Warszawa – Treblinka: pociąg relacji bez powrotu

22 lipca 1942 roku Niemcy rozpoczęli deportację mieszkańców warszawskiego getta do Treblinki. Akcja Reinhard trwała niespełna dwa miesiące i doprowadziła do śmierci 300 tysięcy Żydów z Warszawy i pobliskich miejscowości. Reszta getta dokonała swojego żywota w maju 1943 w powstaniu.

W tym roku po raz kolejny – piąty tego dnia – przeszedł ulicami Warszawy Marsz Pamięci w intencji pomordowanych. Tegoroczny w sposób szczególny dedykowany był lekarzom i personelowi medycznemu, czyli wszystkim osobom, które niosły pomoc potrzebującym w czasach „nadludzkiej medycyny”, jak to zjawisko ktoś eufemistycznie i jednocześnie trafnie podsumował.

Ordnung muss sein i koniec Żydów Warszawy

Z dniem 22 lipca 1942 na każdym z domów getta w Warszawie pojawiło się lub miało pojawić się obwieszczenia Rady Żydowskiej o przesiedleniu mieszkańców ze stolicy. Na afiszu było tylko miejsce wyjazdu, nic więcej. Cel podróży pozostał niesprecyzowaną niewiadomą, przynajmniej oficjalnie. Było to w końcu lato 1942 roku i nadzieje żydowskiej Warszawy nie były do końca stracone. Zbyt wiele domniemań, niepotwierdzonych i sprzecznych informacji, i tlące się złudzenia pozwalały zachować resztki nadziei, przynajmniej dla osób z poza kierownictwa getta.

Od tamtej chwili, codziennie między Warszawą a Treblinką kursowały pociągi z tymi dziwnymi „przesiedleńcami”. Pociąg nosił „uroczą” nazwę: wahadłowy. Powołano specjalny sztab, by zorganizować jak najbardziej profesjonalnie te niecodzienne „wysiedlenia”. Dowództwo powierzono niejakiemu Hermannowi Höfle. Kiedyś z pewnością był to miły mechanik samochodowy z Salzburga, tyle tylko, że w latach trzydziestych zafascynował się Hitlerem. W czasie wojny pełnił funkcję komisarza do spraw deportacji Żydów z getta warszawskiego. Transporty nadzorowane były przez Niemców, ale strażnikami byli w przeważającej większości Ukraińcami, Litwinami i Łotyszami. Przez tych, którzy przeżyli, są wspominani jak najbardziej okrutni z całej załogi transportu.

23 lipca 1942 roku do stacji Treblinka taki pociąg przyjechał z Warszawy po raz pierwszy, przywożąc 7 400 osób. Tam, w przeciwieństwie do Warszawy, nikt nie dbał o mit „przesiedleń”. 23 lipca 1942 r. miała miejsce pierwsza faza mordowania. Trwała krótko – jak na rozmiary czasowe tego, co znamy z Auschwitz i rozmachu niemieckich planów – tylko do 28 sierpnia 1942 roku. Oczywiście, odbyły się po niej kolejne. Dziennie do obozu miało być przywożonych 6000 osób, ale te wstępne założenia szybko poprawiono. Tylko z warszawskiego getta, od końca lipca do połowy września 1942 r., w trakcie licznych akcji wysiedleńczych, według dokumentów Rady Żydowskiej, do Treblinki trafiło prawie ćwierć miliona Żydów. W tym czasie deportowano nie tylko mieszkańców ze stolicy, ale też m.in. Radomia czy Kozienic (w tym drugim przypadku kończąc fantastyczną historię chasydów i uczniów Magida Hofsteina w tym niewielkim mazowieckim miasteczku).

