Nie będzie drugiego Berlina – postępowa partia Beirut Madinati przegrywa wybory w Libanie

Recykling – to słowo robi w stolicy Libanu furorę. Nie chodzi jednak o to, że mieszkańcy tego kraju stali się nagle fanatycznymi zwolennikami ekologii, ale o kryzys polityczny, który spowodował, że Bejrutczycy muszą żyć w oparach smrodu rozkładających się śmieci. Z niecierpliwością czekali, by dać temu wyraz. Czekali na wybory. Te zmieniły wszystko i nie zmieniły nic. I nie ma w tym wcale paradoksu.

Monsieur, powinien Pan ich wyrzucić

W niedzielę, 8 maja, odbyły się w Libanie wybory samorządowe. Były to pierwsze wybory od 2009 roku, które udało się przeprowadzić bez większych zakłóceń. Wzięły w nich udział wszystkie liczące się stronnictwa polityczne przekonane, że – jak dotychczas – mieszkańcy stolicy (i oczywiście innych miast, miasteczek i wsi) głosując, zachowają dawne nawyki i przyzwyczajenia.

Libański system partyjny jest niczym innym jak społecznościami religijnymi – sunnitów, szyitów, maronitów, Druzów, prawosławnych, Ormian, a nawet małej społeczności Syriaków – przebranymi w partie polityczne. Służy to utrzymaniu wpływów poszczególnych rodzin i budowaniu wątłych koalicji. Wybory samorządowe koncentrują się wokół relacji osobistych, wyznaniowych i rodzinnych.

Już samo prawo wyborcze do tego zachęca. Obywatele Libanu nie głosują na listę, która obejmuje kandydatów z okręgu ich zamieszkania, ale na tę, która jest w okręgu ich przodków. Tylko kobiety przez małżeństwo mogą głosować w innym miejscu, ale też nie zawsze. Urzędy mnożą problemy jak mogą, by utrzymać sekciarski podział dzielnic i dystryktów – tak długo jak da się to robić, nikt nie chce z tego zrezygnować dobrowolnie.

Czyli – mieszkańcy Bejrutu w dużej mierze nimi nie są, nawet jeśli mieszkają tam latami i samorząd lokalnej społeczności jest dla nich sprawą drugorzędną. To taka dziwna sytuacja, kiedy na stałe młodzi ludzie opuszczają dom, ale nie opuszcza ich feudalne prawo, które trzyma mocno – jak dawniej folwark chłopa przy ziemi. Bejrutczycy z awansu nie mogą głosować w tym mieście i kropka. To nie mieści się w głowach politykom i już. Taki przywilej jest zarezerwowany dla historycznych mieszkańców stolicy, a dokładnie – ich kolejnych pokoleń. Nic nie szkodzi nawet, że ci ludzie od lat mieszkają za granicą i polityką starego kraju interesują się z doskoku. Trochę jak Polonia w USA, która jest raczej w swoich rojeniach politycznych mocno niewspółczesna.

Ot, tak jak jeden z wyborców w Bejrucie zbesztany przez wolontariuszkę (dla niej był to niedzielny wyborca i to w takim archaicznym stylu). Dziewczyna zajrzała mu przez ramię i zobaczyła przy kim stawia parafkę, potem krzyknęła: Monsieur, ich trzeba wyrzucić i głosować na coś nowego.

A no właśnie! I stąd waga wyborów, które do tej pory nie były tak ważne jak te krajowe – wyborów samorządowych.

Wesprzyj #Medium

Śródziemnomorski urok cuchnie w cieniu dawnej sławy

Na stolicę Libanu spadło przez ostatnie kilkanaście miesięcy więcej problemów niż wytrzymałoby miasto ze sprawną administracją. To już nie były zwykłe przerwy w dostawie elektryczności czy wody, ale całkowity paraliż władz miejskich. Miesiącami w tak błahej sprawie jak wywóz śmieci panował impas. Stare partie – szczególnie przez młodych – zaczęły być postrzegane jako te, które zrujnowały kraj i stolicę. Potrzeba zmiany była bardziej niż paląca. W myśl zasady – jak nie teraz, to kiedy?

8 maja stanęły przeciwko sobie dwie siły. Stare twarze – czyli wszystko, co krąży i czerpie korzyści z paktu umocowanych przy władzy oligarchów – Sukleen/Solidere (są to dwie korporacje bardzo silnie związane z władzą a nie partia polityczna). Są też metaforą, tego czym jest i jak wygląda polityka w Libanie. Dla niepoznaki stare zmieniło się w nowe przez zabieg marketingowy – Beirut for the Beirutis – stał się nową marką ze starą zawartością. Koalicja dobrze znanych partii pod nową nazwą.

