Przyłapani na sikaniu do zlewu śmieją się wszystkim ludziom tego świata w twarz

Interesy i polityka mają to do siebie, że są działaniem intymnym, o którym gawiedź niekoniecznie musi wszystkiego się dowiedzieć. Szczególnej intymności wymagają zaś interesy ocierające się o cienką granicę legalności, dobrego smaku czy moralności. Wtedy to można przyłapać tego czy owego na sikaniu do zlewu lub z ręką w przysłowiowym nocniku.

Kobiety nalegają by mężczyźni, nawet ci najbardziej atrakcyjni, sikali na siedząco. Kobiecie w zasadzie jest obojętne, w jaki sposób mężczyzna załatwia swój mały interes, jeśli odbywa się to w plenerze. W domu jest inaczej i nie chodzi o masakrowanie naszego ego i męskiej dumy z posiadania ptaszka. Nie są też zazdrosne o to, że my potrafimy, a one nie. Przyczyna jest prozaiczna. Chodzi po prostu o czystość i higienę wspólnej, jakby nie patrzeć, toalety. Tylko tyle – choć jak się za chwilę okaże – i aż tyle.

Panowie, którzy odmawiają siadania, traktując kwestię pozycji jako “być albo nie być” naszych wzajemnych stosunków, nie wiedzą, co czynią. Pozycja siedząca ma wiele plusów. Siedząc ma się trochę czasu na niczym nie zaburzone przemyślenia, nie wspominając o elegancji. Tego nie sposób powiedzieć o sikaniu na stojąco. Zaskarbiamy sobie także wdzięczność naszej partnerki, która to wdzięczność może się przełożyć na inne rejony naszego związku.

Generalnie ta drobna czynność fizjologiczna jest technicznie prosta i emocjonalnie mało skomplikowana. Jeśli nie jest się pod wpływem alkoholu, to najczęściej jest też sprawą intymną. Jednak części męskiej populacji po intensywnym spożyciu przypominają się czasy studenckie, gdy ekscentryczność była w cenie, co czasami manifestowało się sikaniem do zlewu.

Nie inaczej jest w interesach i polityce, które mają to do siebie, że są dla zainteresowanych stron działaniem intymnym, o którym gawiedź niekoniecznie musi wszystkiego się dowiedzieć. Szczególnej intymności wymagają zaś interesy ocierające się o cienką granicę legalności, dobrego smaku czy w końcu moralności. Wtedy to, przy odrobinie dobrej woli, można przyłapać tego czy tamtego na sikaniu do zlewu lub z ręką w przysłowiowym nocniku. W takich momentach cieszą się wszyscy za wyjątkiem zainteresowanych – jest afera. I wszystko byłoby dobrze, gdyby sytuacje wstydliwe przytrafiały się sporadycznie. Wtedy można się pośmiać i dalej żyć jak Bóg przykazał.

Jeśli jednak myślicie, że takie wstydliwe sytuacje przytrafiają się jedynie w kraju nad Wisłą, jesteście w dużym błędzie. Przytrafiają się tam wprawdzie nieco częściej niż w innych rejonach świata zachodniego, ale jesteśmy przecież młodą demokracją. Wszystko przed nami.

Wesprzyj #Medium

sikanie do zlewu

Mały pęcherz w wyższych sferach

Przed kilku laty podczas zwiedzania wystawy Expo w Hanowerze Prinz Ernst August został mocno przyciśnięty przez nagłą potrzebę, jak to po wypiciu kilku piw. Może nie wszyscy wiedzą, kto to jest Prizn Ernst August, więc przypomnę. Prinz był mężem księżniczki Karoliny z Monako, a słynie nie tylko z małego pęcherza, nie tylko z zamiłowania do trunków, ale także z zamiłowania do rękoczynów. Pobił kiedyś jakiegoś paparazzi i musiał się z nim potem sądownie układać. Tak więc August, gdy go na tym Expo przycisnęło, postanowił wysikać się pod ścianą pawilonu wystawowego.

