Wojna w Syrii a kryzys uchodźców: jeszcze ludzie, czy już tylko statystyka? (FOTOREPORTAŻ)

Uchodźca, zwłaszcza syryjski, to żaden zwykły człowiek. Uchodźca drażni, psuje dobre samopoczucie, nie pozostawia nikogo obojętnym. Uchodźca to także termin polityczny, który nakazuje, by mieć jasne zdanie – negatywne lub pozytywne – o zmianach kulturowych i roli islamu w Europie.

Chciałabym być smokiem i spalić wszystkie chusty w tym namiocie - to16-letnia Kawthar, która była w zaaranżowanym małżeństwie, odmówiła mężowi seksu, a ten w odwecie związał ja chustami i pobił.

Liczby i emocje idą w parze, i nic ich nie studzi

Po pięciu latach wojny domowej – stan ze stycznia tego roku – z prawie 18 milionowej Syrii (w 2014 w kraju mieszkało 24 miliony ludzi) ucieka codziennie około 1200 osób.

Czteromilionowy Liban ma prawie 1.5 miliona uchodźców (migrantów wojennych, jeśli ktoś woli), w tym 42 tysiące syryjskich Palestyńczyków oraz 300 tysięcy Palestyńczyków żyjących tam od 1948 roku – czyli od powstania państwa Izrael.

Jedna na trzy osoby, mieszkające w Libanie, to uchodźca. Żyją w nieformalnych obozach (60%). Libańczycy nie godzą się na inną formę osadnictwa, mając w pamięci palestyńskie obozy, które przekształciły się na stałe w quasi slumsy i biedne przedmieścia. Reszta Syryjczyków wegetuje w wynajmowanych po nierynkowych, zawyżonych cenach, pomieszczeniach różnego przeznaczenia. Powinni mieć wizy na pół roku, które są darmowe przez pierwszy rok, później trzeba za nie płacić 200 dolarów. Mało kogo na to stać.

Drażliwym tematem jest syryjska demografia. Off the record mówi się, że 6 na 10 urodzeń dotyczy Syryjek. Ich starsze dzieci traktowane są jako tania (nawet bardzo tania) siła robocza, stąd coraz więcej nieszczęśliwych wypadków odnotowanych przez media. Dzieci-robotnicy na budowach to norma. Nie chodzą do szkoły. Liban szczyci się wprawdzie swoją płatną edukacją, jedną z lepszych na Bliskim Wschodzie, ale nie taką dostępną dla biedaków. Podobnie wygląda sytuacja z serwisem medycznym. Jest płatny i trudno dostępny. Syryjczykom zostają organizacje non-profit lub lokalny Caritas. 80% z nich korzysta z takiej formy opieki medycznej i innych świadczeń socjalnych. W uchodźców coraz bardziej uderza czas. Libańczycy tracą cierpliwość podobnie jak Europejczycy. Na początku wojny domowej w Syrii liczyli, że sytuacja z uchodźcami jest tymczasowa. Dziś wiemy, że nie.

Wesprzyj #Medium

Desperacja jest zarówno wśród ludzi, jak i rządzących. Tego lata armia przeprowadziła masowe aresztowania wobec ludzi bez ważnych dokumentów, wprowadziła godzinę policyjną, a w Bejrucie pojawiły się plakaty ostrzegające Syryjczyków przed wychodzeniem z domów między 20 wieczorem a 6 rano.

Wrogość miedzy autochtonami a przybyszami przybrała niepokojące rozmiary. Syryjczycy podsumowują to jednym zdaniem: „Jesteśmy po prostu przerażeni tym, co zaczęło się dziać wokół nas”.

Powód? Oficjalny: zamachy z ostatniego miesiąca na chrześcijańską wioskę Al-Qaa. Nieoficjalny: nie tylko Syryjczycy są w potrzebie. 1,5 miliona Libańczyków, nie uchodźców, żyje w warunkach tak samo wymagających szybkiej interwencji humanitarnej. UNHCR i lokalny Caritas szacują, że takich ludzi, którym potrzebna jest pomoc, jest razem 3,3 miliona. Półtorej Warszawy, powiedzmy.

Podczas gdy równowaga społeczna w Libanie została naruszona do granic możliwości, Europejczykom wydaje się, że muzułmanie ich przytłoczyli.