Nowe twarze, choć też nie do końca, to Beirut Madinati – inicjatywa, która zrodziła się gdzieś pomiędzy protestami z lata 2015 a ruchem You Stink (protesty, które ogarnęły Bejrut poprzedniego lata dotyczyły właśnie kryzysu śmieciowego). Ta partia to nie tylko krzyk desperacji, ale próba przełamania i rozbicia całej dotychczasowej struktury politycznej, którą opleciony jest Bejrut, pochodzący ze źródła członków Beirut for the Beirutis.

Przykład – wymieniona firma Sukleen, która zajmuje się odpadami komunalnymi i zarabia na tym krocie. Weźmy dla przykładu większą Bikfayę i otaczające ją miasteczka, które płacą za wywóz tony śmieci $170. Dziennie powinno to być jakieś $1000 wg oficjalnego cennika. Miasteczko i okoliczne miejscowości płacą jednak firmie $3600 za dzienny odbiór śmieci, $107 000 miesięcznie i$1,3 miliona rocznie. I tak dalej w tym guście – innych nadużyć można szukać w dowolnej dziedzinie życia. Trzeba tylko otworzyć oczy i rozejrzeć się dookoła albo popytać tu i tam. I to bez konieczności znajomości jakichś notabli, wystarczą zwykli ludzie, którzy zreferują swoje problemy i pokażą miesięczne rachunki.

Bejrut – moje miasto, jeśli mi w końcu pozwolą

Beirut Madinati – Bejrut moje miasto. Tyle, mniej więcej, znaczy nazwa nowej partii. To inicjatywa wielkomiejskiej klasy średniej i millenialsów, którzy podpatrują rozwiązań dla siebie podczas podróży do stolic Europy Zachodniej niż w pobliskim monumentalnym Dubaju. Zamiast kolejnych nieużytecznych budynków, chcą przyjemnego dla mieszkańców centrum miasta, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce. I żadnym wypadku takiego jak ulica pełna sklepów z ubraniami o cenach jak półroczne dochody statystycznego mieszkańca. A tak wygląda dziś reprezentatywne centrum stolicy Libanu. To kolejny pasaż sklepów dla bogatych Saudyjczyków. Prawie martwa strefa, kiedy ich tam nie ma.

I stąd ta nowa partia. Grupa aktywistów Beirut Madinati dzieli aspiracje i wartości tych młodych Arabów i Arabek, którzy szukają równych prawa dla wszystkich, rozdziału państwa od religii. Są tolerancyjni i progresywni, nie skarżą się i nie narzekają, ale próbują ułaskawić rzeczywistość, by stała się przestrzenią na miarę potrzeb mieszkańców, a nie deweloperów czy pazernych korporacji zagarniających coraz to większe połacie miejskiej przestrzeni. Partia wprowadziła takie nowinki do lokalnej polityki samorządowej jak przejrzystość finansowania (w Libanie to więcej niż nowość), czy debata z sympatykami przez internetową platformę. To taki czysty Berlin/Amsterdam w dekoracjach portowego, arabskiego miasta przy liście kandydatów jak marzenie feministek – 24 osoby , 12 kobiet i 12 mężczyzn.

Beirut Madinati - kandydaci
Beirut Madinati – kandydaci, źródło: Facebook

Takie podejście do rzeczy i problemu zdobyło poparcie celebrytów i ludzi mediów – miedzy innymi reżyserki Nadine Labaki, która w ostatnich dniach i tygodniach poprzedzających wybory, większość swojej medialnej aktywności poświęciła promowaniu tej partii.

I dalej, flagową postacią i kandydatem Beirut Madinati był Ahmad Qaabour – aktor i piosenkarz o sposobie bycia przedwojennego dżentelmena i gestykulacji Berniego Sandersa – który szerszej, ponadlokalnej publiczności może być znany z Ounadikom – pieśni powstałej po wybuchu wojny domowej i Beirut Zahra – sentymentalnemu hymnowi na cześć stolicy.
Ale przy całej świeżości jaka otacza teraz ten ruch, jeszcze przed wynikami, pojawiły się pierwsze pytania i obawy – czy partia nie przekształci się w przyszłości w kolejny sekciarski ruch lub nie zachłyśnie się władzą nad młodym pokoleniem albo nie ugrzęźnie w formie ruchu miejskiego, który był tylko jednorazowym epizodem.

Ale na razie Beirut Madinati jest tym, czym powinna być świeża partia. Powstał jako oddolny ruch, po władzę chce iść nie dzięki koneksjom, ale przez głosy wyborców, którzy obdarzyli go zaufaniem.

