Zamordowana Jolanta Brzeska oskarża – także nas. O obojętność.

1 marca minęło pięć lat od tajemniczej zbrodni – zabójstwa Jolanty Brzeskiej. Ta sprawa stanowi oskarżenie wobec warszawskich samorządowców, polityków, urzędników oraz kamieniczników. Pokazuje także, że reprywatyzacja, czyli oddawanie budynków tak zwanym „prawowitym właścicielom” wraz z lokatorami zabija i to dosłownie.

Jolanta Brzeska mieszkała w kamienicy przy ulicy Nabielaka 9 na warszawskim Mokotowie od urodzenia. Budynek po wojnie odbudowywał jej ojciec. Gdyby nie społeczna praca jego i jemu podobnych dom zostałby prawdopodobnie całkowicie wyburzony. W wyniku ostrzału artyleryjskiego i bombardowań pozostały tylko wypalone ściany. Za udział w odbudowie ojciec Jolanty Brzeskiej otrzymał zapłatę w postaci przydziału mieszkania kwaterunkowego. Rodzina przez wiele lat spokojnie mieszkała w kamienicy, dbając o lokal, odawiając go i regularnie płacąc czynsz.

W roku 2006 przy ulicy Nabielaka 9 Jolanta Brzeska mieszkała z mężem Kazimierzem. Pewnego dnia w ich mieszkaniu pojawiła się grupa ludzi twierdząca, że są oni „prawowitymi właścicielami”. Przerwali rodzinny obiad i zaczęli opowiadać jak rzekomo lokal wyglądał przed wojną.

Tajemniczy Marek M.

Wśród nich był Marek M. – dziwna postać pojawiająca się przy okazji wielu spraw reprywatyzacyjnych. Miał on reprezentować dawnych właścicieli budynku, starających się w sądzie o zwrot kamienicy odebranej im po wojnie w ramach tak zwanego Dekretu Bieruta. Marka M. nie interesowało, że przez kilkadziesiąt lat dom zamieszkiwali lokatorzy, którym mieszkania w nim przydzieliło miasto. Od początku postanowił opróżnić nieruchomość, ze zbędnego obciążenia jakie stanowili. Zaczął domagać się między innymi od rodziny Brzeskich odszkodowania za „bezumowne korzystanie z lokalu”. Stosował metody, które obecnie nazywa się działaniem „czyścicieli kamienic”. Zameldował się na przykład w lokalu zamieszkiwanym przez Brzeskich i pewnego wieczora próbował, w towarzystwie kilku osiłków, wyłamać drzwi. Wszystkim mieszkańcom utrudniał życie poprzez uniemożliwianie dostępu do wspólnych pomieszczeń i wywieranie presji psychicznej. Dawał do zrozumienia, że chce doprowadzić do ich eksmisji.

Jolanta Brzeska i jej mąż postanowili walczyć.

Wraz z lokatorami innych budynków objętych roszczeniami reprywatyzacyjnymi założyli Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. Walczyli w sądach, uczestniczyli w pikietach i nagłaśniali w mediach działania czyściciela kamienic.

Dramat lokatorów z ulicy Nabielaka 9 miał jednak miejsce przy biernej postawie władz miasta i urzędników. Nie chcieli oni wziąć odpowiedzialności za ludzi, którym przecież właśnie miasto przydzieliło lokale w tej, a nie innej kamienicy. Kolejni urzędnicy oraz politycy rozkładali ręce odsyłając zdesperowanych ludzi z kwitkiem. Radni Rady Warszawy przez dłuższy czas nie chcieli nawet podjąć tematu reprywatyzacji i jej konsekwencji. Dopiero blokada obrad Rady przez organizacje lokatorskie i szarpanina protestujących z wezwaną strażą miejską zmusiły ich do odbycia sesji nadzwyczajnej, z której jednak nic nie wynikło.

Wesprzyj #Medium

Sytuacja mieszkaniowa i rosnące roszczenia kamienicznika miały zapewne wpływ na pogorszenie stanu zdrowia Kazimierza Brzeskiego, który trafił do szpitala i zmarł. Pomimo to jego żona walczyła dalej w sądach. Starała się nawet doprowadzić do ugody z kamienicznikiem, jednak proponowane przez niego warunki były nie do przyjęcia. Miasto z kolei nie chciało zaoferować emerytce inego lokalu komunalnego zasłaniając się procedurami. Zadłużenie, którego spłaty domagał się Marek M. rosło z dnia na dzień.

1 marca 2011 roku Jolanta Brzeska zniknęła z domu.

