Lista polskich terrorystów zamachowców

W polskiej historii nigdy nie było tradycji królobójstwa. Ale począwszy od czasów rozbiorów terror stał się narzędziem walki o narodowe wyzwolenie i to nie tylko na ziemiach polskich…

Warto zatem przypomnieć sylwetki polskich zamachowców. Są wśród nich postacie zapomniane, a w tym kobiety, które miały nieco więcej szczęścia od swych kolegów po fachu… Zacznijmy od najdawniejszych czasów.

W epoce Piastów śmierć z rąk zamachowców poniósł w 1227 zwierzchni książę polski Leszek Biały, a następnie w 1296, w rok po koronacji, Przemysł II z Wielkopolski. W obu wypadkach zgładzili ich rodacy…

Rysunek tytułowy to „Zabicie szefa mafii”, Dave Shumate

Należy także wspomnieć o Wacławie III, tyle, że ten król Polski nigdy nie zagościł na poddanej sobie ziemi, a zasztyletował go w Ołomuńcu prawdopodobnie brandenburski najemnik Konrad z Dotensteinu. A kiedy wybiegł z królewskich komnat natychmiast został zabity, więc już nikt nie mógł z niego wyciągnąć prawdy o zleceniodawcach i motywach….

1. Mord w łaźni

leszek bialy

Wesprzyj #Medium

Po dziwnej śmierci Kazimierza Sprawiedliwego w 1194 roku do krakowskiego tronu pojawiło się kilku pretendentów. Żył i nadal politycznie był aktywny brat zmarłego Mieszko III Stary (1126-1202), najstarszy przedstawiciel dynastii Piastów i ostatni żyjący syn Bolesława III Krzywoustego, który niefortunnie podzielił państwo polskie na dzielnice. Ale do tronu mieli również prawa synowie Kazimierza, Leszek i Konrad, chociaż byli małoletni. Starszy, który przeszedł do historii jako Leszek Biały (1184/86- 1227) liczył sobie wówczas siedem wiosen, młodszy, znany jako Konrad Mazowiecki sześć.

Rzeczywistą władzę w stołecznym grodzie sprawowali więc wojewoda Mikołaj i biskup krakowski Pełka. Obu możnowładcom sprzyjał fakt, iż byli spokrewnieni, bowiem obaj wywodzili się ze starego rycerskiego rodu Lisów, choć Mikołaj występuje w niektórych źródłach jako Gryfita.

Próba siłowego rozwiązania konfliktu zakończyła się rzezią pod Mozgawą w 1195, w której żaden z pretendentów nie odniósł zwycięstwa. Węzeł gordyjski jaki zasupłał się wokół krakowskiego tronu przecięła trzy lata później wielce mądra niewiasta, wdowa po Kazimierzu Sprawiedliwym Helena, która… uznała prawa Mieszka Starego do stolca książęcego w zamian za wyznaczenie na następcę swego syna Leszka.

Sytuacja wydawała się opanowana ale w 1202 senior rodu zmarł w podeszłym wieku i kłótnie o zwierzchność nad książętami rozgorzała na nowo. Leszek Biały zwrócił się wówczas w stronę Kościoła katolickiego, a zwłaszcza arcybiskupa gnieźnieńskiego Henryka Kietlicza, który wyjednał dla niego bullę od papieża Innocentego III. A w dokumencie tym został on oficjalnie nazwany księciem krakowskim. Na niewiele się to zdało, podobnie jak przywileje nadawane Kościołowi. Nienawistnym okiem spoglądali na Leszka pomniejsi książęta jak Władysław Odonic z części Wielkopolski czy niewdzięczny Świętopełk II Wielki z Pomorza, którego Leszek Biały uczynił… namiestnikiem tej dzielnicy.

Zwołany do Gąsawy zjazd w listopadzie 1227 roku miał załatwić wszystkie spory pomiędzy krewnymi. W końcu w kraju rządził triumwirat, w skład którego weszli Leszek Biały (Małopolska), Władysław Lasonogi stryj Odonica (Wielkopolska) i Henryk I Brodaty (Śląsk). Sojuszowi temu zdawał się także sprzyjać młodszy brat Leszka, Konrad, pan Mazowsza i Kujaw.

Młodzi pretendenci nie mogli zatem dłużej czekać. Pewnego pochmurnego dnia zbrojny oddział wtargnął do Gąsawy i zaatakował całkowicie zaskoczonego Leszka Białego. Znajdował się on wtedy w… łaźni. Nagi Leszek zdołał wskoczyć na koń i pogalopować przed siebie, ale prześladowcy dopadli go w pobliskiej wiosce Marcinkowice. Nie wiadomo, czy zamachowcy sami zadźgali znienawidzone książątko czy też ten padł z wycieńczenia i szoku.

Napastnicy dosięgli również Henryka Brodatego, ale ów miał więcej szczęścia. Zasłonił go swoim ciałem osobisty „ochroniarz”, rycerz Peregryn z Wiesenburga…

Nie udało się tylko dorwać trzeciego „triumwira”, Władysława Laskonogiego, który przeczuwając nieszczęście nie przybył na spotkanie. Kilka lat później, jako prawie siedemdziesięciolatek zginął niegodnie od pchnięcia sztyletem zadanym przez młodziutką Niemkę, którą usiłował zgwałcić…

Zbrodnia Gąsowska na przeszło sześć dekad pogrążyła ziemie polskie w chaosie wojny domowej, a niegodni jej inspiratorzy aż do śmierci ukrywali się w swoich ziemiach…

2. Mord w sypialni…

Pod koniec XIII wieku ponownie obudziły się zjednoczeniowe tęsknoty wśród Piastów. Niemcy pogrążone w wojnie domowej, z której ostatecznie zwycięsko wyszedł Rudolf II Habsburg, przestały zagrażać ziemiom polskim, choć raz po raz najeżdżali je Brandenburczycy.