Kandydaci Beirut Madinati zadbali podczas kampanii o sprawy, które inne partie pomijają jako zbyt drażliwe  – np. o syryjskich uchodźców. Podczas kampanii wyborczej dużo dyskutowano o tym, jak dbać o tę powódź ludzi, jak zapewnić ich edukację, mieszkanie etc, nie krzywdząc przy tym własnych obywateli. A to coraz większe wyzwanie dla tego czteromilionowego kraju. W ostatnich tygodniach wybuchł już kolejny skandal, kiedy władze odkryły jeden z największych gangów stręczycieli wykorzystujący niedolę Syryjek. Chodzi o 75 kobiet przymuszonych do pracy jak niewolnice seksualne i do regularnych aborcji w razie naglącej konieczności przy takiej „pracy”. Sam zabieg aborcji w Libanie jest nielegalny, nietrudno zatem sobie wyobrazić pokątną rzeźnię przygotowaną ad hoc, jeśli taka byłaby potrzebna. A była nie raz jak winka z relacji uwolnionych kobiet.

Kampania Beirut Madinati była jak na warunki Libanu na tyle progresywna, że główny rywal próbował jednocześnie kopiować i deprecjonować ich pomysły. Beirut for the Beirutis nie spodziewał się aż takiego entuzjazmu dla nowego pomysłu ze strony Libańczyków, wiedzących przecież, że kupują odświeżany produkt, ale najświeższy z dostępnych. Może to rodzaj transakcji – Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, ale innej alternatywy nie było podczas poprzedniego weekendu.

Zmieńmy tylko nazwę, przecież nie przegramy

Co w zamian miał/ma do zaoferowania Beirut for the Beirutis? Niewiele ponad okrągłe hasła rozwoju i poprawy/naprawy tego, co źle działa. Must have każdej partii politycznej. Nic, co wykraczałoby poza nieudolne próby zatuszowania faktu, że system polityczny Libanu jest sparaliżowany, nepotyczny, podzielony sekciarsko i przeżarty korupcją. Oczekiwanie, że stare partie, kiedy już wyznają swoje grzechy, obiecają poprawę – i po kolejnym objęciu władzy i odprawieniu pokuty – zmienią się, budzi w Libańczykach pusty śmiech lub wyższy poziom inwencji przy tworzeniu coraz to bardziej wymyślnych memów. Tak samo jak Hariri mówiący na wiecu po zakończeniu głosowania: -Jeśli wygramy, zaczniemy pracować jutro rano. Doprawdy?

A mogło przecież być tak pięknie. Kiedy premier Rafik al-Hariri został zabity w 2005 roku, palec wskazujący winnego wzniósł się w kierunku reżimu Asada. Jego syn, Sad al-Hariri, miał wtedy i poparcie Libańczyków, i ich zaufanie. Potem skutecznie je roztrwonił. Staremu Hariremu po śmierci zostały zapomniane przewinienia z 1998 roku, kiedy odchodził z urzędu kojarzony z najgorszym sortem libańskiej oligarchii, która zaprzedała duszę starszemu diabłu i bratu– Syrii, co doprowadziło do okupacji Libanu przez klan Asadów. Później, stopniowo, stał się cud. Wszystko, co Rafik al-Hariri robił, zaczęło być postrzegane jako działania, które bardziej pomagały niż szkodziły krajowi. Złość budziło, że służby Asada infiltrują listy wyborcze kandydatów, ale innej drogi wydawało się nie być. Kraj nie potrzebował kolejnej krwawej wojny, ale pieniędzy, nowych mieszkań, lepszej edukacji i miejsc pracy. A i stary Hariri z biegiem czasu emancypował się spod wpływów Syrii. W 2000 roku, w wyborach parlamentarnych, udało mu się utrącić kandydatów wiernych Asadowi, a w 2004 zrobił to z samym Emile Lahoudem w wyborach prezydenckich. Tę dobrą passę, było nie było, przypieczętowała jego śmierć. Jego sukcesor – właśnie Sad al-Hariri, mógł tylko na tym skorzystać.

W tej historii to, co prywatne było tym, co publiczne i polityczne, i mogło dać, mimo wszystko, nie takie złe zakończenie. Dziesiątki tysięcy niesunnickich Libańczyków zjednoczyła ta śmierć – tak bardzo, że dołożyli wszelkich starań, by Syria zakończyła okupację. Protesty w tej sprawie trwały tygodniami, aż się udało. Był to rok 2005. I w tym miejscu droga młodego Haririego ze scenariusza na gotowy sukces zmienia się w pasmo politycznych porażek, przynajmniej dla szanującego się wyborcy.

