Co nas wciąga? Co nas pożera? Maszyny społeczne w Polsce dzisiaj

Od kilku lat zajmujemy się wraz z Beatą Anną Polak teorią i praktyką tzw. maszyn społecznych, rozumianych jako jawne lub ukryte projekty nastawione na wciąganie w nie coraz liczniejszych ludzi i wykorzystanie, wręcz pożeranie ich energii dla zawłaszczania jak największej części przestrzeni publicznej.

Jak łatwo się domyślić, uprzywilejowanym – choć nie jedynym – polem aktywności maszyn społecznych jest publiczne życie polityczne.

To jednak nie znaczy, że projekty społecznych maszyn politycznych są w całości publicznie jawne. To właśnie ukrywana zazwyczaj skrzętnie różnica między deklarowaną i jawną ideą maszyny społecznej, a jej projektem rzeczywistym, choć niejawnym, jest „punktem diagnostycznym” społecznych maszyn politycznych, pozwalającym zobaczyć, zrozumieć i pokazać, czym one w istocie są.

Tyle w ramach minimum teorii.

Teraz oparta na niej diagnoza stanu polskiej sceny politycznej i kształtujących ją społecznych maszyn.

Skupię uwagę na czterech z nich, aktywnych i pożerających większą część społecznej energii Polaków – a przynajmniej tych spośród nas, którzy angażują się politycznie. Są to z jednej strony PiS i Razem, z drugiej KOD i .Nowoczesna. O sensie takiego podziału niżej. Trzy inne, od lat obecne na polskiej scenie politycznej: PO, PSL i Lewica właśnie utraciły swoje wewnętrzne projekty, a przynajmniej możliwość ich uskuteczniania, i obecne wegetują na scenie politycznej jako zombi; podobnie, zresztą zombi stał się na własne życzenie ruch Kukiz’15 (choć jako politycznie młody próbuje jeszcze reanimować swój umierający projekt).

Wesprzyj #Medium

Być może są to zombi na krótki czas, a nie na zawsze, ale to poza moim tu zainteresowaniem.

Dlatego owe cztery zombi-maszyny w tym artykule pomijam. Poza i ponad nimi jest jeszcze jedna, największa i dotąd najskuteczniejsza polska maszyna społeczna – czyli Kościół.

Diagnoza pokazuje, że to ona właśnie w najpoważniejszym stopniu ustanawia i cementuje nieszczęsny stan polskiego życia publicznego, obejmując także – co ważne – tę wielką część społeczeństwa, która nie angażuje się w aktywne życie polityczne. Jednakże poważna analiza społecznej maszyny Kościoła wymaga innego i bardziej złożonego podejścia niż możliwie czytelna diagnoza, którą proponuję w tym artykule. Zatem i Kościół tu pomijam.

Mamy więc cztery aktywne maszyny polityczne.

Najpierw o osi podziału PiS-Razem z jednej a KOD-.Nowoczesna z drugiej strony.

Nie jest to, jak się z pozoru wydaje, pierwotnie podział stron sceny politycznej, ale podział wynikający z typu i charakterystyki wewnętrznych projektów owych czterech maszyn. PiS i Razem to maszyny w swoim rdzeniu resentymentalne, oparte na (zazwyczaj nieprzyznawanym) poczuciu zepchnięcia, niedocenienia, skrzywdzenia i czającej się w tle klęski, ale niestety także na satysfakcji z upadku i bezsilności innych. Siła resentymentów i urazów jest w nich tak wielka, że obie, choć PiS w stopniu nierównie większym, nie są w stanie albo może nawet już nie zamierzają ukrywać swoich wewnętrznych, niejawnych projektów. KOD i Nowoczesna natomiast to w części jawnej ich projektów maszyny demokratyczno-cywilizacyjne, ale w ich nierównie ważniejszej części niejawnej – maszyny wpływu i władzy. To ostatnie w o wiele wyższym stopniu dotyczy KODu, mimo iż nie chce on być partią polityczną. Poniżej zwięzłe analizy i uzasadnienia tych diagnoz – w kolejności od przypadku najłatwiejszego (PiS) po najtrudniejszy, którym jest właśnie KOD.

