Bliski Wschód: mija 10 rocznica II wojny libańskiej – jak jest dziś?

12 lipca 2006 roku zaczął się jeden z tych bliskowschodnich konfliktów, które wybuchają nagle i tak samo szybko gasną. Trwał trochę ponad miesiąc. Do starcia doszło między Izraelem a Libanem. Żadna ze stron nie wyszła z tej potyczki zwycięsko. Nie doszło też do nawiązania pokojowego dialogu między państwami. Konsekwencje tego widzimy do dziś.

Bo czyż pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się wszyscy tajnie za ręce?
Bruno Schulz

Sezon ślubny a czas zabijania

W Libanie każde lato to czas, kiedy ekspaci pracujący w krajach Zatoki Perskiej wracają na urlop do domu oraz czas, kiedy młode, zaręczone pary przygotowują się do uroczystości weselnych. W Izraelu to również sezon weselny i zarazem szczyt boomu turystycznego. Lipiec i sierpień 2006 dla obu krajów roku był inny niż zwykle. Zamiast festiwalowych i ślubnych fajerwerków dostaliśmy widowisko gier wojennych.

Co było przyczyną konfliktu, którego nikt tak naprawdę się nie spodziewał? Przypomnijmy. Jak na warunki Bliskiego Wschodu zaczęło się niewinnie i typowo. Hezbollah ostrzelał przygraniczne miasta izraelskie wzdłuż swojej południowej granicy. Jednym z celów były samochody IDF-u ( Armia Obrony Izraela – przyp. red.). W środku było siedmiu żołnierzy, z których dwóch zostało rannych, trzech zabitych, a dwóch porwanych. Kolejnych pięciu zginęło przy nieskutecznej próbie odbicia zakładników.

Zniszczenia w izraelskiej Hajfie, 2006 rok, fot. Nir Kafri

Olmert nazwał to zdarzenie aktem wojny i oskarżył rząd Libanu o wspieranie terrorystów. Liga Arabska chciała zapobiec eskalacji dalszych działań i ad hoc zwołała szczyt, podczas którego Arabia Saudyjska domagała się potępienia Hezbollahu i jej lidera za akcje wymierzone w Izrael. Przeciwko była Syria i Sudan. Podzielony wewnętrznie świat arabski i tym razem nie potrafił wypracować wspólnego stanowiska przeciwko Hezbollahowi, który bezkarnie od dawna ostrzeliwał izraelskie miasta na północy kraju.

ONZ nie wydało żadnej rezolucji, było sparaliżowane wetem Amerykanów. Premier libański Faud Siniori prosił to samo ONZ o pomoc w rozmieszczeniu jednostek armii libańskiej na granicy z Izraelem (Liban ciągle nie panuje nad swoimi południowymi terenami). Jego apel pozostał bez odpowiedzi, a Izrael bombardując lotnisko w Bejrucie i znaczną część cywilnej infrastruktury, dał rządowi jasny sygnał, że jeśli armia libańska nie jest w stanie zapanować nad szyicką partią, to Izrael nie zważając na prawo międzynarodowe i inne ostrzeżenia, będzie postępował jak uzna za stosowane, by chronić swoich obywateli.

Mediatorzy sobie, czas wojenny sobie

Bilans walk Izraela z Hezbollahem to milion bezdomnych w Libanie, 1200 zabitych cywilów oraz zniszczona stolica. W Izraelu zginęło 44 cywilów, było 4 tysiące rannych.

Wesprzyj #Medium
Zniszczone połuniowe przedmieścia Bejrutu, 2006 rok, fot. Associated Press

Dalszych prób ostatecznego zakończenia konfliktu podjęły się USA, UE i Liga Arabska. Były nieskuteczne. Na szczycie G8 w Petersburgu wszyscy obecni zgodnie potępili działania Libańczyków, ale też wezwali Izraelczyków do bardziej wyważonych działań odwetowych. Na Bliski Wschód udała się z wizytą sekretarz stanu Condolezza Rice. Jej przylot poprzedziły rozmowy prezydenta Busha z królem Arabii Saudyjskiej Fahdem Abdulazizem oraz premierem Turcji Erdoganem, dzisiejszym prezydentem. Wstępnie niewiele to dało.