Nikt nikomu do końca nie ufał i na spotkania przyjeżdżało się z eskortą, bowiem dość powszechne wówczas było więzienie rywali i to w bardzo mało komfortowych warunkach.

Przekonał się o tym Henryk V Brzuchaty (Gruby, Otyły), który trafił w pułapkę, zastawioną przez swego kuzyna Henryka III Głogowskiego. Przez trzy miesiące siedział zamknięty w niewielkiej skrzyni, niemal bez ruchu, w której znajdowały się tylko dwa otwory: jeden „podawczy” dla lichej strawy, drugi dla odbioru… odchodów.

W tym czasie jego pomysłowy krewniak zmusił go do wydania dziewięciu ważnych miast wraz z przyległościami, w tym Namysłowa, Kluczborka, Oleśnicy, Chojnowa i Bierutowa. Po takiej kaźni Henryk V był wrakiem i szybko dokonał żywota, choć już jako wolny człowiek.

W tym czasie mało znany i niezbyt znaczący w politycznej układance Przemysł II (1257-1296) z Poznania poślubił szesnastoletnią księżniczkę meklemburską Ludgardę, która jednak okazała się bezpłodna.  Nie widząc perspektywy posiadania dziedzica potajemnie kazał udusić małżonkę, lub – zdaniem niektórych kronikarzy – zmiażdżyć ją dwoma głazami i po cichu pochować w katedrze gnieźnieńskiej. Bał się, aby prawda nie wyszła na jaw, bo w żyłach młodej żony płynęła krew margrabiów brandenburskich z dynastii askańskiej.

W 1295 roku arcybiskup gnieźnieński, Jakub Świnka, po 216 latach włożył królewską koronę na głowę Wielkopolanina.

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć kiedy Brandenburczycy porozumieli się z Zarembami i zdrajcami ze świty króla. Zamach zaplanowano dokładnie. Na 8 lutego 1296 roku, ostatni dzień karnawału, który monarcha zamierzał spędzić w Rogoźnie. Późnym wieczorem po całodziennych harcach i pijaństwie, kiedy Przemysł udał się na spoczynek, do jego sypialni wpadło kilkudziesięciu zbrojnych pod wodzą Jakuba Guntersberga, którzy mieli za zadanie go uprowadzić. Wywiązała się walka, gdyż zbudzony monarcha stawił opór. Ciężko rannego rzucono na koń, ale po drodze stracił tyle krwi, iż porywacze porzucili jego ciało.

Po tym zamachu władzę w Polsce na krótki przejęli czescy Przemyślidzi, ale nękani przez Władysław Łokietka odeszli w niesławie, a w 1320 na tron powrócili Piastowie…

3. Czekanem w łeb

Po śmierci Przemysła II na przeszło trzy stulecia znikło widmo królobójcy. Toteż próba zamachu na króla Zygmunta III Wazę jaka miała miejsce 15 listopada 1620 roku, pomimo pewnej komiczności swego przebiegu była w polskiej historii prawdziwym ewenementem.

Niewątpliwie celem zbrodniczego ataku był król Zygmunt III Waza. Zamachowiec Michał Piekarski (1597-1620) wykorzystał moment kiedy król opuszczał katedrę św. Jana i powracał na Zamek. Wówczas zaatakował go czekanem raniąc nieszkodliwie w głowę. W sukurs zaatakowanemu przyszedł syn monarchy i następca tronu królewicz Władysław (późniejszy Władysław IV), który rzucił się na napastnika z obnażoną szablą i ranił go w głowę. Piekarski został natychmiast ujęty i osadzony w zamkowej wieży, pełniącej rolę więzienia, a ze względu na powagę sprawy w krótkim czasie zebrał się sąd sejmowy. Tylko on jako jedyna instancja sądownicza był władny osądzić zbrodnię przeciwko majestatowi (crimen laese maiestatis). W czasie śledztwa Piekarskiego poddano torturom, chociaż jego wina nie ulegała wątpliwości. Usiłowano wydobyć z niego nazwiska wspólników, ale była to tylko czcza formalność. Piekarski uchodził za szaleńca i od samego początku było wiadomo, że działał sam.

O Michale Piekarskim mamy niewiele wzmianek w źródłach. Posiadał ponoć jakieś dobra w ziemi sandomierskiej, ale z ówczesnych zapisków wynika jednak jasno, że jeszcze przed zamachem był pozbawiony prawa dysponowania własnym majątkiem, a więc w myśl dzisiejszej terminologii prawnej był ubezwłasnowolniony. Kto sprawował nad nim kuratelę dokładnie nie wiadomo, choć w świetle ówczesnego prawa musiał to być ktoś z rodziny.

