W drodze do raju, którego nie ma – odcinek 2

Wszystkie używane ubrania muszą mieć certyfikaty, że zostały zdezynfekowane, trzeba znać wagę każdej sztuki odzieży i wszystkich razem, muszą być też dokładnie policzone. Używanych butów nie przyjmują w ogóle, bo są uznane za zagrożenie dla zdrowia i traktowane jako odpady. To faktycznie uniemożliwia dostarczenie pomocy do Serbii – podobno nawet samoloty z darami są odsyłane z powrotem z serbskich lotnisk, jeśli nie mają odpowiednich certyfikatów. Wytłumaczenia takiego zachowania rządu serbskiego nie zna nikt.

W czwartek o 3 w nocy dotarliśmy do Slavonskiego Brodu – nowego obozu zimowego w Chorwacji, który ma zastąpić Opatovac. Dojechaliśmy do domu dla wolontariuszy, gdzie spała już część naszej ekipy, jak również inni ludzie z całej Europy – głównie Niemcy i Czesi. Dom należy do Gabrieli, tłumaczki sądowej i organizatorki pomocy na miejscu oraz Anta, jej kuzyna ze Slavonskiego Brodu. O wszystkim oczywiście dowiedzieliśmy się z Facebooka, który w kryzysie uchodźczym jest głównym narzędziem komunikacji i koordynacji oddolnych inicjatyw. Fakt, że ktoś udostępnia swój dom grupie zupełnie obcych ludzi jeszcze kilka tygodni temu wydałby się nam nieoczywisty, ale dziś traktujemy to jak coś zupełnie naturalnego. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że Gabi jest przedstawicielką Chorwackiego Stowarzyszenia Tłumaczy Sądowych – w ten sposób staliśmy się częścią ich akcji charytatywnej. Wczoraj rano przy ich pomocy zarejestrowaliśmy się w obozie i czekamy na przepustki, które dostaniemy jutro, ale już dziś możemy zacząć pracować.

Rano obudziła nas opowieść Vlasny, chorwackiej wolontariuszki, która mówiła o bezradności pracowników Czerwonego Krzyża w obozie.

Podczas nocnej zmiany musiała za nich rozdawać koce, bo sami bali się wejść do namiotów i porozmawiać ze zmarzniętymi uchodźcami. Okazało się, że rząd chorwacki nakazał Czerwonemu Krzyżowi zatrudnienie kilkuset bezrobotnych, którzy teraz pracują w obozie, również na stanowiskach koordynatorów. W teorii wydaje się to dobrym pomysłem, ale niestety zabrakło odpowiednich szkoleń i wsparcia psychologicznego. Być może jest to też kwestia doświadczeń życiowych – zapewne większość z nich nigdy wcześniej nie miała do czynienia z ludźmi z tak innych kultur. Nas, niezależnych wolontariuszy, irytują oczywiście sztywne procedury i biurokratyczne traktowanie uchodźców, trzeba jednak uczciwie przyznać, że obóz działa dopiero dwa dni. W skomplikowanym i nagłym kryzysie o takiej skali potrzeba czasu, żeby wszystkie instytucje i organizacje zaczęły ze sobą sprawnie współpracować.

Kiedy zwiedzaliśmy obóz około godziny 13, wydawał się dość spokojny – policja sprawnie przeprowadzała małe grupy uchodźców między kolejnymi sektorami obozu. Przez ostatnie 24 h przez obóz przewinęło się 2,5 tysiąca ludzi. To mniej, niż przechodziło dziennie podczas naszego ostatniego pobytu przez granicę w Berkasovie. Przyczyną tego jest strajk greckich promów, które przestały kursować między wyspami a lądem. W związku z tym uchodźcy, którzy przypływają na Lesbos, nie mają jak przedostać się do Aten i ruszyć dalej szlakiem bałkańskim. Aktualnie właśnie na Lesbos sytuacja jest najbardziej dramatyczna, a w innych miejscach na szlaku ruch trochę się uspokoił (ale to nie znaczy, że uchodźców tam nie ma – ich liczba nadal jest bardzo wysoka).

Być może dlatego sytuacja w obozie wydaje się dobrze zorganizowana – na miejscu jest dużo policji, wojska, UNHCR i chorwacki Czerwony Krzyż, który zarządza całością z ramienia MSW. Z informacji, jakie posiadamy, obóz jest przejściowy – uchodźcy wysiadają z jednego pociągu (który przyjeżdża z serbskiego Sidu) i czekają kilka do kilkunastu godzin na kolejny pociąg do Słowenii. W międzyczasie mogą odpocząć w namiotach (wprawdzie nie wiemy na razie, czy są ogrzewane), czy skorzystać z pomocy lekarskiej. Dostają dzienny przydział jedzenia, a Czerwony Krzyż odpowiada za dystrybucję ciepłych ubrań i koców. We wszystkim pomagają też różne NGO-sy i wolontariusze. Kiedy rozmawiamy z przedstawicielem UNHCR-u, chwali organizację obozu i z dumą opowiada, że przedwczoraj urodził się tu syryjski chłopiec. Oboje z mamą są pod opieką lekarza w miejscowym szpitalu, gdzie mają zostać kilka dni, ale czują się bardzo dobrze.

Jeśli chodzi o pomoc rzeczową, ubrania i pieniądze najbardziej potrzebne są (oprócz Lesbos i innych wysp greckich) w Presevie, na granicy serbsko-macedońskiej. Niestety, serbski rząd pokrzyżował nam plany zawiezienia tam darów, wprowadzając nowe, bardzo restrykcyjne przepisy. Wszystkie używane ubrania muszą mieć certyfikaty, że zostały zdezynfekowane, trzeba znać wagę każdej sztuki odzieży i wszystkich razem, muszą być też dokładnie policzone. Używanych butów nie przyjmują w ogóle, bo są uznane za zagrożenie dla zdrowia i traktowane jako odpady. To faktycznie uniemożliwia dostarczenie pomocy do Serbii – podobno nawet samoloty z darami są odsyłane z powrotem z serbskich lotnisk, jeśli nie mają odpowiednich certyfikatów. Wytłumaczenia takiego zachowania rządu serbskiego nie zna nikt. Pytaliśmy o to innych wolontariuszy i ONZ – niektórzy snują domysły, że w ten sposób Serbia chce wywrzeć presję na Unii Europejskiej, żeby udzieliła im większej pomocy finansowej na rozwiązanie kryzysu uchodźczego. Niezależnie od tego, czy to jest prawda, cenę za te polityczne przepychanki płacą uchodźcy.

Wesprzyj #Medium

Mimo wszystko bardzo cieszą nas starania rządu chorwackiego – widać, że wyciągnęli wnioski z błędów organizacji obozu w Opatovcu i robią, co mogą, żeby znaleźć systemowe rozwiązanie kryzysu i pomóc uchodźcom. Nawet policjanci wydają się być w miarę przyjaźnie nastawieni –w porównaniu do tego, co widzieliśmy wcześniej w Serbii. Cieszy również fakt, że w Europie jest tylu ludzi chętnych do bezinteresownej pomocy – w ciągu ostatniej doby w Slavonskim Brodzie zarejestrowało się ponad 200 wolontariuszy, w tym także cudzoziemcy. Jest moc!

 

The following two tabs change content below.