Hezbollah przypominał w tamtych miesiącach często swoje stanowisko powtarzane od lat. Taktyka USA i Zachodu jest taką dlatego, że Izrael istnieje na Bliskim Wschodzie po to, by realizować imperialistyczną politykę w regionie. Wszystkie przemówienia Nasrallaha były bardzo aroganckie w wymowie. Odgrażał się, że nie odda porwanych żołnierzy – Ehuda Goldwassere i Eldada Regeva (początkowo myślano, że żyją) – choćby „cały wszechświat” po nich przyszedł.

Nasrallah był jednocześnie rozczarowany reakcją świata arabskiego. Jawnego i pełnego poparcia udzielił mu tylko Iran. Syryjczycy nie zajęli stanowiska. Egipt, Arabia Saudyjska, Jordania wsparły słownie Izrael, reszta przywódców arabskich dała Izraelczykom ciche przyzwolenie na rozprawę z Nasrallahem.

Powtórka z Libanu znieczula izraelską wrażliwość

IDF prowadził w Libanie zarówno działania z powietrza, jak i na lądzie (żołnierze weszli na teren południowego Libanu). Zablokowali porty na wybrzeżu uniemożliwiają ewakuację, kraj mogli opuścić tylko cudzoziemcy. Lotnisko stało się powoli wymarłą strefą, aż je w końcu zbombardowano.

Ta taktyka zyskała aprobatę Izraelczyków. Szczególnie po 14 lipca, kiedy izraelski okręt wojenny stojący na morzu i widoczny z Bejrutu, stał w płomieniach trafiony irańskim pociskiem C-80o. W mieście zapanowało wtedy coś na kształt euforia ze zdobytego gola podczas ważnych mistrzostw.

Nie powtórzyła się sytuacja z I wojny libańskiej, kiedy to na decyzję o wejściu IDF-u do Libanu w centrum Tel Awiwu zgromadziły się tysiące demonstrantów przeciwnych tej decyzji. Oświadczenia Narsallaha, że Hezbollah ma rakiety mogące sięgnąć TLV, tylko wzmacniały poparcie dla rządu. Rząd libański wobec Hezbollahu pozostał bezradny, nie bardzo też potrafił udzielić pomocy cywilnym obywatelom – tę rolę przejęły szyickie (lub inne) młodzieżówki partyjne.

Krążył wtedy po kraju ponury żart, że „życie psa z izraelskim rodowodem jest więcej warte niż życie przeciętnego Libańczyka, nie daj boże gdyby był szyitą”.

Izrael niszcząc w Libanie cele na oślep, które nie były zapleczem militarnym Hezbollahu, obrócił wszystkich cywilów przeciwko sobie. Politycy tylko na tym korzystali. Generał Aoun demagogicznie wzywał wszystkich Libańczyków do zjednoczenia się przeciwko państwu żydowskiemu. Nawet inne sekty religijne niż szyicki islam, które zwykle były przeciwko Narsallahowi i jego polityce, uznały go za godnego szacunku przez to, że walczy z „syjonistami”. Szarzy obywatele mieli za złe Izraelczykom to, że zdewastowali kraj, po tym jak ten odzyskał sobie trochę zaufanie świata, wróciła część ekspatów i turystów, a gospodarka odbiła się od dna.

Koniec wojny początkiem kolejnych kłopotów

Po miesiącu udało się wynegocjować wstępny rozejm. Premierzy Libanu, Izraela oraz Kofi Annan uzgodnili, że dojdzie do zawieszenia broni. Podpisano ten dokument 8 września. Hezbollah miał wstrzymać ataki rakietowe, a Cahal dalszą ofensywę. Po libańskiej stronie granicy sytuację miała zacząć kontrolować armia libańska, wspierana prze siły ONZ. Ale ONZ miało duży problem z utworzeniem kontyngentu rozjemczego, który miałby stacjonować w Libanie. Niemcy odmówiły bo, „przecież w razie czego nie będą strzelać do Żydów” .