Zaniepokojona córka próbowała powiadomić policję, która ociągała się z przyjęciem zawiadomienia o zaginięciu. Działo się tak pomimo że wiele śladów wskazywało na to, iż zaszło coś dziwnego. W domu pozostały dokumenty, telefon komórkowy, pieniądze, a nawet przygotowany obiad. Wszystko wyglądało tak, jakby Jolanta Brzeska wyszła tylko na chwilę. Dopiero po dłuższym czasie policji udało się skojarzyć jej zaginięcie ze znalezieniem w warszawskim Lesie Kabackim spalonych, niezidentyfikowanych zwłok. Do ich ropoznania policja musiała wykonać testy DNA.

Okazało się, że Jolanta Brzeska zginęła.

W związku z tym do działania przystąpiła prokuratura zakładając, że doszło do samobójstwa. Zdesperowana kobieta miała w trakcie obiadu wyjść, pojechać do lasu, oblać się łatwopalną cieczą i podpalić. Kilka dni później Marek Wierzchołowski z mokotowskiej prokuratury oświadczy, że dochodzenie toczy się w sprawie samobójstwa, lub ewentualnie… nieumyślnego spowodowania śmierci. Wersja samobójstwa utrzymała się pomimo iż na miejcu zdarzenia nie znaleziono na przykład pojemnika po łatwopalnej cieczy, którą miałaby oblać się lokatorka. Przebywający wówczas w Lesie Kabackim ludzie, twierdzący, że widzieli w okolicy podejrzanie wyglądające osoby byli przez policję zbywani. Wiele śladów zostało pominiętych. Jescze po dłuższym czasie na miejscu można było znaleźć nadpalone przedmioty należące do zabitej.

Policjanci dokonujący przeszukania w mieszkaniu przy Nabielaka nie mieli pojęcia, że w grę mógł wchodzić motyw związany z reprywatyzacją. Nie wiedzieli jakich dokumentów szukać. Pytali nawet obecnych na miejscu przedstawicieli Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów czy jest to mieszkanie własnościowe.

Znajomi Jolanty Brzeskiej musieli przez wiele tygodni dopraszać się o przesłuchanie. Gdy policja ich wzywała pytała głównie o ewentualne skłonności samobójcze zmarłej. Gdyby nie interwencja prawniczki wynajętej przez córkę Joli Brzeskiej nawet monitoring z okolicy budynku nie zostałby zabezpieczony.

Policja w charakterze świadka przesłuchała między innymi Marka M. Nie udało się jednak zabezpieczyć wszystkich śladów, na przykład znaleźć samochodu używanego przez jego pomocników. Pojazd, pomimo poszukiwań, znikł w tajemniczy sposób, rzekomo sprzedany, komu – nie wiadomo.

Na spotkaniu tuż po śmierci Jolanty Brzeskiej przedstawiciel miejskiego Biura Gospodarki Nieruchomościami, zajmującego się roszczeniami reprywatyzacyjnymi, zapytany dlaczego miasto nie udzieliło lokatorce pomocy oświadczył, że w zasadzie sprawa została zakończona, co spowodowało wściekłość obecnych przedstawicieli organizaji lokatorskich.

Sytuacja lokatorów bez zmian

Biuro Gospodarki Nieruchomościami od tamtego czasu wciąż nie wprowadziło żadnych znaczących zmian w traktowaniu roszczeń reprywatyzacyjnych oraz sprawdzaniu ich zasadności. Marek M. i kilku podobnych ludzi, zajmujących się zawodowo skupowaniem roszczeń do budynków, wciąż znajduje dojście do danych osobowych dawnych właścicieli lub ich spadkobierców. Udaje mu się nawet „odzyskać” kolejne kamienice położone w atrakcyjnych punktach miasta. Oburza się, gdy łączy się go ze sprawą Jolanty Brzeskiej, on przecież tylko chce przywrócić miastu „dawny blask”.

Śledztwo w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej zostało zawieszone w roku 2013 tuż po tym gdy biegli sądowi wydali opinię, że profil psychologiczny zmarłej niemal na pewno wyklucza samobójstwo, a zabójstwo mogło mieć związek z kwestiami reprywatyzacji.

Nie wiadomo, czy policja nadal działa na rzecz rozwiązania zagadki. Warszawscy lokatorzy wciąż mają nadzieję, że ta bulwersująca sprawa zostanie rozwiązana, a zarówno władze centralne jak i samorząd zadbają o prawne uregulowanie reprywatyzacji tak, aby mieszkańcy kamienic nie byli traktowani jako część infrastruktury, a budynki oddawane w naturze „prawowitym właścicielom”.

Jolanta Brzeska już od pięciu lat oskarża i domaga się sprawiedliwości nie tylko dla siebie, ale wszystkich pokrzywdzonych lokatorów.

The following two tabs change content below.