Na teren Libanu zbyt łatwo przedostają się też ostatnio bojownicy Nusra Front. Pod koniec lipca armia libańska aresztowała koordynatora tej formacji na Arsal i okolice. Arsal jest sunnickim miasteczkiem wspierającym rebelię przeciwko Asadowi. Już raz stoczono o nie bitwę w 2014 roku, wygraną dla sił libańskich przeciw islamistom. W tym samym czasie Irańczycy przerzucają swoje siły z Aleppo (ciągle oblężonego, z zapasami żywności na 3 następne miesiące, rebelianci oskarżają o to miedzy innymi Kurdów) do Palmiry. Chodzi o Irackich Strażników Rewolucji. W ostatnich miesiącach rebelianci zacięcie walczyli z szyickimi, zagranicznymi bojownikami. Ruch może być podyktowany przygotowaniem przez Asada większych operacji przeciw rebeliantom we wschodniej Syrii.

W Turcji jest inaczej – odrobinę lepiej. Liczba uchodźców jest równie przytłaczająca – oficjalnie zarejestrowanych jest ponad 2.7 milionów osób (te dane nie są pełne). Kraj jednak sam ma 78 milionów stałych mieszkańców, w tym 18% stanowi mniejszość kurdyjska, z którą jest w permanentnym konflikcie – w ostatnich miesiącach przekształcił się on po raz kolejny niemal w wojnę domową na wschodzie kraju, o której słabo informują media, zajęte sypiącym się statusem quo w Turcji.

Syryjczycy są powodem zgrzytów społecznych, ale mniejszych. To z jednej strony intratny biznes: wynajmem mieszkań, przemyt ludzi, handel żywnością i innymi produktami, z drugiej dramat kobiet: Syryjkę tanio wezmę za żonę – drugą lub trzecią. Nie ma za to tykającej bomby demograficznej, z którą mierzy się Liban.

Turcja dzięki uchodźcom i ogólnej – coraz gorszej – atmosferze w Europie, w jeszcze większym stopniu zaczęła używać uchodźców jako broni i karty przetargowej. Po nieudanym puczu nakręca się antyamerykańska histeria. Ciekawostką może być też to, że jeden z notabli Asada zaproponował puczystom ewentualne schronienie w Syrii (Asad i Erdogan nie darzą się sympatią mówiąc bardzo eufemistycznie).

Należy do tego dodać wszystkich oficjalnie przebywających w Jordanii i Iraku, czyli 600 tysięcy osób, i to, że terroryzm jest ciągle zagrożeniem bardziej dla nich, niż dla nas. Niewspółmierne proporcje informacji w zachodnich mediach, mające potwierdzić, że jednak chodzi o nas, są manipulacją.

Niezależnie od tego, jak brutalnie to brzmi: to Arabowie giną nadal masowo, nie my. To fakty potwierdzone przez zwykłe liczby, nie gra na emocjach, ani lewacka propaganda.

Z grubsza mówimy o prawie 5 milionach oficjalnych uchodźców, którzy znaleźli schronienie, mniej lub bardziej pozorne, na Bliskim Wschodzie. Udzieliły go kraje o średniej zamożności i możliwościach, kiedy kraje Zatoki Perskiej i Arabia Saudyjska, które faktycznie miałyby sposobność, by ulżyć Syryjczykom w niedoli, tylko gaszą pożar benzyną (ropą, która tanieje?). Ich wkład w konflikt? Al-Jazeera przygotowuje kolejny ckliwy reportaż o zagłodzonych dzieciach w strefie walk, a Saudyjczycy sypią groszem każdemu, kto jest przeciwko klanowi Asadów i weźmie do ręki karabin, by iść zabijać w imię ich interesów.

Tysiące ludzi przybywają do Europy

News, ale już nie breaking news. Kryzys uchodźców opatrzył nam się nieco. Minęła pierwsza złość na te tłumy. Osłabł zapał, by im jakoś ulżyć. Teraz walka o uwagę skupia się na indywidualnych historiach lub decyzjach politycznych. Do regularnych zamachów zaczynamy przywykać, strzelaniny wchodzą do codziennej rutyny, pytanie o to czy świat „będzie Izraelem” – miejscem żyjącym w oczekiwaniu na zamach, ale na tyle dobrze, by zaakceptować restrykcyjne procedury bezpieczeństwa za cenę spokoju – nie jest już utopią, ale rozważaną opcją na jeszcze gorsze czasy.