Obradom sądu sejmowego zazwyczaj przewodniczył król, ale w przypadku przestępstw przeciwko majestatowi nie mógł tego uczynić zgodnie z zasadą, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Tak więc przewodnictwo przejął marszałek wielki koronny. Asesorami tegoż sądu byli natomiast wszyscy senatorowie oraz 8 deputatów z Izby Poselskiej, zgodnie z kodyfikacją prawną z 1588 roku.

Proces Piekarskiego trwał krótko po czym zapadł jedyny możliwy wyrok: kara śmierci połączona z torturami. Na zakończeniu przewodu przewodniczący wezwał skazanego, aby pojednał się z Bogiem w obliczu śmierci i wszyscy członkowie sądu odmówili „De profundis”.

Na temat stracenia Piekarskiego zachowała się nader interesująca relacja jej świadka, litewskiego szlachcica Samuela Maskiewicza. Zgodnie z nią Piekarski był wieziony z Zamku na wozie zaprzężonym w cztery konie, a obok niego jechał kat, wybitny „fachowiec”, bowiem sprowadzony aż z Drohiczyna. Najpierw kawalkada wjechała na Krakowskie Przedmieście, potem na Rynek Starego Miasta, a może na Nowe Miasto (istnieją dwie wersje) i wreszcie zatrzymała się na rynku, gdzie już stało przygotowane „teatrum” czyli rodzaj podestu dla skazańca. Następnie kat z pomocnikami posadzili półżywą ofiarę na „dymnice z ogniem siarki weń nasypawszy”, a następnie wyprzęgli konie i przywiązali do każdego z nich jedną z kończyn Piekarskiego. Rozerwanie ciała skazanego przez konie było dość popularnym sposobem pozbawiania życia w owym czasie. Konie jednak okazały się leniwe, więc kat kolejno nacinał siekierą członki skazańca, ale i tak udało mu się tylko doprowadzić do utraty przez niego prawej nogi. Toteż udręczoną ofiarę położono na stosie i spalono. A że działo się to wszystko przy akompaniamencie straszliwych jęków i dziwnych krzyków stąd utarło się znane po dziś dzień powiedzenie „plecie jak Piekarski na mękach”.

Potem pojawiły się nawet plotki, chętnie „kolportowane” przez przekupki, że w noc po egzekucji w miejscu stosu pojawiły się ogniki niczym płomienie świec, ale jak stwierdza Maskiewicz „nie twierdzę bom nie widział, ale słyszał od różnych”.

 

Ciekawostki o Piekarskim

Po Michale Piekarskim w zamkowym skarbcu pozostała osobliwa pamiątka. Otóż znajduje się w nim ozdobna puszka z fragmentem skóry z jego głowy, którą królewicz Władysław odciął szablą w obronie ojca. Król Zygmunt III po szczęśliwym ocaleniu przekazał ją wprawdzie warszawskiemu magistratowi, ale obecnie i tak znajduje się ona w skarbcu.

Zamach Michała Piekarskiego nie przeraził za bardzo króla. Wprawdzie w 1621 po raz pierwszy w historii Warszawy wprowadzono regularną straż miejską (przedtem funkcjonowali jedynie strażnicy nocni), jednak jej utworzenie było związane z niebezpieczeństwem najazdu tureckiego, a nie obawą przed kolejną próbą zamachu. Zresztą nie była to formacja liczna, bowiem jej stan osobowy, w zależności od zasobności kasy miejskiej, wahał się od 20 do 60 ludzi, podporządkowanych komendantowi (zwanego niekiedy wachmistrzem), lub paru dziesiętnikom. W warszawskim żargonie nazywano owych strażników piechotą miejską, pachołkami lub milicją.

Zamek Królewski w Warszawie i przed i po zamachu pozostał budynkiem publicznym. Wprawdzie przed bramami prowadzącymi do niego stały straże złożone z żołnierzy regimentu gwardii koronnej, a na Dziedzińcu Przednim znajdowała się kordegarda starościńska ich zadaniem było jedynie niedopuszczanie do wnętrz zamkowych pospólstwa. Dygnitarze, urzędnicy i szlachta zawsze mieli dostęp do zamkowych komnat, choć także wewnątrz przed królewskimi apartamentami stali halabardnicy w zachodnich strojach (zwanych niemieckimi), ale ich rola była wyłącznie reprezentacyjna. Podobną funkcję pełnili uzbrojeni także w halabardy „Węgrzy marszałkowscy”, którzy trzymali straż w Sieni Przed Izbą Poselską. Najchętniej zresztą grali w kości, co zostało potwierdzone znaleziskami jednej z kostek podczas odgruzowywania Zamku w 1972.

4. Króla szablą?

Pomimo patriotycznego wydźwięku konfederacja barska była posunięciem na wskroś reakcyjnym. Szlachta, która podążyła pod jej sztandarami nie chciała żadnych reform, ograniczenia wolności szlacheckiej, a już na pewno równouprawnienia innowierców. Pomstowała na Rosję i na własnego króla, postrzegając go, nie bez racji, jako jej narzędzie.

Stąd w umysłach konfederatów zrodził się plan jego porwania…

O zamyśle uprowadzenia monarchy wiedzieli zapewne przywódcy konfederacji: biskup kamieniecki Adam Stanisław Krasiński, Michał Pac i Jerzy Augustyn Mniszech, choć za głównego inspiratora część historyków uważa Kazimierza Pułaskiego (1745-1779).