PiS

Diagnoza resentymentalnego charakteru tej partyjno-środowiskowo-społecznej i zarazem z typu i charakteru religijnej maszyny, która wygrała ostatnie wybory i rządzi teraz w Polsce niepodzielnie, wydaje się łatwa – na jej resentymentalne oparcie, zarówno osobiste (Prezes i wielu innych ważnych jej eksponentów), jak i społeczne całej milionowej rzeszy ludzi, którzy sukces ten sprokurowali i teraz konsumują, zwracano już uwagę wielokrotnie i nie ma sensu tego powtarzać.

Nie jest to jednak cała prawda o projekcie PiSowskiej maszyny.

Rzecz w tym, że projekty maszyn społecznych nigdy nie są zdefiniowane raz na zawsze i nie są statyczne. Projekt PiS też nie. W chwili, w której maszyna ta uzyskała władzę, wychynęło z niej coś, co Beata Anna Polak, nawiązując do Żiżka, nazwała karnawałem nienawiści połączonej z rechotem. (Młodzi są prawicowi – twierdzą lewicowi młodzi. I winią starych. Bo chcą zająć ich miejsce. Medium#Publiczne, 12.02.2016).

Biorąc pod uwagę realne możliwości polityczne PiS, ta eksplozja nienawiści i rechotu jest rzeczywistym zagrożeniem i słusznie postępują ci, którzy próbują jej się przeciwstawić.

Równocześnie jednak ujawniany dzień po dniu prawdziwy, choć ukryty, projekt maszyny społecznej PiSu – dochodzący do głosu właśnie w owym rechocie, pokazuje, że PiS to projekt jak zawsze dotąd nieudany i skazany na szybką klęskę. Czy klęska ta nastąpi w ciągu roku, czy lat trzech, nie ma większego znaczenia. Jeśli już to istotne znaczenie ma rola w tym projekcie tych, którzy nie rechoczą, ale korzystają z obecnego zwycięstwa i równocześnie próbują pogłębić i przekierować ów PiSowski projekt ku zwycięstwom następnym – a tacy już się ujawnili (pierwszorzędną figurą jest tu Mateusz Morawiecki, którego nikt na rechocie nie złapał i nie złapie). Jeśli to oni zdołają przejąć ów projekt, to biada nam wszystkim, jeśli nie, to wprawdzie nikt na razie nie potrafi przewidzieć, kiedy i jak to się skończy, i ile za to zapłacimy, ale coraz bardziej widoczna różnica między deklaracjami, a chcący czy niechcący ujawnianą zakłamaną rzeczywistością pokazuje, że koniec tej zatchniętej własnym sukcesem maszyny jest już na horyzoncie.

Razem

Dlaczego Razem jest maszyną społeczną opartą na resentymencie?

Żeby to dostrzec, wystarczy zobaczyć, co realnie kształtuje retorykę i – co ważniejsze – decyzje eksponentów tej partii. Mówiąc najkrócej, są to co najmniej trzy resentymenty i związane z nimi kompleksy:

1. Resentyment ludzi, którzy od lat kształcą się w lewicowo ukierunkowanej analizie politycznej i społecznej, ale z którego to ich wykształcenia nic nie wynika – sądzą, że wiedzą, co powinno się wiedzieć, ale nie mają (i moim zdaniem nigdy nie będą mieli, o czym też już dawno intuicyjnie wiedzą) możliwości aplikacji swojej wiedzy.

2. Resentyment wobec skuteczności politycznej neoliberalizmu, który odpowiada za praktycznie wszystkie diagnozowane przez nich nieszczęścia. Co do tego, że odpowiada – pełna zgoda, ale resentyment bezsilnych jest złym doradcą – tym bardziej, im mocniej kieruje się przeciw tym, którzy z ukrycia naprawdę rozdają karty.