Zaskoczeniem dla Izraelczyków było to, że Cahal po raz pierwszy w historii 60 lat i kilku wojen z Arabami nie miał takiej militarnej przewagi, jakiej się po nim spodziewano. Wracający żołnierze opowiadali, że dowódcy nie mieli spójnej strategii, były braki w zaopatrzeniu, wiele błędnych rozkazów, ogólny chaos.

W Libanie po wojnie naroiło się od kryzysów. Zwolennicy Hezbollahu żądali ustąpienia premiera Fuada Siniory. W parlamencie było aż 14 członków partii, ale Nasrallah wolał zmierzyć się z antysyryjskim premierem w ulicznych demonstracjach. Uznał, że emocje tłumu będą dla niego lepszym sojusznikiem niż dyskusja na zamkniętym posiedzeniu decydentów.

Demonstranci przywiezieni z całego Libanu nie używali tym razem żółtych sztandarów partyjnych. Zamiast nich nieśli libańskie flagi z cedrem. Miał to być sygnał dla wszystkich, że nie reprezentują tylko interesów swojej społeczności, ale chcą być emanacją woli większości obywateli, bez względu na ich religię czy zaplecze społeczne. Premier Libanu miał wydać się Libańczykom zdrajcą, który przedkłada dobro kraju nad służalstwo zachodnim krajom. Twarzą Hezbollahu był wspomniany generał Aoun z Wolnego Ruchu Patriotycznego, on jako jedyny przedstawiciel partii chrześcijańskich wspiera otwarcie szyickie ugrupowania. Tak samo w 2006 roku, tak i dzisiaj.

Trzecia wojna libańska wisi w powietrzu?

Co dzieje się między krajami obecnie? Nic nowego, a jednak sporo. Między 2006 a 2016 rokiem możemy mówić o dekadzie spokoju i ciszy, pomijając jakieś drobne incydenty bez ciągu dalszego i większego rozlewu krwi. Oczywiście, w powietrzu unosi się pewien niepokój, perspektywa nowego starcia, podgrzewana różnymi analizami i publikacjami oraz wyścigiem zbrojeń na lokalną skalę.

Południowy Liban już po odbudowie, 2016, fot. Natalia M. Kamińska

Izraelczycy przygotowują mniej lub bardziej realistyczne plany ewakuacji obywateli na wypadek ostrzału, a burmistrz Hajfy – tego arabsko-żydowskiego portowego miasta – mówił niedawno jednej z izraelskich gazet, że tu nawet w Dzień Niepodległości nie wywiesza się zbyt wielu flag, mając w pamięci co się działo podczas lata 2006 (czyt. taka flaga to wabik przy potencjalnym ataku: patrz, tutaj mieszkają Żydzi, nie Arabowie). Z drugiej strony – czy Hezbollah zawraca sobie głowę takimi niuansami, że w Hajfie mieszkają również Arabowie? Można mieć wątpliwości. Partia Boga, według izraelskich źródeł, wystrzeliła w kierunku Izraela ponad 4000 rakiet podczas tamtej wojny. To dużo dla Izraela biorąc pod uwagę, że 1,5 miliona domów na jego terenie nie ma schronów (bezpiecznych pokoi). W Libanie z taką ochroną dla cywilów jest jeszcze gorzej.

Danny Danon, ambasador Izraela przy ONZ, powiedział ostatnio, że Izrael w przypadku kolejnego konfliktu zrobi wszystko, by chronić swoich obywateli każdym możliwym sposobem przed działaniami Partii Boga. Potwierdził tym stanowisko sprzed 10 lat.

Jak Hezbollah stał się armią, a przestał być bojówką

Jaki jest Hezbollah w 2016 roku? Przeszło dekadę od wojny nie sposób już nazywać ich organizacją terrorystyczną, taką rebeliancką w stylu i owianą magią oporu przeciw tym bardziej złym. Za taką uważała go prasa arabska, kiedy w 2006 roku walczyli z Izraelem.

