Wałęsa to dla mnie Batman, Spiderman i Superman w jednym.

Może dlatego, że jestem z Trójmiasta? Może dlatego, że pamiętam lata osiemdziesiąte, że przeżyłem je osobiście, jako świadomy już uczestnik rzeczywistości. A może dlatego, że Solidarność była realizacją marzeń i aspiracji całej mojej rodziny i wszystkich, których znałem?

Wtedy, w latach osiemdziesiątych,  wszyscy byliśmy w ruchu oporu. Jedni myślą, inni mową, jeszcze inni zaniedbaniem, ale wszyscy byliśmy przeciw. Niektórzy tylko mieli odwagę być w oporze czynem. Znaliśmy ich wszystkich z imienia i nazwiska. Podziwialiśmy ich, szeptaliśmy o nich na korytarzach szkół i zakładów pracy, wspieraliśmy ich w głębi serca. Bo wszyscy marzyliśmy o Wolnej Polsce. Wolnej od komunistów i Ruskich. Wolnej od kłamstwa i socjalistycznej nowomowy. Naszej, prawdziwej, niepodległej.

Mój dziadek Władek – zajadły antykomunista – umarł w roku osiemdziesiątym trzecim nie doczekawszy się wolności. Umarł z przekonaniem, że Wałęsa jest bohaterem. Umarł z Solidarnością w sercu. Z marzeniem.

Bo Wałęsa bohaterem był. Przyzna to każdy, kto pamięta tamte czasy, ten zryw, ten powiew świeżego powietrza. W kraju, w którym większość z nas bała się wychylić, żeby nie dostać pałą, On stanął na czele związkowego ruchu. To było po prostu niewiarygodne! To było niezwykłe i wspaniałe, to było nieludzkie. Pamiętacie siebie z tamtych czasów? Pamiętacie, jak chodziliście do pracy i modliliście się, żeby dostać przydział na wczasy? Albo talon na fiata? Pamiętacie, jak baliście się żeby ktoś na was nie doniósł, żeby nie stracić roboty, żeby jakoś związać koniec z końcem? Nie oszukujmy się, skrajnym bohaterstwem było dla was opowiedzenie dowcipu o milicjantach, albo przeszmuglowanie „blondynki” do miasta – wyjaśniam: blondynka to był kryptonim świniaka.

A Wałęsa miał to jakby gdzieś. Jakby był z innej gliny zrobiony, jakby się go kule nie imały, jakby był stalowy. No czy ktoś z Was może pomyśleć na poważnie, że potrafiłby zrobić to co on? Wtedy! Nie żartujmy! Wałęsa był bohaterem, był supermanem, batmanem i spidermanem, a jak załatwił Miodowicza w debacie telewizyjnej, to wy wszyscy płakaliście jak dzieci z radości, wdzięczności i podziwu. Gdy go tłum niósł na ramionach w 81szym, tośmy wszyscy byli tym tłumem, wszyscyśmy go nieśli. I nie był on nam ciężki! Przeciwnie: wznosił nas wszystkich do nieba. Pamiętacie, jakimi wielkimi oczami patrzyliśmy na niego, gdy negocjował z Jagielskim, gdy przechytrzał władzę, zarządzał strajkiem. Pamiętacie, jak słuchaliśmy go zaczarowani, gdy jego głos docierał przez radio w sierpniu 81 roku, albo wcześniej z Wolnej Europy, lub z kaset, które kolportowano w Kościołach. To był głos mocny, męski, prawdziwy. To był nasz głos, naszego Zbawcy, naszego Supermana. To był inny głos, rzeczywisty głos, głos który nie kłamie, w którym nie ma fałszu. Po latach słuchania gładkich przemówień partyjnych, prelekcji marksistowskich, nagle mówił do nas człowiek. I głęboko w duszy wszyscy mieliśmy przekonanie, że Wałęsy nic nie pokona. Ani UB, ani SB, ani Jaruzel, ani ruskie czołgi. Po prostu było w nim coś takiego, coś takiego…

Kochaliśmy go. Pamiętacie? Kochaliśmy. Wtedy. Każdy z nas przekazał mu cząstkę duszy. On był nami wszystkimi.