3. Resentyment wobec dotychczasowych reprezentacji politycznych lewicy w Polsce – zgoda: nieudanych albo wprost wrednych (jak w przypadku SLD).

Oficjalny i jawny projekt Razem niestety ugina się pod tymi trzema resentymentami, a jego miejsce zajmuje projekt niejawny: jesteśmy przeciw tym, którzy nas nie doceniają czy wręcz krzywdzą.

Powiem to teraz w plakatowym przerysowaniu: jeśli ktoś w obecnej realnej sytuacji politycznej, społecznej i kulturowej w Polsce mówi: wolność mniej ważna, najpierw trzeba dać ludziom jeść, jest albo niedokształcony – czego w przypadku Jana Sowy nie podejrzewam – albo próbuje w ten sposób zakryć wspomniany nie jawny projekt maszyny społecznej, której służy. Sednem tego projektu jest: nikt inny tylko my, skoro tylko my mamy rację.

Owszem w bardzo wielu obszarach swoich programowych postulatów Razem naprawdę ma rację. Nie wystarczy jednak mieć rację, trzeba ją mieć w sposób odpowiadający realiom, które zamierza się zmieniać – a to w dzisiejszej sytuacji polskiej lewicy oznacza: trzeba ją mieć razem ze wszystkimi, którzy akceptują nasze postulaty.

Mam świadków, że zapowiedziałem ostateczne niepowodzenie projektu Razem grubo przed ich względnym sukcesem wyborczym, kiedy usłyszałem, jak w imię swoich (pewnie jak wszystkie najsłuszniejszych) resentymentów odcinają się od jednoczenia polskiej lewicy.

.Nowoczesna

Przypadek nieco trudniejszy, bo realia przerosły ewidentnie pierwotny projekt tej bardzo sprawnej społecznej maszyny.

Nietrudno zauważyć, że jej pierwotny projekt jest pochodną upadku PO – i próbą znalezienia nowych, sympatycznych twarzy dla neoliberalnej polityki, możliwie dalekiej od sporów ideowych i światopoglądowych. Pomysł wypalił i skutkiem jest obecność w Sejmie kilkudziesięciu reprezentantek i reprezentantów współczesnego liberalno-demokratycznego myślenia o polityce.

Równocześnie erupcja PISowskiego szaleństwa o tyle zmodyfikowała ten projekt, że nowe twarze polityki neoliberalnej musiały przyjąć zadanie bycia nowymi i odpowiedzialnym twarzami demokracji. To jednak – przeprowadzona po mistrzowsku – akomodacja bez utraty sedna własnej maszyny społecznej. Fatalnie zmodyfikowana sytuacja polityczna stała się sprzymierzeńcem .Nowoczesnej w jej istotnym projekcie, którym jest zachowanie tyle wpływu i tyle władzy, ile tylko będzie możliwe.

Że tak jest, potwierdza, moim zdaniem, stosunkowo słabe zainteresowanie tej partii proponowaniem nowych rozwiązań prawnych i społecznych, a zarazem koncentracja uwagi na proteście przeciw demontażowi rozwiązań dotychczasowych. Można oczywiście powiedzieć, że pozytywna działalność ustawodawcza jest w obecnych warunkach skazana na niepowodzenie. To prawda, ale prawdą jest również, że pozytywny program przekraczający czy zdecydowanie modyfikujący ramy zakreślone przez poprzednio rządzących zostałby odebrany jeszcze lepiej niż utarczki sympatycznych posłanek i posłów tej partii z szaleńcami z PiSu, ale taki program nie należy do istoty projektu .Nowoczesnej. Nadto pojawiające się oznaki oddolnego rozczarowania sposobem działania tej partii i sposób reagowania na nie ze strony jej kierownictwa (bardzo podobny do opisanych niżej reakcji kierownictwa KODu), pokazują, że jest to naprawdę projekt partii władzy także w sensie strukturalnym.