Nowi ludzie płyną, idą i nie przestaną tego robić, choć zapłaciliśmy już słono Turkom, by proces ten spowolnić. To trzy miliardy euro, z których Turcja dostała na razie dwa miliony. UE przeciąga wpłatę dalszych zobowiązań, a Erdogan grozi, że otworzy granicę dla niekontrolowanego eksodusu uchodźców.

Kim są ludzie, którzy zachwiali naszym światem przez ostatnich kilka lat? To jest pytanie, na które przez pięć lat wojny domowej w Syrii nie odpowiedzieliśmy lub zrobiliśmy to tylko częściowo, tworząc statystyki (jak te wyżej przytoczone) w excelowskich tabelach, godząc się na użycie upraszczających stereotypów lub rozbijając je w proch, często na wyrost lub pod wpływem ciężaru sytuacji i jej niespodziewanej nagłości i rozmiarów.

Podsumowaliśmy liczby, oszacowaliśmy koszty, przewidujemy z wahaniem cenę, jaką przyjdzie nam jeszcze zapłacić za zadawnione i teraźniejsze błędy polityczne, szukamy możliwości złagodzenia sytuacji trwale lub doraźnie.

W takim podejściu Syryjczycy i Syryjki są: uchodźcami, Arabami (Arabek tak się nie obawiamy) – dobrymi lub złymi, szyitami, sunnitami, Alawitami, Kurdami, prześladowanymi chrześcijanami, Jazydami, o których nikt wcześniej nie słyszał, kobietami bez mężczyzn, mężczyznami z chętką na Europejki, problemem polityczno-ekonomicznym. Takimi trochę nieproszonymi barbarzyńcami u bram cywilizacji, niepewnej swojej siły. Przybyli w całej swojej masie na tyle różnorodnej, by wybrać kilka postaci do reportażu, ale nie uznać, że te właśnie osoby to średnia statystyczna całości, a nie celowo wybrane historie dopasowane do pożądanej tezy.

Uchodźcy jak od Annie Leibovitz to całkiem normalni ludzie

Przez chwilę czułem się jakbym rozmawiał z mechanikiem, nie z moim lekarzem. Ciągle jesteśmy ludźmi - 35-letni Faten.
Przez chwilę czułem się jakbym rozmawiał z mechanikiem, nie z moim lekarzem. Ciągle jesteśmy ludźmi – 35-letni Faten

Pod prąd publicystycznym i politycznym tendencjom syryjski uchodźca, Omar Imam, stworzył fotoreportaż i małe arcydzieło w jednym. Jak twierdzi, przez ten projekt, który przygotował, „udało mu się odkryć siebie jako część społeczności uchodźców i zaakceptować ten fakt”. Jego inicjatywa to Live, Love, Refugee. Hasło to jest zarazem przekorną parodią Live, Love, Lebanon, sympatycznej w swoim wydźwięku reklamy, która ma zachęcać do odwiedzenia Libanu, i niekoniecznie chodzi o te feralne obozy wchodzące w drogę specom od PR-u.

Omar, jako osoba pochodząca z syryjskiej społeczności, żyje w jednym z libańskich obozów od 2012 roku – od kiedy opuścił Damaszek. Nie musiał przejmować się statystyką, ani poprawnością polityczną, czy falą neonacjonalizmu europejskiego. Nie musiał przejmować się niczym i nikim. Wszystkiego czego potrzebował, to zgoda fotografowanych na udział w projekcie, i ich zaufanie. Tyle i aż tyle.

“There was only grass, but I couldn't pass it through my throat. Yet I forced myself to swallow in front of the children so they would accept it as food.”
“There was only grass, but I couldn’t pass it through my throat. Yet I forced myself to swallow in front of the children so they would accept it as food.”

Często mówimy, że jedno zdjęcie znaczy więcej niż tysiąc słów. W przypadku kryzysu w Syrii zbliżamy się powoli do skali zero, prawie nic nie robi na nas wrażenia. Dzieci trzymające rysunki Pokemonów i proszące, żeby je złapać, i tym sposobem uratować z piekła wojny domowej wystarczyły na dzień (może dwa) uwagi.