Teraz to profesjonalna armia ( wcześniej też nią była, tyle że wygodniej wszystkim było nie używać tego określenia) z arsenałem 120 tysięcy rakiet ziemia-powietrze i pocisków rakietowych do ostrzału artyleryjskiego. Jest uzbrojona w drony, których używa do lokalizacji w Syrii sunnickich rywali. Dawni bojownicy to już żołnierze na pełnym wojskowym żołdzie – jest ich około 40 tysięcy minus obecne syryjskie straty, czyli 1500 osób. Partia i armia mają miliardowy budżet, mocne zaplecze w Iranie oraz ambitne plany na przyszłość, mimo że, częściowo tracą grunt pod nogami – niszczy ich wojna w Syrii (np. szeroko omawiana już śmierć Mustafy Badreddine’a), zbyt duże straty wśród anonimowych bojowników oraz spory w środku szyickiego matecznika władzy. Działania w Syrii mają także plusy, współpraca z Rosjanami daje możliwości dostępu do nowej broni i ekspertów innych niż Irańczycy.

Nic nie wskazuje zatem, że Hezbollah traci władzę i siłę tak, by doszło do jego nagłej marginalizacji. Przeciwnie – osaczony reaguje przesadnie i pręży muskuły. Nasrallah nie zamierza w żadnym bądź razie abdykować z wygodnej roli rozgrywającego w libańskim życiu politycznym i trzymającego asy w rękawie demiurga. Chce utrzymać pewną stabilność w Libanie, ale przygotowuje się też na ewentualny konflikt. Oplata południe kraju tj. wszystkie wioski i miasteczka, wojennym zapleczem technicznym. Nie tylko zresztą południe. Na północy wygląda to identycznie. Po zamachach w chrześcijańskiej wiosce Al-Qaa jeden z oficjeli, który udał się tam z Bejrutu, skarżył się, że aby dotrzeć na miejsce musiał przejechać kilka posterunków kontrolowanych przez Hezbollah.

Co może powstrzymać strony przed kolejną wojną? Tylko pieniądze. Partia Boga po 2006 roku musiała przeznaczyć zbyt duże i w dodatku nie swoje sumy na odbudowę zniszczeń po izraelskich nalotach. Dziś nikt ich nie wesprze w taki sposób. W 2006 roku de facto to Katar pomógł odbudować Liban (przynajmniej ten szyicki) kwotą przynajmniej trzystu milionów dolarów. Portrety Hamada bin Khalifa i jego żony Mozy przez dłuższy czas wisiały na ulicznych billboardach, a na nich słowa podziękowania: Thank you, Qatar.

Ale od chwili, w której Hezbollah zaangażował się po stronie Assada w Syrii, nie może być mowy o tym takim wsparciu. Dla Nasrallah kraje Zatoki to te, które wykreowały za własne pieniądze sunnickich radykalnych terrorystów, walczących przeciwko klanowi Assadów. Nie jest to opinia bez racji, ale Hezbollah walcząc tak fanatycznie i długo w syryjskiej wojnie domowej, powiela błąd swojego arcywroga – Izraela. Syria dla Partii Boga zaczyna być izraelskim południem Libanu sprzed 2005 roku. Kraje Zatoki w odwecie zaczęły określać ugrupowanie Nasrallaha jako grupę terrorystyczną, nie ruch opory ani tym bardziej regularną armię.

Jak można rozsądnie przypuszczać, dla Libanu kolejna wojna z Izraelem to więcej niż zły pomysł. Ekonomia nie jest w najlepszej kondycji, bezrobocie sięga około 25%, płace zaniżają syryjscy uchodźcy, dane szacunkowe mówią nawet, że o 40% w stosunku do oczekiwań rdzennego Libańczyka. Co by się stało, gdyby teraz trzeba było wydać część trzeszczącego budżetu na pokrycie niespodziewanych strat wojennych?

To może już lepiej trzymać się za ręce, nawet nieoficjalnie, traktując II wojnę libańską jako taką przeszłość, z której wyciąga się wnioski, by nie powtórzyć po raz kolejny tych samych błędów. A może do trzech razy sztuka?

Czytaj poprzednie teksty Natalii M. Kamińskiej

The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.