Wesprzyj #Medium

Layout 1

 

Wałęsa jest naszym Mojżeszem. Wyprowadził Naród polski z niewoli egipskiej i poprowadził do Ziemi Obiecanej. Mamy teraz tę Ziemię, wzięliśmy w posiadanie i ją sobie obrabiamy. Ubijamy, okradamy, rżniemy, wałkujemy. A że tu i ówdzie z Ziemi wystaje drut, tam i sam walają się śmieci, leży psia kupa – cóż! to już są takie zwyczajne realia Ziemi, których z Egiptu nie było widać. A Wałęsa? Wałęsy nie ma. Wałęsa umarł w 89tym.

Pomyślmy o tym przez chwilę. No bo co by było, gdyby Wałęsa wziął i umarł w ’90 roku na przykład. Albo jeszcze lepiej: w trakcie obrad Okrągłego Stołu. Gdyby wziął wykitował na zawał, albo z przepicia, z przepalenia Sportami, albo od strzału w łeb z esbeckiej broni? Hę? Wyobrażacie to sobie? Gdyby tak mur berliński upadł w tydzień po Jego śmierci. Cały Naród w szoku, Wałęsa nie żyje, a jego wielki sen, jego wielka misja się zrealizowała. Jak w holiłódzkim filmie: armia wygrywa wojnę, główny bohater kona, a na ekranie napis: „w kilka dni po Jego śmierci Polska odzyskała niepodległość”.

Tak, wtedy mielibyśmy w Wałęsie Bohatera Narodowego, przy którym Spiderman to cienki Bolek. Mielibyśmy legendę i świętość narodową i niedościgły symbol męstwa, i pomnik na każdej ulicy obok każdego Jana Pawła…

W jakimś sensie historia Wałęsy kończy się wtedy, w 89 roku, gdy upadła komuna, a my wszyscy wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Zajęliśmy się handlem na straganach, wytwórczością, biznesem joint-venture, generalnie zarabianiem kasy i ustawianiem się w nowej rzeczywistości. Wtedy Wałęsa nam zniknął, gdyż nie był już potrzebny. Wszystkie kolejne zdarzenia są w zasadzie niepojęte. Jakieś skomplikowane, zagmatwane. To obalenie rządu Olszewskiego, ten Wachowski. To był już jakiś inny Wałęsa. Wałęsa polityk. Wałęsa jak Lepper, Wałęsa jak Kukiz. Pocieszny Wałęsa – facet od bon motów. Nie chcem, ale muszem… To już jest bez znaczenia.

Co chcę powiedzieć…. ano chyba to, że Wałęsa to mit. Nasz wspólny mit. I tamte czasy wspaniałe. Wałęsa z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. I rozumiem dlaczego Wałęsa broni Wałęsy. Wałęsa to rozumie. Kim jest, czym jest i czego należy bronić.

Był jeszcze tylko jeden moment, gdy Wałęsa pojawił się w naszych sercach raz jeszcze – na krótko, na kilka dni – czyli wtedy, gdy przegrał wybory z Kwaśniewskim. Z Kwaśniewskim, którego w jakimś niepojętym bladym widzie wybrał Naród. Naród właśnie. Nie agenci, nie Bolki, nie służby. A Naród. My. Wybraliśmy na prezydenta post-komunistę, nomenklaturę, służby specjalne, UBeków, dyrektorów zjednoczeń i wszystkie te mordy, któryśmy gardzili. My to zrobiliśmy. Tymi ręcami…

Tak, Wałęsa zrobił strategiczny błąd, że postanowił żyć po roku 89. Żyć w Nowej Polsce jako wesoły staruszek. Bezbronny. Właściwie każdy pies może go dziś oszczekać, każdy żul kopnąć, każdy sprzedawca może mu wcisnąć ubezpieczenie. Ot po prostu stał się taki jak każdy z nas. Taki jak ten kraj – żałosny.

To już jednak nie jest mój Wałęsa. Mój Wałęsa jest Wielki. Nie dlatego, że mam bałwochwalczy do niego stosunek, ale dlatego, że szanuję siebie i dziadka Władka.

Howgh.