Król znalazł się pod ścisłą obserwacją spiskowców, a za najdogodniejszy moment przeprowadzenia akcji uznani późny wieczór 3 listopada 1771 roku. Wtedy właśnie monarcha udał się w odwiedziny do chorego kolegi, wielkiego kanclerza litewskiego księcia Michała Czartoryskiego, a że jego pałac znajdował się blisko Zamku Królewskiego, Stanisław August zrezygnował z oddziału ułanów, zadowalając się dwoma hajdukami, paroma oficerami, kilkorgiem dworzan i dwoma paziami oraz adiutantem, którzy jechali razem z nim w karecie.

Zamachowców było 40 (według innych źródeł 26), w tym trzech oficerów: . Walenty Łukawski (1743-1773), Stanisław Strawiński (?-1843?) i Jan Kuźma-Kosiński (1742-1822). Podzielili się na dwie grupy. Pierwsza ukryła się na Koziej, a druga zaczaiła w zakamarkach Kapitulnej. Czekali na moment, gdy królewski powóz znajdzie się na Miodowej między tymi ulicami.

Około 21.30 otoczyli i ostrzelali królewski pochód, choć w instrukcji mieli jasno powiedziane, że królowi włos nie ma spaść z głowy. W zamieszaniu zastrzelony został hajduk Jerzy Butzow (Butzeau), a jego kolega Szymon Mikulski odniósł ranę pałaszem. Król także został lekko zraniony w głowę, gdy natknął się na innego konfederata, Jana Wołyńskiego, który go nie poznał i profilaktycznie potraktował szablą.

Powstało zamieszanie. W obawie przed kozakami spiskowcy czym prędzej posadzili króla na koń, bez butów i kapelusza, i wywieźli w stronę Marymontu. Ich celem była Częstochowa. Ale nigdy do niej nie dotarli. Stopniowo wykruszali się po drodze, aż  w końcu sam jeden Kuźma-Kosiński został ze Stanisławem Augustem. Nie wiedząc, co począć, znalazł na nocleg w młynie nieopodal wsi Buraków i tam pod wpływem królewskiej perory… padł przed nim na kolana i złożył wyznanie winy.

Król wysłał wówczas przez służącego młynarza list do pułkownika gwardii pieszej koronnej Karla Cocccei z prośbą o ratunek.

Dość szybko zebrał się sąd sejmowy, a pojmany Kużma bez wahania wskazał swych wspólników. Stanisław August apelował do sędziów, aby darować obwinionym życie, ale ci okazali się nieugięci. W końcu podniesiono rękę na majestat króla! Wyrok mógł być tylko jeden: śmierć i to haniebna. Czworo oskarżony: Kazimierz Pułaski, Stanisław Strawiński, Walenty Łukawski i Józef Cybuslki zostali skazani na śmierć, pośmiertne poćwiartowanie i na końcu spalenie. Wyrok jednak okazał się niemożliwy do wykonania, gdyż dwaj pierwsi ze skazanych… zniknęli z kraju.

Pułaski odnalazł się z oceanem, gdzie poległ w bitwie pod Savannah i po dziś dzień jest bohaterem narodowym USA. Strawiński udał się do Rzymu, ponoć wstąpił do klasztoru i po latach powrócił w ojczyste strony, gdzie objął funkcję proboszcza w niewielkiej parafii. Dość łagodnie los obszedł się z Kuźmą. Skazany na banicję udał się do… Watykanu, skąd w 1804 powrócił do Warszawy i dokonał żywota w wieku lat 80 jako spokojny obywatel… Co ciekawe, przez cały pobyt za granicą otrzymywał od króla, a następnie jego spadkobierców bardzo przyzwoitą pensję.

Ale była jeszcze jedna ofiara nieudanego porwania. To żona Łukawskiego z domu Mendeńska, która miała trafić na trzy lata do zakładu zamkniętego, przy czym w poczet kary zaliczono jej dwudziestodwumiesięczny areszt. Ponadto miała być świadkiem okrutnej ceremonii egzekucji swego męża w 1773 roku. Biedaczka jednak tak się tym przejęła, że dwa dni później wyzionęła ducha.

Czas pierwszych konspiratorów…

Klęska powstania listopadowego i represje carskie po wojnie polsko-rosyjskiej w znacznej mierze ostudziły zapędy zamachowców. Rosja była potęgą i liczyły się z nią wszystkie dwory Europy. Skłócona emigracja usiłowała wprawdzie zainteresować sprawą polską Francję, Wielką Brytanię czy Turcję, ale nawet w okresie wojny krymskiej (1853-1856) nie na wiele zdały się te wysiłki. Co prawda uchodźcy, wśród których znaleźli się uczeni i podróżnicy tacy jak Ignacy Domeyko, Paweł Edmund Strzelecki czy Benedykt Dyboski przyczynili się do wzrostu wiedzy o naszym narodzie, ale nikt nie chciał się otwarcie angażować po naszej stronie mając na uwadze nadrzędny interes swojego państwa.

Kolejna klęska powstańcza w 1865 i nowa fala represji wzbudziła niechęć do konspiratorów. Romantyczni bohaterowie powoli zaczęli ustępować miejsca przedsiębiorczym zwolennikom pracy organicznej, uprzemysłowienia Królestwa Polskiego i upowszechnienia oświaty. Feudalne społeczeństwo się załamało, choć to car Aleksander II zniósł poddaństwo chłopów.