W dyplomacji należy być czujnym i nie należy sikać gdzie popadnie. A niemiecki Prinz był uprzejmy oddać mocz pod ścianą tureckiego pawilonu, co nie uszło uwadze mediów. Zrobiła się z tego afera międzynarodowa, że niby wybór pawilonu nie był przypadkowy, a książę oddając mocz wypowiedział się na temat przystąpienia Turcji do Unii Europejskiej i inne tego typu rewelacje. A chłopu chciało się po prostu sikać i tyle.

prinze

Gazety wszelkiej maści analizowały przez kilka dni przebieg książęcej urynacji. Czy była na tyle długa, by ją uznać za naturalną, czy na tyle krótka by ją uznać za manifestację polityczną. Analizowano gestykulację i mimikę jego książęcej mości podczas sikania, gdyż to mogło mieć spory wpływ na samopoczucie tureckiej mniejszości w Niemczech. W końcu Prinz August przeprosił w gazecie Hürriyet cały naród turecki za oddanie moczu na ich pawilon i było po sprawie.

Nauczka jednak pozostała, nie sika się do zlewu.

Historia urynacji we własne gniazdo

Prawa rządzące podejrzanymi moralnie interesami są uniwersalne, ponadczasowe i geopolitycznie neutralne, niczym Szwajcaria słynąca z zamiłowania do pieniędzy i braku oporów moralnych w kwestii ich pochodzenia. A fakt, że ta historia działa się w kraju nad Łabą, to przypadek niezwykle cieszący polskiego „prawdziwego” patriotę, ale czy tym razem tak do końca? Zobaczymy.

Szwajcaria jest nowoczesnym, w pełni demokratycznym krajem europejskim. Rządzi tam prawo, biurokracja oraz wolność słowa, kontrolowana jednakże przez duże korporacje medialne. Gdy byłemu kanclerzowi tego kraju udało się jakoś przetłumaczyć na niemiecki, że nie jest już kanclerzem, że kanclerzem jest jedna mało atrakcyjna kobitka i to nie jego własna, to zdenerwował się okropnie i obraził na cały świat, a na elektorat w szczególności. Potem szybko przeprosił się ze światem i ludem pracującym, jako iż przypomniał był sobie, że ma przecież jeszcze za pazuchą plan B. Plan B zabezpieczył sobie były kanclerz, będąc jeszcze aktualnym kanclerzem, bo już wtedy ktoś uprzejmy przetłumaczył mu (też na niemiecki), że nie będzie nim wiecznie, choć bardzo by tego chciał.

A było to tak.

Kanclerz, gdy jeszcze był kanclerzem, zaprzyjaźnił się był okrutnie i do bólu z pewnym prezydentem, który ma duży kraj obfitujący w dobra wszelakie. Problem tego prezydenta jest natomiast taki, że w jego kraju, pomimo obfitości darów natury i krajobrazów, panuje bida z nędzą. Nie wspominając, że panują także oligarchowie, dolary oraz nieformalne grupy biznesowe o dużej umieralności swoich członków. Oznacza to zatem, że tylko nieliczni mogą zasmakować rozkoszy życia doczesnego i wolności duchowej oraz fizycznej, co prezydenta boli i spać mu po nocach nie daje. Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna, a noce długie tam bywają.

szreder

Trzeba więc dobra, w które kraj ów obfituje, opchnąć komuś po dobrej cenie i to jak najszybciej. Ale od czego ma się przyjaciół. Tak więc kanclerz i prezydent wykombinowali, że kanclerz dostanie od prezydenta gaz ziemny, gdyż w kraju tego prezydenta jest gazu skolka-ugodna. Prezydent zaś dostanie od kanclerza prawdziwe pieniądze, bo w kraju kanclerza jest ich ganze Menge. I do tej pory wszystko jest jak się należy, czyli coś za coś.

Ale tylko do tej pory gdyż…

Jak postanowili, tak też zrobili, a nawet dwa razy lepiej. Tu pojawił się problem natury logistycznej, bo diabeł drzemie w szczegółach, a prezydent jeszcze innego kraju – przy Krakowskim Przedmieściu. Co Prezydent ościennego mocarstwa kombinuje z kanclerzem zachodniego sąsiada, prezydentowi Lechistanu uszło chyba uwadze, gdyż był zajęty organizowaniem całkiem nowej ojczyzny, o numerze chyba cztery.

