkę, a potem przywołuję kelnerkę i mówię, że będziemy płacić. A wtedy amerykański imigrant, co to od blisko siedmiu minut siedział obrażony na mnie za ten plastikowy kubek, z którego niby ja kazałam mu pić whisky, mówi: Ja zapłacę!

A ja wtedy, biorąc pod uwagę to, że amerykański imigrant nie lubi płacić, a już przepłacać to w ogóle nie lubi wcale, mówię: Ja zapłacę za siebie oraz jeszcze, że za nic nie chcę być tobie dłużna, dodaję.

Amerykański imigrant, ze względu na swoje żydowskie skłonności, od razu się zgadza. Zabiera resztę, po czym kierując rękę w moją stronę, z palcem wskazującym wycelowanym prosto we mnie, no jakby Glocka 17 trzymał w rękach, tak wyglądał ten amerykański imigrant, trzymając palec wskazujący przed moją głową, no więc z tym palcem, z tą bronią wycelowaną prosto w moją twarz, mówi do mnie: A następnym razem nie atakuj ludzi!

Po czym amerykański imigrant odchodzi, a ja zostaję i macham nogami na wysokim barowym krześle, ale macham już swoimi nogami machaniem zgoła innym, już nie erotycznym, bo teraz macham nogami na krześle, jak mała dziewczynka, gdyż rzeczywiście jestem teraz na tym barowym krześle małą dziewczynką, która ładnie się ubrała i której jest smutno, bo nikt jej nie rozumie, a najbardziej nie rozumie jej amerykański imigrant.

Joshua Morton, Zabijanie w imię...
Joshua Morton, Zabijanie w imię…

Wróciłam do domu taksówką.

Taksówkarz milczał, a w radiu leciały jakieś super przeboje, o których nie miałam pojęcia, że są super przebojami. W domu chciałam od razu iść spać. Gdybym od razu poszła spać, spałabym, jak to mówią, snem sprawiedliwego. Zamiast pójść spać jednak, zaczęłam rozmawiać przez telefon oraz jeszcze na skypie. Wtedy dowiedziałam się o zamachach w Paryżu. I zrozumiałam sens tego, co mi się przydarzyło. Kiedy terroryści atakowali teatr Batacan, ja w „ukrytym” barze w centrum Warszawy atakowałam Amerykę w postaci amerykańskiego imigranta. Wobec tego amerykańskiego imigranta, który przyjechał do Polski, żeby zabierać nam pracę oraz kobiety, użyłam siły w postaci plastikowego kubeczka i machających nóg. Jestem terrorystką, pomyślałam.

Jestem terrorystką nie tylko dlatego, że zaatakowałam niewinnego i porządnego obywatela USA. Jestem znacznie gorszą terrorystką, bo następnego dnia, w sobotę, nie zmieniłam, jak większość moich znajomych na Facebooku, zdjęcia profilowego na takie z flagą Francji w tle.

Nikt nie zmienia zdjęcia profilowego na zdjęcie z flagą syryjską albo libańską, chociaż tam codziennie giną setki cywili, pomyślałam, ponieważ jestem terrorystką, po czym nie zmieniłam zdjęcia profilowego.

Jestem terrorystką, więc nie przyłączyłam się do akcji: „Pray for Paris”. Jestem terrorystką i nie polubiłam wpisów moich znajomych, protestujących przeciwko przyjęciu uchodźców. Jestem terrorystką, bo, o zgrozo!, nie czuję nienawiści do tych, którzy strzelali w teatrze Batacan, tylko czuję nienawiść wobec tego całego, tak zwanego, systemu, więc czuję nienawiść abstrakcyjną, bo nie skierowaną wobec kogoś konkretnego, a skierowaną przeciwko kapitalistycznej rzeczywistości, w której jesteśmy zanurzeni. Jestem terrorystką, bo uważam, że za tymi atakami terrorystycznymi stoją rządy państw zachodnich, którym zależy na budowaniu antagonizmów. Jestem terrorystką najgorszego sortu, bo na usługach systemu, którego nie znoszę.

Zamiast wstać rano, a potem wysadzić ten system w powietrze, codziennie od samego rana ten system pielęgnuję, to znaczy: codziennie na ten system pracuję i codziennie z tego systemu żyję. Jestem terrorystką wreszcie, bo zamiast napisać normalny tekst o tym, jak straszne były piątkowe wydarzenia w Paryżu, piszę tekst nienormalny o nieistotnych wydarzeniach warszawskich, to jest o tym, że do porozumienia polsko-amerykańskiego w „ukrytym” barze nie doszło i że żaden pakt zawiązany nie został, więc zielonych kart dla Polaków, jak nie było, tak nie będzie nadal, sorry bardzo.

W sobotę po południu pisze do mnie Vincent, Francuz, z którym kiedyś miałam krótki, ale bardzo miły, romans. Vincent mieszka w Paryżu i oczywiście jest zasmucony i przerażony wydarzeniami poprzedniego wieczora, ale wcale o tych wydarzeniach się nie rozpisuje. Pisze za to o życiu. Oraz jeszcze o tym, czego od życia by chciał. Chciałby bardzo wielu rzeczy – tak, jak większość z nas. Ale też przecież nie chciałby rzeczy nierealnych. Chcę przyjechać do Warszawy, pisze Vincent, i cieszyć się życiem tak, jak tylko można cieszyć się życiem oraz tak, jak ty się cieszysz życiem, bo nie znam nikogo, pisze dalej Vincent, kto potrafi cieszyć się życiem, jak ty się życiem cieszyć potrafisz.

Co miałam robić? Nie mogłam mu przecież napisać, że to tylko poza, którą przyjmuję. Nie mogłam przyznać się, że cieszę się życiem tylko pozornie i tylko dlatego, że nie znam lepszego sposobu na to, żeby zapomnieć o śmierci.

No więc uśmiechnęłam się do siebie, trochę smutno, ale tylko trochę, a potem napisałam do Vincenta, że tak, że obiecuję, że będziemy cieszyć się życiem oraz napisałam mu jeszcze: przyjeżdżaj! Allez, venez!

 

 

The following two tabs change content below.