Do tych, którzy próbowali salutować się ucieczką z transportów, strzelano. Szlaki kolejowe, kolejno: Małkinia – Treblinka i Siedlce – Treblinka zapełniły trupy, krew i wyrzucane, przez co bardziej świadomych dalszego losu „pasażerów” osobiste drobiazgi, elementy bagażu czy listy do pozostawionych rodzin. Dla większości żydowskich Warszawiaków to była ostatnia droga, pogrzeb za życia, tyle tylko, że rozłożony w czasie, pozbawiony kadiszu i sziwy. Te dwa elementy pogrzebu w judaizmie zastąpili fantazyjni w swoim megalomańskim uwielbieniu muzyki Niemcy tekstem:

Wesprzyj #Medium

Fester Schritt und Tritt
Und der Blick gerade aus
Immer mutig und treu
In der Welt geschaut
Marschieren Kolonnen zur Arbeit
Darum sind wir heute in Treblinka
Das unser Schicsal ist tara-ra
Darum sind wir heute in Treblinka
Und gestellt in kurzer Frist
Wir hören auf den Ton des Kommandanten
Und folgen ihm auf den Wink
Wir gehen jeden Tritt und Schritt zusammen
Für alle, was dir Pflicht von uns verlangt
Die Arbeit soll alles hier Bedeuten
Und auch Gehorchsamkeit und Pflicht;
Wir werden weiter, weiter leisten,
Bis das kleine Glück gibt einmalein Wink
Hu – Ha!
Twardy krok i śmiałe spojrzenie,
zawsze odważnie i wiernie
patrząc w świat,
maszerują kolumny do pracy.
Dlatego jesteśmy dzisiaj w Treblince,
bo nasz los jest tara-ra
Dlatego jesteśmy dzisiaj w Treblince,
gdyż nasza przyszłość jest krótka.
Wsłuchajmy się w ton komendanta
i śledźmy każdy jego znak.
Idziemy krok w krok razem,
we wszystkim, czego od nas oczekuje obowiązek.
Praca musi tutaj znaczyć wszystko,
tak jak posłuszeństwo i obowiązek.
Będziemy dokonywać więcej i więcej,
aż małe szczęście da nam choć raz znać.

Jest to hymn obozu w Treblince. Cytuję go za relacją Samuela Willenberga z książki „Bunt w Treblince”, Warszawa 1991.

Zanim rozpalono piece Treblinki

Taka Treblinka jak opisano powyżej jest epilogiem dla świata warszawskich Żydów. Zanim zaryglowano i wywieziono ich pociągami na pewną śmierć, trwali – mimo i pomimo – wyznaczonego im ostatecznego końca. Potrzebowali, tak jak reszta Warszawy czasu wojny: żywności, mieszkania i pomocy, często medycznej. Ostatnia zasługuje dziś szczególnie na kilka słów uwagi ze względu na tegoroczny marsz.

Wojna, kolejne walki, do których dochodziło w stolicy oraz ostateczne oblężenie miasta doprowadziły do sukcesywnego niszczenia infrastruktury szpitalnej i całego zaplecza medycznego Warszawy. Wprawdzie placówki medyczne miały np. znak Czerwonego Krzyża lub inne symbole informujące o swoim przeznaczeniu i niemieccy lotnicy widzieli doskonale, co bombardują/niszczą, dlaczego (w ludzkich czasach) nie powinni, i czemu teraz (w czasach nieludzkich) tak starają się, żeby zniszczyć je pierwszoplanowo – w całej Warszawie, ale priorytetowo w dzielnicach zamieszkałych przez Żydów.

Co zdarzyło się kolejno? Poważnemu uszkodzeniu uległ przy bombardowaniach pawilon chirurgiczny Szpitala Żydowskiego na „Czystem”, wszystkie sale operacyjne do niego przyległe i zaplecze kuchenne.

Dwa słowa o tym miejscu. To ważny szpital na mapie medycznej przed – i wojennej Warszawy. Zbudowany w 1902 roku z inicjatywy Ludwika Natansona, lekarza, prezesa Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego i przewodniczącego Warszawskiej Gminy Żydowskiej. W swoim czasie był to jeden z najbardziej nowoczesnych szpitali w Warszawie – dobrze wyposażony i ogrzany, z oświetleniem gazowym i elektrycznym, wentylacją, kanalizacją oraz wodociągiem. Perełka na tle innych niedoinwestowanych budynków. Przed samym wybuchem wojny jest to placówka na 1500 łóżek. Poważne uszkodzenie szpitala na „Czystem” było ciosem w samo serce żydowskiej i medycznej Warszawy.