Wczesnym latem 2005 zawarto pakt. Walid Jumblatt – lider społeczności Druzów i Nabih Barri – szyicki przewodniczący parlamentu oraz maronita Samir Geagea uzgodnili, dla dobra Libanu oczywiście, kruche porozumienie z Hezbollahem. I to był początek końca Sojuszu 14 Marca, który miał zatrzymać Liban trwale w osi państw, które patrzą raczej na Zachód, a nie na Syrię i irańskich ajatollahów. Amal (szyicka partia) i Wolny Ruch Patriotyczny Aouna nie miały dłużej interesu wspierać koalicji, do której nikt tak naprawdę nie był przekonany. Wszyscy wiedzieli, że te dwie partie mają od dawna niezłe relacje z Hasan Nasr Allahem i tak naprawdę Dżumblatt czy Hariri nie są niezbędni do tej gry.

Hariri oczywiście się starał. Odwiedzał Asada w iście pokazowym stylu w Damaszku, do wojny domowej przecież ciągle było daleko. Panowie nie szczędzili sobie czułości niczym komunistyczni notable. Były uściski i poklepywanie pleców – wszystko niczym starzy, dobrzy znajomi. I tą drogą – pełną ciężkostrawnej hipokryzji, młody Hariri i jego stronnictwo nauczyło się, że lepiej nie wychylać się, a bronić zastanego porządku. Lawirować gdzie się da i dopóki się da. Zyskać można było w Libanie przez takie działanie wszystko – jeszcze więcej władzy i pieniędzy, a przy okazji nawet tam nie mieszkać, a np. we Francji. Stracić tylko jedno – zaufanie Libańczyków, którzy byli skorzy uwierzyć w jakieś nowe otwarcie w polityce przy młodym Haririm. Ale to nie jest przecież cena, która boli szczególnie, kiedy nie czuje się oddechu konkurencji na plecach.

A dla Libańczyków to nic trudnego nabrać trochę nadziei, kiedy do polityki rwą się albo szaleńcy albo członkowie rodzin, które już były u władzy. A na wyborach samorządowych w Bejrucie widać to jak na dłoni. Nowe twarze to towar deficytowy. Dlatego większość członków Beirut Madinati ma w swoim politycznym CV szlify pod skrzydłami Haririego (Ruch 14 Marca), a ten, dla równowagi, układając listę Beirut for the Beirutis nie pogardził aż 8 byłymi członkami Sojuszu 8 Marca. Teraz jego głównym celem jest utrzymanie statusu quo za wszelką cenę. Nic więcej. Przy wyborach samorządowych w Bejrucie popełnił mały błąd. W libańskiej układance politycznej nie są one szczególnie ważne. Wystarczyłoby, gdyby pogratulował Beirut Medinati inicjatywy i w razie wygranej/zdobycia miejsc w samorządzie podzielił się z nimi władzą. Hariri tego nie zrobił. W nowej partii dawnych współpracowników zobaczył zagrożenie dla własnego sunnickiego przywództwa. Ale być może nie wszystko jest stracone. Hariri umie układać się jak nikt i wie, że jeszcze ma sporo do powiedzenia w libańskiej polityce. Ruchy i partie miejskie to domena Bejrutu. Poza nim, to ciągle świat starych układów, klanów i rodzinnych interesów przyprawionych religią.

Bez niego tam ani rusz.

I najważniejsze z ważnych, a może nie aż tak bardzo: kto wygrał te wybory? Znaczne zwycięstwo odnieśli kandydaci Beirut for the Beirutis z Jamalem Itanim na czele. Hariri nie musiał, jak widać, aż tak się spinać i krytykować . Ale w tych wyborach przecież nie chodziło tylko o władzę. Bardziej o zaznaczenie swojego terytorium i potwierdzenie wpływów. Wszystko to udało się Hariremu i jego koalicjantom, i to przy bardzo niskiej 20 procentowej frekwencji. Tę, jako przyczynę porażki, wskazali członkowie Beirut Madinati. Na konferencji prasowej dwa dni po wyborach mówili o niewierze Bejrutczyków w zmianę.
Reżyserka Nadine Labaki w programie podsumowującym wybory, robiąc dobrą minę do złej gry powiedziała:

Wszyscy jesteśmy zwycięzcami. Ta atmosfera, którą mamy, ci młodzi ludzie, którzy zobaczyli w nowej partii nadzieję na Bejrut z ich marzeń. To już jest zwycięstwo.

Może tak być. Przy całym fatalizmie libańskiej sceny politycznej – te nadzieje i oczekiwania można przełożyć na później. Teraz, dla Beirut Madinati powinno być ważne, że istnieje grunt, na którym można budować coś ważnego na przyszłość. Chociaż przez kilka godzin głosowania nie udało zmienić się ostatnich sześciu kryzysowych lat – to złapali wiatr w żagle i dali sobie i innym nadzieję. Na razie to wystarczy. Pytanie, na jak długo.


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z biblioteki zdjęć Beirut Madinati – źródło: Facebook
The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.