KOD

Jak wspomniałem, przypadek najtrudniejszy.

Trudny przede wszystkim dlatego, że historia narodzin KODu wydaje się zjawiskiem spontanicznym, wynikającym z poruszenia wielu ludzi dramatycznymi, negatywnymi zmianami w polskim życiu publicznym, począwszy od listopada 2015 – KOD byłby więc zjawiskiem „bezprojektowym” i nie bardzo mógłby być rozpatrywany jako maszyna społeczna.

Czytaj polemikę z tym tekstem Beaty Kolis: KOD a teoria Zielonego Stolika.

Zdjętym koordynatorem była osoba bliska autorowi i wszystkie oskarżenia wysunięte pod adresem „lidera” i nowej złej maszyny działającej na szkodę ludzi zaangażowanych są zawoalowanym odwetem za odsunięcie od pełnionej funkcji i nie mają nic wspólnego z obiektywną analizą maszyny społecznej.

Muszę tu jednak wyjaśnić, że „projekty” maszyn społecznych mogą powstawać zupełnie spontanicznie, nie muszą mieć autorów, którzy je wytworzyli „przy zielonym stoliku” i aplikują wyznawcom, których udało im się pozyskać i wciągnąć.

Mam wprawdzie powody, by sądzić, że „spontaniczny” projekt KODu nie jest całkowicie wolny od ukrytego za nim „zielonego stolika”, ale pomijam to, bo nie potrafię dostarczyć dowodów. Mogę natomiast oglądać i analizować rozwój tego projektu i zmiany, jakim on podlega w użyciu (czy też w praniu) i wyciągać stąd wnioski o jego rzeczywistej naturze.

Żeby było jasne, jak o tym myślę i dlaczego wyciągam takie wnioski, jeszcze jedna niewielka dawka teorii:

Jak wspomniałem, najważniejszym punktem diagnostycznym maszyn społecznych jest różnica między ich jawnymi deklaracjami a ich faktyczną działalnością i skutkami ich działań. Różnica ta pojawia się wtedy, kiedy najbardziej świadomi współtwórcy i współużytkownicy maszyny przez swoje w niej uczestnictwo uświadamiają sobie, czego w istocie pragną i jakie możliwości otwarli uruchamiając ów projekt / maszynę społeczną. Kto pierwszy dostrzeże te możliwości, pierwszy z nich skorzysta. Wystarczy minimalny katalizator w postaci autorytetu wydającego zgodę na pójście w pożądanym kierunku, by z dotychczasowej wielkiej maszyny wyłoniła się nowa mniejsza maszyna społeczna – destabilizująca tamtą, a następnie przejmująca w części lub w całości jej rolę.

To właśnie wydarzyło się, moim zdaniem, w kilkumiesięcznej historii KOD.

Zaczęło się stosunkowo wcześnie – a tłem był sukces: masowość ruchu i siła jego demonstracji. Pierwszym aktem była próba zmarginalizowania wpływu struktur regionalnych na instancję założycielską KODu – w grupie 21 członków założycieli znalazło się tylko sześcioro przedstawicieli regionów, w tym jeden, który natychmiast dołączył do centralnego zarządu. Aktem drugim było usuwanie „niespolegliwych” koordynatorów – pierwszego decyzją lidera na podstawie bzdurnego pretekstu, a następnych kilkorga – decyzjami zarządu. Schemat działania był za każdym razem ten sam: bunt kilku osób przeciwko koordynatorom regionów z wykorzystaniem łatwych do sprokurowania pretekstów, formalnie piętnowany przez centralę, ale faktycznie przez nią akceptowany i wspierany – aż po decyzje, łamiące zasady demokratycznej społeczności. Akt trzeci to tzw. kongresy regionalne, akceptowane i współorganizowane przez zarząd, potwierdzające lub wybierające spolegliwych wobec niego koordynatorów, odbywane bez żadnych podstaw formalnych, skoro stowarzyszenie KOD nie ma wciąż jeszcze rzeczywistych i uprawnionych do udziału w wyborach członków (poza członkami-założycielami).