Wielka Emigracja przeżywała kryzys i kolejne podziały nie zdołały połączyć Polaków wokół jednej idei zjednoczeniowej. I właśnie wtedy w środowisku młodej inteligencji znaleźli się kolejni odważni przesiąknięci ideą pomszczenia klęsk narodowych…

Na obczyźnie znalazło się wielu działaczy niepodległościowych, choć niewielu wpadło na pomysł, aby zabić cara… Pierwszy, o którym należy wspomnieć był jednak Ignacy Chmieleński (1837-1879), syn carskiego generała. Ten młody człowiek był naprawdę zafascynowany terrorem. Jeszcze przed wybuchem powstania styczniowego zorganizował zamach na wielkiego księcia Konstantego, który pełnił funkcję namiestnika. Był wprawdzie tylko spiritus movens zamachu, gdyż strzelał czeladnik krawiecki Ludwik Jaroszyński (1840-1862), ale ten czyn ugruntował jego pozycję czołowego terrorysty. Wywinął się wprawdzie od stryczka, ale na szubienicę powędrował pechowy strzelec, gdyż książę przeżył. W tym samym roku usiłował zgładzić szefa cywilnego rządu w Królestwie Polskim margrabiego Aleksandra Wielopolskiego z pomocą dwóch równie nieudolnych wykonawców Ludwika Aleksandra Rylla (1842-1862)Jana Rzońca (1843-1862), którzy również zawiśli na stokach cytadeli.

Po wybuchu powstania przystąpił do organizacji Oddziału V Żandarmerii Narodowej, która siała postrach zarówno wśród administracji zaborcy jak i niepokornych Polaków. Z tego względu cieszyli się złą sławą i często nazywani byli żandarmami wieszającymi lub sztyletnikami, gdyż te ostra narzędzia były na ich podstawowym wyposażeniu. Byli najlepiej wyszkoleni i uzbrojeni, obeznani ze sztuką kamuflażu i często wkraczali do akcji przebrani we wrogie mundury. Z ich rąk zginął w maju 1863 reżimowy dziennikarz Józef Miniszewski, który swym piórem wspierał reformy margrabiego, w tym planowany pobór do wojska polskiej młodzieży..

13 (17) września 1863 roku Chmieleński podporządkował sobie Rząd Narodowy (RN). Tego samego dnia usiłował pozbawić na Krakowskim Przedmieściu życia generała Fiodora Berga rzucając na jego powóz bombę z okna pałacu Zamoyskich. W odwecie kozacy splądrowali dom i wyrzucili na bruk słynny fortepian Chopina. Fakt ten uwiecznił w swym pięknym wierszu Cyprian Kamil Norwid.

W końcu jego towarzysze broni mieli go dosyć i został usunięty z (RN). Zmarł na emigracji.

4. W Cara z dwururki

Antoni Berezowski (1847-1916), zubożały szlachcic, syn nauczyciela muzyki przeszedł chwalebny szlak powstańczych bitew w szwadronie wołyńskiej jazdy pod komendą Edwarda Różyckiego. W czerwcu 1864 jego oddział został rozwiązany i młody człowiek nie mając żadnych perspektyw w kraju udał się na wygnanie do Paryża. Tu podjął pracę ślusarza, ale nie przestawał myśleć o zamachu na  Aleksandra II.

Okazja nadarzyła się w 6 czerwca 1867 roku, gdy rosyjski imperator miał przybyć na uroczystą rewię w Lasku Bulońskim z okazji II Wystawy Światowej w stolicy Francji. Co więcej, uroczystość miał uświetnić król pruski Wilhelm I i rzecz jasna Napoleon III.

Berezowski, człowiek niezbyt zamożny, zakupił dwulufowy pistolet z… zapomogi i być może to stało się przyczyną jego porażki. Broń miała zbyt szerokie lufy i aby utrzymać w niej kule musiał umocować je wiórami ołowianymi, co zwiększało ryzyko fiaska. Pierwsza kula nie dosięgła celu, podczas drugiej próby lufa eksplodowała raniąc dotkliwie pechowego zamachowca w dłoń. Natychmiast został ujęty i pod zarzutem królobójstwa przekazany pod jurysdykcję Najwyższego Trybunału Sekwany.

Za taki czyn groziła tylko jedna kara, ale dzięki staraniom obrońcy Emanuela Arago, który podniósł kwestię represji na ziemiach polskich, wyrok złagodzono.  Początkowo miała być to bezterminowa katorga, ale później władze francuskie zdecydowały się zesłać go na… Nową Kaledonię, jedną ze swych zamorskich posiadłości. Tam dożył sędziwego wieku prawie 80 lat, uprawiając niewielki ogródek.

Interesujące w tej sprawie jest to, że Berezowskiego potępiła znaczna część emigracji, w tym były dyktator powstania Marian Langiewicz, konserwatywny Hotel Lambert, a nawet przyszły przywódca Komuny Paryskiej, Jarosław Dąbrowski, który uznał próbę zamachu za „pogwałcenie zasad gościnności”.

5. Bombą w cara

Ignacy Hryniewiecki (1855-1881) miał znacznie mniej szczęścia. Ten zdolny student matematyki z Sankt Petersburga już w bardzo młodym wieku związał się z organizacją terrorystyczną Narodną Wolą, dla której zamachy były chlebem powszednim.