Szpital nad Czystem przed wojną, fot. www.wolski.med.pl
Szpital nad Czystem przed wojną, fot. www.wolski.med.pl

Zniszczone budynki to jedna kwestia. Sytuację wszystkich szpitali komplikowało też to, że większość personelu medycznego otrzymała powołanie do wojska. Jak sobie radzono z brakami personelu, poniżej.

Na tym nie koniec. Z każdą chwilą było gorzej i gorzej. Wkrótce Niemcy nakazali oddanie szpitala pod władzę Gminy Żydowskiej i użytkowanie go tylko jako placówki dla Żydów. Usunięto z niego wszystkie osoby, które nimi nie były. Personel i chorych narodowości żydowskiej, znajdujących się w innych warszawskich szpitalach, przeniesiono do częściowo zniszczonego szpitala na „Czystem”. Taka narodowościowa rotacja pacjentów nie była trudna, kiedy dopiero po wojnie zaniechano wpisywania wyznania do dokumentów. Jaki więc problem znaleźć żydowskich pacjentów tam, gdzie według Niemców nie mieli prawa przebywać?

Potwierdzenie wykształcenia wyrokiem na rodzinę

W czasie kolejnych miesięcy działania wobec Żydów, a w tym lekarzy, nabrały tempa. Jesienią 1940 roku władze okupacyjne podjęły decyzję o utworzeniu całkowicie odrębnej od miasta żydowskiej dzielnicy. W tym czasie także wszyscy lekarze w Warszawie musieli po raz kolejny wypełnić karty formularza rejestracyjnego Izby Lekarskiej (tzw. Fragebogen). To była jedyna możliwość dalszego legalnego zarobkowania. Procedura miała drugie dno, ukryty cel. Poprzedził ją dokładnym wywiadem dotyczącym całej rodziny danego lekarza, nie tylko wykształcenia i dotychczasowego przebiegu kariery. Informacje w późniejszym czasie przydatne były przy kompletowaniu list wywozowych.

Żydowscy lekarze, aby dalej leczyć pacjentów o właściwym pochodzeniu czyt. Aryjczyków na terenie Generalnego Gubernatorstwa musieliby być zatem……Aryjczykami. I tak kolejnym dyskryminującym prawem wykluczono z praktyki w zawodzie całą grupę narodowo-religijną. Lekarz uznany za Żyda, otrzymywał dokument z adnotacją „Jude”.

Uznani przez „speców” od rasowej genetyki za Żydów leczyli od tego momentu jedynie w instytucjach żydowskich jak: szpitale/przychodnie żydowskie lub w swoich prywatnych gabinetach (ich wyposażenia: duże księgozbiory czy wartościowe narzędzia były rekwirowane przy „przesiedleniach” lub nagłych „eksmisjach”), lecz tylko i wyłącznie Żydów. W istotny sposób ograniczyło to żydowskim lekarzom dostęp do pacjentów, a co za tym idzie kolejne źródło utrzymania.

A musimy pamiętać, że z wybuchem wojny „żydowskie” szpitale udzielały pomocy każdemu, kto jej potrzebował. Przy pierwszych bombardowaniach stolicy liczba niespodziewanych, niezaplanowanych pacjentów wzrosła o około pięć tysięcy dodatkowych osób wymagających jakieś formy hospitalizacji. Dopiero kiedy getto otoczono murem rotacja ta ustała. Getto stało się światem samo dla siebie, wyłączonym z krwioobiegu stolicy.

Odwrócona przysięga Hipokratesa: dobra śmierć bywa błogosławieństwem

Służba zdrowia tak ściśle podporządkowana narodowym wytycznym musiała być osadzona w administracji getta. Nadzorowana była przez Radę Żydowską tj. Judenrat i jego wydzieloną dla chorych część, takie małe ministerstwo w getcie – Wydział Zdrowia. Judenratem w Warszawie kierował inż. Adam Czerniaków. Gdy przyszło do deportacji nie podpisał obwieszczenia o wywózkach Żydów z Warszawy 22 lipca 1942 roku i kolejnego dnia popełnił samobójstwo.