Jeśli decyzje o odsunięciu dotychczasowych koordynatorów podejmuje się krótko przed planowanym regionalnym kongresem wyborczym, a ów kongres, w którym uczestniczy i głosuje nieco ponad dwieście osób z kilku tysięcy zaangażowanych w KOD w regionie, odbywa się krótko przed zapowiadaną rejestracją stowarzyszenia KOD, która dałaby dopiero podstawę formalną do takich wyborów, to nie absurd (na co na pierwszy rzut oka wygląda), ale projekt – jednak nie publicznie deklarowany i jawny projekt Komitetu Obrony Demokracji, a projekt niejawnej maszyny wpływu i władzy, korzystającej z energii tego masowego ruchu. Jeśli działania te idą w parze z osłabieniem zarówno aktywności publicznej (demonstracje), jak i systematycznej działalności programowej (która niemalże nie istnieje), nie ma wątpliwości: KOD, który nadal dysponuje ogromnym kapitałem społecznym, kanalizuje ten kapitał dla uruchomienia wewnętrznej maszyny władzy i wpływu dla tych, którzy ów nowy projekt zaakceptowali. To ten projekt tworzy maszynę realną, która oczywiście nie może istnieć bez wirtualnej maszyny słusznej idei i bez napędzającego ją zaangażowania wielu tysięcy ludzi.

Ta nowa maszyna, jak wszystkie, które rodzą się w ramach spontanicznego użycia, jest sprytna. Modyfikuje swoją taktykę, kiedykolwiek dostrzeże zagrożenie dla swojego sukcesu. Temu służą np. mgliste „deklaracje ideowe” lidera, pojawiające się na oficjalnej stronie facebookowej KODu. Temu służą także nieistotne koncesje na rzecz osób dotkniętych czy zaniepokojonych realnym rozwojem sytuacji.

Diagnoza przyszłości takich działań jest jednak moim zdaniem dramatyczna. Być może spryt owej nowej maszyny pozwoli jej korzystać ze zdobytego kapitału społecznego jeszcze przez jakiś czas, tak jak się to udawało PO – ale nieuchronne rozszyfrowanie tego, co naprawdę się stało, zniszczy jedno i drugie: KOD jako organizację i jego społeczny kapitał. W realnej sytuacji społecznej i politycznej Polski będzie to strata ogromna.

Dla jasności:

Nieporozumieniem byłoby czytać moje uwagi jako totalną krytykę maszyn społecznych jako wirtuali, wciągających nas w swoje ekspansywne zamiary, a następnie pożerających i niszczących naszą energię indywidualną i społeczną.

Maszyny społeczne były, są i będą – bo są naturalną postacią społecznego działania i sensownymi środowiskami dla działających jednostek. Krytyka polega jedynie i aż na uważnym wychwytywaniu każdej różnicy między publicznymi deklaracjami maszyn politycznych, których jesteśmy uczestnikami, i kreowanym przez nie własnym obrazem, a realnie osiąganymi przez nie celami. Krytyka taka jest równocześnie samokrytyką – to my tworzymy maszyny społeczne, a one ujawniają nasze rzeczywiste, ukryte, a nie tylko otwarcie deklarowane pragnienia i żądze. Z tego punktu widzenia – powtórzę – szczególnie pilnym zadaniem jest dokładne przyjrzenie się rzeczywistemu wewnętrznemu projektowi największej i najskuteczniejszej polskiej maszyny społecznej – czyli Kościoła.

Ale, jak powiedziałem, to zadanie na inny tekst.

 

The following two tabs change content below.