13marca 1881 roku car miał zamiar uczestniczyć w przeglądzie wojsk w Maneżu Michajłowskim i jak zwykle udawał się tam Newskim Prospektem. Przeżył już sześć zamachów i nie miał zamiaru zmieniać trasy pomimo nalegań pułkownika Adriana Iwanowicza Dworżinskiego i radcy dworu Aleksandra Adleberga.

Tym razem do wykonania zadania wytypowano parę zespołów na wypadek komplikacji. Pierwsze bomby o 14.30 rzucił najmłodszy uczestnik zamachu, 19- letni, Nikołaj Rysakow, ale zdołał jedynie uszkodzić podwozie carskiej karocy. Kiedy car wyszedł z powozu i pogroził mu palcem kolejną bombę rzucił Hryniewiecki. Tym razem monarcha doznał poważnych obrażeń i krwotoku i po niedługim czasie zmarł. Ale wybuch okazał się śmiertelny także dla młodego bojownika…

Trudno jednak zrozumieć działania carskiej eskorty, która zamiast zabrać go do pobliskiego szpitala, przewiozła ciężko rannego do Pałacu Zimowego.

6. Zamach na prezydenta USA

Początek XX wieku zwiastował nadciągającą burzę. Stare monarchie chwiały się w posadach wstrząsane ruchami narodowowyzwoleńczymi, bądź rewolucjami jak krwawa łaźnia z lat 1905-1907. Dla obozu patriotycznego był to sygnał, że być może nadszedł czas wybicia się na niepodległość. W Galicji działał Związek Walki Czynnej i drużyny strzeleckie. W Kongresówce po cichu szykowała się do walki Polska Organizacja Wojskowa (POW). Walka zbrojna była jednak kosztowna. Od 1904 roku działała Organizacja Bojowa PPS (OB. PPS), główna sprawczyni aktów przemocy wobec rosyjskiego zaborcy. Bojownicy zasilali swą kasę dzięki doskonale zorganizowanym    napadom na furgony i wagony pocztowe. Ich ofiarą padały także kasy na stacjach kolejowych. Oczywiście w okresie rewolucji dochodziło do zamachów, choć zdarzały się także bratobójcze walki pomiędzy grupami PPS i Narodowej Partii Robotniczej (NPR).

Przesiąknięci ideami socjalistycznymi i anarchistycznymi nie cofali się  przed niczym. I dlatego w tym miejscu poczet polskich zamachowców rozpoczyna Leon Czołgosz (1873-1901), syn ubogich rolników w USA, emigrantów z Polski.

W młodości związany z grupą anarchistów „Siła”, słuchał wywrotowych wykładów Emmy Goldman (1869-1940), pochodzącej z… Kowna. Młoda buntowniczka była z kolei związana z Aleksandrem Berkmanem (1870-1936), który zasłynął postrzeleniem gubernatora stanu Nowy Jork, Henrego Ficka w odwecie za wysłanie uzbrojonej policji przeciwko strajkującym robotnikom w 1893. Oboje mieli mocno zbliżone poglądy, gdyż Berkman po odbyciu kary 14 lat więzienia poślubił swoją przyjaciółkę. A był to czas szczególny i zamachy były na porządku dziennym, choć groziła za nie kara śmierci. Taki los spotkał zabójcę króla Włoch Humberta I Gaetano Bresciego.

Nic więc dziwnego, że młody Polak przesiąkł ideologią anarchistyczną i zaplanował zamach na… prezydenta USA Williama McKinleya. Wykorzystał moment  przybycia prezydenta na Pan American Exposition w Buffalo 6 września 1901 roku i tu strzelił do niego dwukrotnie. Prezydent zmarł tydzień później.

Czołgasz nie wyraził skruchy toteż bardzo szybko został skazany na karę śmierci i równie szybko zginął na krześle elektrycznym w więzieniu w Auburn. Rodzinie odmówiono wydania ciała. Mózg wyjęto, aby zbadał je patolog, a resztę polano kwasem, aby żadne ze szczątków „obrazoburcy” nie zostało odnalezione.

7. Bombą w szefa policji

Zupełnie inne cele przyświecały bojownikom spod znaku OB. PPS. Oni walczyli za ojczyznę. Długa jest lista uczestników zamachów, w tym wielu poległych. Ale zasługująca uwagę, gdyż stali się patronami ulic jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, byli nimi po wojnie i są obecnie. A wśród nich wiele urodziwych pań, które miały znacznie więcej szczęścia od swych towarzyszy…

Stefan Okrzeja (1886-1905) należał do najodważniejszych bojowników OB PPS. Prosty chłopak, syn stróża drogowego od najmłodszych lat zarabiał w emalierni „Labor” , aby zasilić skromny budżet rodzinny.

Chrzest bojowy przeszedł 13 listopada 1904 roku na Placu Grzybowskim. Wtedy   to, po raz pierwszy od upadku powstania styczniowego, bojownicy starli się z carską policją. Niektórzy z nich, w tym Okrzeja, mieli broń i otworzyli do żandarmów ogień. Byli zabici i ranni.

8. Napad na pociąg

W marcu następnego roku Okrzeja dokonał zamachu na oberpolicmajstra Karla Nolkena. Niestety, brak doświadczenia sprawił, że rzucił ładunek za szybko i w wyniku eksplozji padł ogłuszony. Po krótkim śledztwie został powieszony. Gubernator nie skorzystał z prawa łaski, choć w obronę Okrzei zaangażował  się znany obrońca w procesach politycznych, późniejszy minister spraw zagranicznych Stanisław Patek.