Pożegnał się słowami, które stały się także jego testamentem i dowodem na wielkość sumienia w czasach granicznych: „Żądają ode mnie bym własnymi rękami zabijał dzieci mego narodu. Nie pozostaje mi nic innego, jak umrzeć”. Czerniakowa wyznaczono do roli capo di tutti capi diabelskiej machiny nazistów w getcie, a on nie przyjął dla siebie tej roli, tak jak zrobił to Chaim Rumkowski w Łodzi.

Do tej krytycznej chwili getto funkcjonowało pod jego zarządem. Przewodniczącym Wydziału Zdrowia zostaje Izrael Milejkowski – był też prezesem Żydowskiej Izby Lekarskiej (on też zainicjował badania nad głodem w getcie, które trwały pięć miesięcy, do lutego 1942 do akcji wysiedleńczej).

Z WZ współpracują kolejno: Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej w Polsce (TOZ) i Żydowska Samopomoc Społeczna (ŻSS). Te dwie ostatnie organizacje możemy nazwać czymś na kształt pomocy społecznej.
System leczenia pogarszał się z dnia na dzień. W getcie brakowało najbardziej podstawowej żywności, nie mówiąc o właściwych lekach czy innych akcesoriach potrzebnych lekarzom. Z kolejnymi tygodniami nie było mowy o leczeniu jakiego wymagali pacjenci. Było tylko pozorowanie praktyk medycznych, by robić cokolwiek, kiedy nie można robić tego, co właściwe, potrzebne i skuteczne.

Placówka mimo tych problemów i ogólnego dramatu musiała nagle zmienić siedzibę na nową. Zimą, to był luty 1941 roku, Niemcy zmusili działaczy żydowskich do przeniesienia Szpitala Żydowskiego na teren właściwego getta, zmniejszano znacznie jego powierzchnię. W getcie jednak nie było wystarczająco dużego budynku, by pomieścić cały szpital. Trzeba było go podzielić na części i umieścić oddziały tam gdzie się dało, a nie gdzie powinno się to zrobić. I w taki sposób różne odziały znalazły się w granicy jednego getta, ale nie jednego budynku.
Dla przykładu – oddział chirurgiczny był przy ulicy Leszno. Zarządzali nimi dr Aleksander Wertheim, dr Dawid Amsterdamski i dr Ignacy Borkowski. Według wstępnego założenia miało się tam znaleźć 300 łóżek, później więcej.

Na Stawkach umieszczono Żydowski Szpital Zakaźny, tam pracowało się gorzej niż na Lesznie. Funkcjonował non-stop na granicy wystarczalności, zwłaszcza, że gettem wstrząsały kolejne epidemie tyfusu i duru brzusznego. Najwięcej zgonów odnotowano jednak z powodu gruźlicy i choroby głodowej. Tylko w 1941 roku z powodu choroby głodowej i powikłań z niej wynikających zmarł co czwarty mieszkaniec getta (prawie 11 tysięcy osób). Brakowało wszystkiego, włączenie z właściwym i wykształconym personelem medycznym. W szpitalu pracowało wielu studentów i lekarzy bez specjalizacji. Ważne były choćby częściowe umiejętności, a nie dyplom (w getcie działał quasi ukryty uniwersytet i wykłady dla medyków zainicjowane przez szefostwo).

Brak leków to jedno, ale brak antybiotyków, w tym tetracykliny, którą leczy się tyfus, to istny horror dla chorego, który dodatkowo cierpi straszliwy głód.

Oddziały szpitalne stawały się nie miejscem ratunku i regeneracji, ale spowolnionej agonii. Czasami wszystko, co mogli zrobić lekarze, to pozwolić chorym odejść na łono Abrahama i nie dopuścić, by wsiedli do pociągów na Umschlagplatzu, tak samo dorośli jak dzieci, jedni świadomi bardziej, inni mniej.