Uszło więc uwadze prezydentowi Chrystusa narodów, co tych dwóch cwaniaczków kombinuje i jaki problem logistyczny mają. A mieli spory, bo wprawdzie kasę można od biedy przetransportować kilkoma samolotami marki Tupolew, ale gazu w kieszenie napchać się nie da. Trzeba więc rurą ten gaz pogonić w kierunku zachodnim.

I tutaj pojawił się kolejny problem, bo rury wprawdzie są, ale idą przez obce prezydentowi mentalnie i bezczelne politycznie krainy, które mają zwyczaj pokazywania języka także i kanclerzowi. Kanclerz może by to jeszcze przeżył, bo żyje w państwie, w którym od czasu do czasu ciska się jajami w kanclerzy. Prezydent natomiast pochodzi z kraju, w którym panuje porządek i on sam osobiście, więc jak się obrazi to już na całego i wtedy żartów nie ma, a kibitka stoi za rogiem.

Obaj panowie wykombinowali sobie, że puszczą zatem rurę przez Morze Bałtyckie. Jest to wprawdzie drogie jak diabli, ale przecież żaden z tych panów osobiście nie ma zamiaru za to płacić, a bezczelniachom pokaże się takiego wała jak Polska cała i pół Ukrainy. Prezydentowi to już dokładnie kapitał na rurę zaworem zwrotnym zwisał, gdyż i tak miało to być zmartwieniem kanclerza, a w szczególności jego bankierów.

Wkrótce budowa ruszyła z kopyta. Kanclerz przestał być nagle kanclerzem. I to pozwoliło właśnie wprowadzić w życie plan B, bo prezydent zrobił byłego kanclerza gubernatorem rury bałtyckiej. W kraju kanclerza nic się szczególnego z tego powodu nie wydarzyło, gdyż naród kanclerza jest pracowity oraz zdyscyplinowany, a interesuje się zasadniczo futbolem, piwem i bokwursztem. Potem jednak za sprawą malkontentów zrobił się smród, że niby przewalanka za pieniądze podatnika, prywata, czerpanie korzyści i takie tam trele-morele i sentymentalne bzdety.

Kanclerz zdziwił się więc szczerze, że w ogóle ktoś go tu za krawat ciągnie. Powiadał, że po pierwsze, gdy rurę ustalał z prezydentem, to jeszcze był kanclerzem i nie wiedział, że będzie bezrobotny za sprawą głupiej demokracji i bezmyślnego elektoratu. A po drugie, gdy już przestał urzędować, to się przypadkowo dowiedział, że dziś panuje takie bezrobocie, i że Oh, Mein Gott wybrzydzać nie wypada, więc wziął się za gubernatorstwo wspomnianej rury. A w ogóle to robił wszystko dla dobra ojczyzny i ludu swego niewdzięcznego. No jakże by miało być inaczej.

Niestety. Nasikał tym sposobem ościennej republice do umywalki, uzależniając ją w dużej mierze od widzimisię prezydenta-twardziela.

Reasumując, kanclerz przyznał szczerze, że wprawdzie stał nad zlewem, ptaszka miał wystawionego, ale nie sikał tylko sobie wietrzył przyrodzenie, dla higieny osobistej rzecz jasna. Prezydent Lechistanu, gdy obudził się w końcu z ręką w nocniku, podniósł wrzask, że och i ach, i że po sojuszniku nie spodziewał się takiego filcu. Ale to już chyba jest taka polska tradycja, że nasi politycy kimają, gdy sąsiedzi umawiają się za plecami.

Honor ważniejszy.