Józef Montwiłł- Mirecki (1879-1908), z pochodzenia ziemianin, po relegowaniu z gimnazjum zatrudnił się jako ślusarz w Hucie Bankowej w Sosnowcu. Zasłynął jako bardzo sprawny organizator akcji ekspropriacyjnych na Terenie Królestwa Polskiego i Zagłębia. Do najważniejszych należały ataki na pociągi w Rogowie, Opatowie, pod Pruszkowem i Łapami. W sumie pozyskał ponad 200 tysięcy rubli na działalność OB. PPS.

Otoczony przez agentów Ochrany na ulicy Mokotowskiej w Warszawie usiłuje popełnić samobójstwo, ale wskutek potknięcia nie trafia w głowę, a w szczękę. Kilkakrotnie aresztowany salwuje się ucieczką, ale w końcu wskutek prowokacji trafia do X Pawilonu w Cytadeli Warszawskiej. Jak wielu innych kończy na szubienicy.

Józef Piłsudski na tyle go cenił, iż zgodził się zostać ojcem chrzestnym jego córki.

Kobiety

9. Bombą w limuzynę

Listę pań otwiera Faustyna Mokrzycka (1864- 1910), a to dlatego, że była osobą delikatną i tragiczną, która przyszła na świat w… więziennej celi katorżnika Juliana Mokrzyckiego. Celem jej zamachu był generał Lew Uthoff, prawa ręka znienawidzonego warszawskiego generał-gubernatora Gieorgija Skałona. A pomagał jej Mieczysław Mańkowski (1862-1922), twórca Pogotowia Bojowego PPS.

Przedsięwzięcie było ryzykowne, oficer przejeżdżał Świętokrzyską w ruchliwy październikowy dzień 1909 roku. Kiedy spadły bomby na jego limuzynę okazało się, że w środku go nie było, a autem jechał tylko jego brat i szofer. Wszyscy przeżyli, ale zginęły dwie przypadkowe osoby, a jedenaście zostało rannych.

Zrozpaczona dama uciekła do Krakowa i tam… zażyła cyjanek.

10. Bomba niedorzucona

Również szef Uthoffa miał dwa lata wcześniej wiele szczęścia. A był bodaj najbardziej znienawidzonym człowiekiem na tym stanowisku, gdyż na podstawie nadzwyczajnych pełnomocnictw mógł wydawać wyroki śmierci bez rozprawy sądowej, a więc niejako w trybie administracyjnym. I dość często korzystał z tej prerogatywy.

Tym razem akcję przygotowano bardzo starannie, choć jej wykonawstwo również powierzono paniom. Plan opracował wspomniany Mańkowski, a polegał on na wywabieniu Skałona z Pałacu Namiestnikowskiego. W tym celu Michał Trzos (1879-1908) przebrany za carskiego oficera miał spoliczkować na Placu Zielnym (obecnie Plac Dąbrowskiego) niemieckiego wicekonsula barona Gustawa Lerchenfelda, aby władze rosyjskie musiały go przeprosić.

Baron mieszkał przy ulicy Natolińskiej 11, a w sąsiednim mieszkaniu, na rogu Natolińskiej i Koszykowej, już zostały zainstalowane trzy wykonawczynie zamachu: Wanda Krahelska (1886-1968), Albertyna Helbertówna (1889-1968) i Zofia Owczarkówna (1887-1940).

Zadaniem Helbertówny była obserwacja ulicy i danie znaku kiedy pojawi się samochód Skałona. Krahelska i Owczarkówna miały go zabić. Kiedy limuzyna wjechała w Natolińską pierwszą bombę rzuciła Krahelska, ale ta, choć poprawnie nakierowana… nie wybuchła. Druga i trzecia eksplodowała, ale rzut Owczarkówny pozostawiał wiele do życzenia, gdyż pojazd miał nieco uszkodzony bok. Czwarty ładunek też nie eksplodował. Skałon wyszedł bez szwanku, ale paniom udało się zbiec. Dopiero później Owczarkówna trafiła do więzienia na Butyrkach w    Moskwie i opuściła je dopiero w 1917 roku na fali rewolucji lutowej.

Krahelska w czasie II wojny światowej zaangażowała się w pomoc Żydom, Helbertówna po wojnie wstąpiła do PZPR, tylko Owczarkówna przepadła w wojennej zawierusze.

Gorszy los spotkał niefortunnego „oficera” Michała Trzosa. Nie dożył zamachu. Zginął podczas ataku na Sokołów Podlaski rozerwany przez własną bombę.

11. Prezydenta w Zachęcie

Niewiadomski
Eligiusz Niewiadomski

Eligiusz Niewiadomski (1869-1923) miał naprawdę piękną biografię. Malarz, teoretyk sztuki, doskonale wykształcony humanista, znakomity uczeń Wojciecha Gersona w swoich studenckich czasach uhonorowany został dwoma srebrnymi medalami i otrzymywał nawet stypendium w wysokości 300 rubli rocznie przez   dwa lata.