Jak król Maciuś Pierwszy walczył o godność w getcie i nie przegrał

Miejsce szczególne w topografii stołecznego getta – szpital dla dzieci Bersohnów i Baumanów. Placówka powstała w latach 1876–1878 dzięki zaangażowaniu dwóch małżeństw: Majera i Chaji Bersohnów oraz Salomona i Pauliny Baumanów według projektu Artura Goebla (szpital na” Czystem” to też jego projekt). Znalazła się między dwoma równoległymi ulicami: Sienną i Śliską (dlatego miała taki nietypowy podwójny adres: ul. Śliska 51/Sienna 60).

Początkowo planowana na 20 łóżek i tylko kilku lekarzy. W czasie wojny to najbardziej dramatyczne miejsce w całym getcie. Dzieci. W każdym wieku i z każdego środowiska. Umierające nie na zwykłą prozaiczną śmierć wynikającą z chorób, ale na głód. Medycznie i chłodno na chorobę głodową, czyli zespół patologiczny objawiający się zaburzeniami czynności całego organizmu, wywołanymi trwałym niedożywieniem. Takie encyklopedyczne hasło nie robi wrażenia, nie chwyta za serce. Niemedycznie, niesłownikowo było dzieckiem (dorosłym) z mocno nabrzmiałym całym ciałem, silnym przykurczem mięśni, przebarwioną i suchą skórą, może niedowidzącym, ze zniszczonym układem krzepnięcia krwi. Takim, które rozpaczliwie szuka jedzenia. Jeśli nie jest w szpitalu, szuka go wszędzie, gdzie tylko się da. Wyrywa przechodniom paczki, o których zawartości nic nie wie. Liczy jednak, że jest w nim ten cud istnienia – jedzenie. O nich, tych zagłodzonych „złodziejach” potencjalnego chleba pisał Wojdowski w „Chlebie rzuconym umarłym”. Badania nad głodem prowadzono na dzieciach do 12 lat i dorosłych od 20 roku życia. Po to, by uniknąć przejściowej fazy dorastania.

Pielęgniarka nad dwójką zagłodzonych dzieci. Z braku łóżek leżały w parach, fot.Pinterest
Pielęgniarka nad dwójką zagłodzonych dzieci. Z braku łóżek leżały w parach, fot.Pinterest

Ten ludzki Armagedon będzie dziać się w miejscu w którym od 1906 roku pracował człowiek wyjątkowy – Henryk Goldszmit. Znany nam jako doktor Janusz Korczak. Pracował u Bersohnów i Baumanów przeszło siedem lat. Wiemy, że odjedzie ze szpitala długo przed tragedią getta. Z dziećmi z getta jednak nie rozstanie się nigdy, będzie z nimi do końca.

Pamiętacie wszyscy króla Maciusia? Tego rezolutnego chłopca, który w swojej dziecięcej wrażliwości szukał pokoju i dobra, a nie walki i wojny? Ta sama wrażliwość popchnie Korczaka, by towarzyszył swoim podopiecznym bez względu na wszystko. Do ostatecznego końca. Wywiozą ich z Umschlagplatzu na ul. Stawki. Oni znikną, a budynek niczym świadek dwóch wojen światowych przetrwa do dziś, pomimo tego, że podczas I wojny znacznie podupadł, a II omal go przecież nie zniszczyła.

Przez problemy finansowe w 1923 roku zamknięto go na pewien okres. Dzięki wytrwałości dr Anny Braude-Heller i Towarzystwa Przyjaciół Dzieci przy wsparciu Jewish Joint Distribution Committee w latach 30 udało się otworzyć szpital na nowo. Kierowała nim właśnie dr Braude-Heller – wspaniała pediatra i dama odznaczona orderem Virtutti Millitari – jedna z autorek wstrząsających badań nad chorobą głodową.

Dr Anna Braude Heller i mały pacjent getta , fot. USHMM
Dr Anna Braude Heller i mały pacjent getta , fot. USHMM

Szpital stał się szybko creme de la creme w opiece nad dziećmi międzywojnia. Otwarty na nowinki tak samo, jak na małych pacjentów. Podczas wojny udzielał pomocy wszystkim rannym i poszkodowanym, nie tylko dzieciom. Kiedy zlikwidowano małe getto 10 sierpnia 1942 roku, szpital trafił na róg ul. Leszno i Żelaznej, by trzy dni później znaleźć się w budynkach należących do szkoły na ul. Siennej. To były już ruchy pozorowane, że jest jakaś przyszłość dla tego miejsca, że przetrwa. We wrześniu personel trafił do Treblinki.