Niesforny pęcherz sympatyków natury

Skoro już jesteśmy przy energetyce warto być może wspomnieć o niesfornym pęcherzu sympatyków natury i środowiska. Gdy japońska elektrownia w miejscowości Fukushima padła ofiarą sił natury i ludzkiej niedoskonałości, Zieloni państwa ościennego wyczuli swoją jednorazową szansę, rozpoczynając zmasowaną akcję szerzenia atomowej paniki. W efekcie pani kanclerz ugięła się pod naporem anty-atomowego tsunami i zapowiedziano odchodzenie od energii rozszczepialnej.

Sytuacja jest o tyle zabawna, że poprzedni wesoły kanclerz zrobił to, co zrobił, a tutaj jeszcze szlus z atomówkami, a przecież prąd jest potrzebny w nowoczesnym państwie. Postanowiono więc deficyt w bilansie zrównoważyć importem z Francji. Francja ma dużo prądu i jest nam przyjazna, więc nie ma sprawy. Cały żart polega na tym, że Francja prąd produkuje właśnie w elektrowniach atomowych, stojących na pograniczu z naszym sąsiadem. To mistrzowski sik do własnego zlewu.

Olimpiada w sikaniu do własnej umywalki, czyli koniec żartów

Mógłbym tak wymieniać bez końca efekty beztroskiej urynacji w wykonaniu europejskich polityków. Chociażby histeryczne zachowanie się po ataku na redakcję Charlie Hebdo, pisma wylewającego hektolitry uryny na kogo się da, szczególnie zaś na wyznawców Allacha. Głowy państw zebrały się w ujmującym serca marszu solidarności. Mam czelność zapytać, solidarności z czym i z kim? Ten marsz odbył się jakieś 10 dni po masakrze w Baga, w której islamscy bandyci z Boko Haram zamordowali ponad dwa tysiące muzułmanów.

Nie wiem jak wy, drodzy czytelnicy, ale ja odczułem to jako nasikanie do mojej umywalki. Do umywalki moich wartości europejskich. W tej sytuacji, to że kilku panów nie umyło rąk przed spożyciem ośmiorniczek w restauracji “Sowa i przyjaciele”, to drobne faux pas.

Olimpiada w sikaniu do własnego zlewu rozpoczęła się jakiś rok temu. Sygnał startowy dała Kanclerz Merkel puszczając w świat zaproszenie do odwiedzin. Zrobiła to nie pytając dwudziestu siedmiu współlokatorów o akceptację i tym sposobem pobiła rekord sikając do 27 umywalek jednocześnie. Ten jeden czyn spowodował lawinę wydarzeń, których efektem jest na przykład bezczelna działalność partii nadprezesa, postawienie pod znakiem zapytania sensu Unii Europejskiej, pleniący się jak chwasty nacjonalizm i neonazizm, skłócenie interesów państw europejskich, aż wreszcie Brexit.

cameron

A propos Brexitu. Tutaj medale w sikaniu do własnego zlewu należą się ex aequo trzem zawodnikom. Nigel Farage, Boris Johson i David Cameron. Szacun wielcy mistrzowie. Szkoda, że inni muszą po was posprzątać.

Jako prosty obywatel mam prawo zapytać, dlaczego sikacie do naszego zlewu? W czyim interesie to robicie? Mam prawo spytać, komu sprzedajecie broń, kogo szkolicie, z kim ubijacie interesy, dlaczego to robicie i kto wam pozwolił na taką arogancję wobec nas?

Siedzę sobie grzecznie na sedesie, bo mi żona na siedząco kazała sikać i zastanawia się nad tym wszystkim. I tylko jedno przychodzi mi do głowy. Gdyby moja żona przyłapała mnie na sikaniu na stojąco, a nie daj boże do zlewu, to by mi na sucho nie uszło i bombardowanie Damaszku to byłby mały zestaw klocków Lego w porównaniu. Nie uszłoby mi też na sucho gdybym przespał, gdy inni sikają mi do zlewu, gdyż moja żona wybrała mnie osobiście na męża, nie w tym celu bym spał.

Nie wolno nam spać, kiedy sikają nam do zlewu nam, wszystkim ludziom tego świata. Nam wszystkim, niezależnie od koloru skóry, płci, wyznawanej religii, numeru buta i narodowości.

A robią to, śmiejąc nam się w twarz.