Był autorem kilku świetnych prac, m.in. O sztuce średniowiecznej , a także autorem polichromii w kościele farnym w Koninie. Uczestniczył także w pracach reorganizacyjnych Towarzystwa Zachęta Sztuk Pięknych i był szanowanym recenzentem malarstwa. Na swoje nieszczęście dość wcześnie związał się z ruchem narodowym i przesiąkł ideologią Romana Dmowskiego.

W czasie wojny 1920 roku usiłował dostać się w szeregi armii, ale miał już 51 lat i jego podanie zostało odrzucone. Z uwagą śledził natomiast wydarzenia polityczne i z niepokojem obserwował wzrost znaczenia lewicy i siłę Bloku Mniejszości Narodowych w Sejmie. Uwagę swoją skupił zwłaszcza na pierwszych wyborach prezydenckich, gdyż obawiał się, że może dojść do „narodowej katastrofy”. W pierwszym głosowaniu nieomal wygrał kandydat prawicy Maurycy Zamoyski i zabrakło mu jedynie paru głosów. Niewiadomski był zaskoczony, że wyboru nie chciał przyjąć    Piłsudski, ale Naczelnik Państwa nie kwapił się do mocno ograniczonej konstytucją prezydentury.

Kolejne głosowania wzbudzały coraz większy niepokój, a piąte stało się przysłowiowym gwoździem do trumny mało znanego, a w dodatku pomawianego o kosmopolityzm kandydata Gabriela Narutowicza.

16 grudnia 1922 roku trzy strzały oddane w Zachęcie zniszczyły życie dwóch ludzi i wywarło niezatarte piętno na losy młodego państwa polskiego. Gabriel Narutowicz zginął z rąk Eligiusza Niewiadomskiego, Zamachowiec również zdecydował się na śmierć, gdy nie wyraził skruchy, ani nie prosił o łaskę. Został stracony na stokach cytadeli 31 stycznie 1923 roku, tyle że jego karę wymierzył pluton egzekucyjny.

12. Chruszczowa w Sosnowcu?

Stanisław Jaros (1932-1963) nie kochał PRL- owskiej rzeczywistości. Nie był człowiekiem wykształconym, ale zdawał sobie sprawę, że to co dzieje się wokół jest niedobre i niesprawiedliwe. Kiedy późniejsze śledztwo analizowało jego postępowania wyszło na jaw, że od wczesnej młodości źle życzył ludowemu państwu polskiemu podejmując szereg działań o charakterze sabotażowym. Początkowo były to sprawy „drobne” jak wysadzenie koparki, czy rozdzielni semaforowej lub zniszczenie słupa wysokiego napięcia czy stacji benzynowej. Ale już wtedy Kodeks karny z 1968 roku przewidywał za podobne czyny nawet najwyższy wymiar kary.

Dopiero kiedy dowiedział się o wizycie Nikity Chruszczowa, I sekretarza KC KPZR, który postanowił odwiedzić bratni naród na z okazji 15-lecia Polski Ludowej, powziął iście diabelski zamiar, który mógł odmienić bieg historii. A mianowicie postanowił wysłać go do piekła wraz z towarzyszącymi mu osobami. A w tej samej limuzynie mieli jechać I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka i I sekretarz KW w Katowicach Edward Gierek.

Jaros był samoukiem, ale stosunkowo dobrze opanował podstawy pirotechniki. Zamach miał zostać dokonany w sosnowieckiej dzielnicy Zagórze, kędy przejeżdżać będzie kawalkada oficjeli. Materiał wybuchowy wykradł z fabryki kotłów w której był zatrudniony, detonator skonstruował sam. Ładunek zainstalował na drzewie przy ulicy Armii Czerwonej… ok. 100 m od komendy MO. Być może umieścił go za wysoko, może nieco za wcześnie odpalił, ale jego plan się nie powiódł i 15 lipca 1959 roku rządowy konwój przejechał bez szwanku.

Oczywiście natychmiast wdrożono szeroko zakrojone śledztwo, powołano specjalną grupę dochodzeniową złożoną z pracowników MO i SB, ale sprawcy nie udało się odnaleźć. W mediach nie pojawiła się żadna wzmianka o jakiejkolwiek próbie zamachu, gdyż w tamtej rzeczywistości było to nie do pomyślenia. W prasie  natomiast pojawiły się entuzjastyczne teksty o wspaniałej uroczystości.

Zatrzymano kilkadziesiąt osób, próbowano niektórym postawić zarzuty, ale nie znaleziono najmniejszych nawet dowodów.

Jaros nie zrezygnował. 3 grudnia 1961 roku ponownie przygotował niespodziankę, tyle że tym razem dla Gomułki i Gierka, którzy mieli wizytować jedną z kopalń. Ale tym razem służby były lepiej przygotowane. Tylko najbliżsi mieli być poinformowani, w którym aucie będą dygnitarze. Bomba umieszczona w przydrożnym słupku znów nie zadziałała jak należy.

Zintensyfikowano śledztwo. Zaczęto typować bardzo dokładnie sprawców i w końcu udało się trafić do Stanisława Jarosa. Zawód, miejsce zamieszkania, tryb życia – zbyt wiele cech opracowanych przez śledczych się zgadzało. Jaros załamał się podczas kolejnego przesłuchania, przyznał do winy i nawet w swojej naiwności usiłował wmówić oficerom, że nie chciał… nikogo zabić. Ale dla sądu sprawa była jasna. W 1963 został skazany na śmierć przez powiedzenie. Wyrok wykonano.