Dr Braude-Heller zginęła podczas pierwszego z honorowych zrywów stolicy w bunkrze szpitala w mieście dwóch powstań (choć istnieje też druga wersja, że jej zwłoki znaleziono na ulicy). Przyjaciele wcześniej chcieli jej pomóc. Przygotowali fałszywki i kryjówkę po aryjskiej stronie, z których ona nie chciała skorzystać. W jej przypadku mogło się udać, ale Heller tak jak Korczak nie zostawiła swoich podopiecznych. Dr Adina Blady-Szwajger w opublikowanych wspomnieniach z tego okresu przytacza taki list, który przyszedł z getta i był jednym z ostatnich od dr Heller: „Nie martwcie się o mnie, mam inne plany”.

Słowa świadków na koniec

Tylko jakie mogła mieć plany, kiedy od dnia 22 lipca 1942 roku horror medyków, wszystkich punktów szpitalnych miał być przerwany i zakończony? Nikogo ani niczego nie chciano już przenieść, ale trwale i całkowicie zlikwidować. Latem ’42 trwały wielkie żniwa – Wielka Akcja Likwidacyjna. Niech zaświadczą o tym poniższe relacje.

Marek Balin, wtedy jeszcze student, tak wspomina to lato:

Było to 15 sierpnia 1942 roku, na oddziale zabiegów szpitala „Czyste” w getcie warszawskim przy ul. Leszno. Nasz szpital, który normalnie mieścił około 200 chorych, liczył obecnie blisko 600 osób i w dodatku miał jeszcze przyjąć chorych z innych oddziałów. (…) Od lipca 1942 roku, co dzień Niemcy wywozili tysiące Żydów na śmierć, a wraz z deportacją nieszczęśliwców stale zmniejszali granice getta, odcinali całe ulice i nawet dzielnice, nie szczędząc również szpitali. Otóż do naszego oddziału nastąpił teraz duży napływ chorych i personelu, którzy zdołali uratować się od ciągłych blokad i bestialskich łapanek. Na nasze nieszczęście Niemcy dowiedzieli się, że u nas gromadzą się Żydzi. Wiedzieli, że większość to ciężko chorzy, niezdolni do pracy, nie mogący chodzić, gdyż oddział nasz przeważnie przyjmował ofiary postrzałów. Dyrekcji szpitala nakazano, by jak w innych instytucjach, szpital zredukował do minimum chorych – do 150 osób i wysłał większą część ludzi na Wschód „do pracy”. Oczywiście zdrowi, którzy dowiedzieli się o tej redukcji, natychmiast rozbiegli się lub pochowali. Ale co robić z chorymi? Jakże dyrekcja mogła dobrowolnie wydać ich na śmierć? Jak przeprowadzić selekcję i świadomie od razu skazać, a drugich ochronić na chwilę? Jakim kryterium należy się kierować? W szpitalu zapanowała przytłaczająca niemoc. Wszyscy zdawali sobie sprawę ze straszliwego tragizmu sytuacji. Żydzi sami muszą wydać swych braci na śmierć! Wydać ludzi niedołężnych, ułomnych, lub takich, którym najmniejszy ruch sprawiał niesamowity ból. Nie tylko Żydzi – Żydów, ale lekarze – chorych, swoich podopiecznych – chorych, którym starali się przedłużyć życie, zmniejszyć męki, ocalić kończyny i przywrócić zmysły. Chorych – dla których nocami nie sypiali, by w blasku kopcących karbidówek dokonywać ciężkich, skomplikowanych, życiodajnych operacji. (…) Wieczorem tego pamiętnego dnia, miał zapaść dla większości chorych wyrok śmierci, wydany prze lekarzy. Zwykle wieczorem odbywał się obchód dyżurującego lekarza i kilku wolontariuszy. Tym razem byli to ordynatorzy: dr Rothaub, dr Borkowski i dr Szenicer z naszego oddziału, pod nieobecność ordynatora Amsterdamskiego, który został wzięty przez Niemców jako zakładnik. Komisja tych znakomitych lekarzy miała sądzić. Mieli przed sobą listę z nazwiskami. Obok nazwiska znaczek – + – oznaczać miał deportację, śmierć, a znak minus pozostanie w szpitalu. Przy każdym łóżku lekarze długo przystawali. Mówili cicho, jakimś nieludzkim, chrapliwym głosem. Dyskutowali po łacinie, by chory niczego się nie domyślił i nie pojął grozy tego niesamowitego konsylium. Ordynatorzy weszli na salę ortopedyczną. Wątłe ciała ze sztywnymi kończynami, zawieszonymi na blokach i szynach. Dr Szenicer coraz częściej korzystał ze swej chusteczki do nosa… Unikał nie tylko spojrzeń chorych, ale i kolegów się wstydził. Chodził po salach ze spuszczoną głową, a rąbek twarzy stale zasłaniała chustka. (…) Również i inni lekarze coraz częściej sięgali po swoje chusteczki. W pewnym momencie szef naszego oddziału opuścił salę. Już go nigdy więcej nie widziałem. Komisja swojej pracy nie skończyła. Nazajutrz Niemcy sami dokonali selekcji i zapełnili pięć furgonów chorymi i wywieźli. Ci, którym udało się zostać, też niedługo zabawili w szpitalu na Lesznie, gdyż w dwa dni po tym, opróżniono szpital ostatecznie i pognano nas wszystkich na Umschlagplatz.

Relacja jest publikacją wspomnień autora, udostępnioną już wcześniej przez jego siostrę Halinę Birenbaum z archiwum prywatnego.

A tak brzmi relacja z wywózki szpitala światowej klasy immunologa Ludwika Hirszfielda:

Przed gmachem tłumy zrozpaczonych ludzi, wywołujących nazwiska swoich bliskich, w oknach zrozpaczone i oszalałe ze strachu tłumy porwanych. Przed gmachem leżą tłumy oberwańców, dla których nie było miejsca. W samym gmachu na podłodze, na klatkach schodowych, na korytarzach leżą stłoczone masy ludzi. O użyciu ubikacji nie ma mowy, gdyż nie wolno wychodzić z sal. W ten sposób trzyma się ich bez kropli wody, bez pożywienia.

Większość wywiezionych zginie w piecach Treblinki. Małej części lekarzy udało się przejść na stronę aryjską, część została tam uwięziona na zawsze, czyli do mniej więcej 6 września 1942 roku, kiedy zaczęto wywozić 950 ostatnich podopiecznych ze szpitala i 50 pracowników. Lekarzom, którzy mieli zostać jeszcze przy życiu, rozdano tzw. numerki życia. Jeśli tych nie dostali, nie pozostawało nic innego jak próbować ukryć się w ruinach getta. Oficjalnie mieli już nie żyć.

W taki sposób przetrwała między innymi ginekolog Alina Brewda do momentu wybuchu powstania, z którego trawiła do piekła Majdanka, a później do Oświęcimia (od września 1943 roku). Przeżywszy tę katorgę wróciła na rok do Warszawy, gdzie w czasie tego okresu próbowała dochodzić do siebie – fizycznie i psychicznie. W 1947 roku wyemigrowała do Anglii, odszukała tam swojego wuja.

Najbardziej znamienne epitafium dla heroizmu wszystkich lekarzy żydowskich napisze dr Izrael Milejkowski (jest to zarazem wstęp do publikacji o głodzie „Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w roku 1942”, która ukazała się w Warszawie w 1946 roku):

„Tobie, Lekarzu-Żydzie, kilka słów uznania. Co mam Ci powiedzieć, Towarzyszu niedoli i drogi Kolego. Byłeś cząstką ogółu. Niewola, głód, wysiedlenie – wszystkie te postacie śmierci w naszym getcie zawisły także i nad Twoją głową. A Ty swoją pracą dałeś mordercom jedną odpowiedź. Odpowiedź ta brzmi: non omnis moriar”.
Amen.

I nasza pamięć o nich każdego roku 22 lipca.

The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.