Przynajmniej do rozwodu mąż był przydatny do tego, by chronić mnie i córki przed napastowaniem seksualnym - 40-letnia Rad o byłym już mężu.
Przynajmniej do rozwodu mąż był przydatny do tego, by chronić mnie i córki przed napastowaniem seksualnym – 40-letnia Rad o byłym już mężu

To może wybierzemy syryjskich uchodźców w surrealistycznej, sztucznej stylistyce – niczym ta przejęta od Annie Leibovitz -tylko w czarno-białym anturażu? „Może trochę Dali, chwilami doprawiony szczyptą humoru Chaplina”, jak skwitował dowcipnie wystawę zdjęć jeden z oglądających. Tacy uchodźcy nie uchodźcy, dramat podniesiony do rangi sztuki.

W libańskim środwisku jesteśmy outsiderami. Nie jesteśmy nawet małżeństwem, ale tutaj mamy więcej prywatnosci i intymności dla siebie, niż kiedykolwiek wcześniej w Syrii-Maher, 31 lat.
W libańskim środowisku jesteśmy outsiderami. Nie jesteśmy nawet małżeństwem, ale tutaj mamy więcej prywatności i intymności dla siebie, niż kiedykolwiek wcześniej w Syrii-Maher, 31 lat

Dlaczego tak? Autor zdjęć zdecydował się na taką formę, ze względu na to, że ogromna ilość bezosobowych relacji przytłoczyła nawet jego – człowieka, który zna obóz i jego niedolę jak własną kieszeń.

Reporterowi NYT powiedział:

Uchodźcy są dziś nadmiernie fotografowani, ale przez to wcale nie są lepiej dostrzegani, czy zrozumieni. Nie są w najlepszej kondycji, ale ciągle ważne dla nich jest to, by zachować pozory dawnego świata, pomimo losu tułaczy, niepotrzebnych nomadów spisanych na straty historii. Dystans od domu, który wcale nie wynikał z potrzeby, ale z konieczności, stworzył możliwość niepowtarzalności doświadczenia.

Imam podniósł ten sam zarzut w stosunku do prasy, który znamy doskonale z książki o korespondentach wojennych The First Casuality Philipa Knightley’go. Co jest i było zawsze pierwszą ofiarą wojny? Prawda. Autor przejrzał doniesienia o kilku wojnach: te z prasy i te opracowane przez profesjonalnych historyków. Różniły się więcej niż diametralnie. Imam nie miał zamiaru powielać dostępnych ujęć, ale uchwycić prozę życia mieszkańców obozu w dolinie Bekaa tak, by pokazać ją przez pryzmat realnych lub nieprawdopodobnych marzeń. Efekt końcowy przeszedł wstępne oczekiwania i z całą pewnością może nam pokazać wojnę w Syrii i jej skutki w takim aspekcie, w jakich nie ujął tego zagadnienia jeszcze żaden analityk, publicysta czy polityk.

Albo dyskutujemy, albo szykujemy się do konfliktu

By dać uchodźcom możliwość ekspresji własnej tożsamości, trzeba było pozwolić im mówić. Im samym – nie za nich. W tym kryzysie milczenie nie jest złotem. Jedynie pogrąża w coraz większym niezrozumieniu, frustracji i wzajemnej nieufności.

Urzeczywistnia się na naszych oczach proroctwo Amosa Oza, przypominającego Europejczykom, że Arabowie stają się dla nas tymi, kim Żydzi byli przed II wojną. Z taką korektą, że boimy się tej nowej największej europejskiej mniejszości, a tę starą chronimy przed tą nową wysyłając patrole policji, by pilnowała np. żydowskich szkół w Belgii czy Francji.

A kiedy każdy z nas widzi historię i świat w odmienny sposób, warto dać sobie szansę, by wysłuchać się nawzajem. Nasza europejska mentalność, ten cały etnocentryzm, jest tylko częścią świata i nie jest jedyny na świecie. Z tym trzeba się pogodzić.

Kilka dekad temu byliśmy otoczeni różnorodnością na wyciągnięcie ręki, teraz przyszedł czas konfrontacji z nią we własnym domu. Żyjemy w miejscu i czasie, gdzie wzajemnych powiązań jest coraz więcej. Wymaga to od nas dostosowania się do nowych warunków, nie zaś przywracania starego porządku. Nawet jeśli świat „będzie Izraelem”, to należy pamiętać, że tenże Izrael całkiem nieźle funkcjonuje z wielokulturowym społeczeństwem, lepiej nawet niż my w Europie. Religijny sąsiad nie musi być dla nas od razu zagrożeniem, pod warunkiem, że wcześniej zadbamy, by – wzorem młodych z poprzednich pokoleń arabskiej emigracji – nie szukał pocieszenia w islamie jako panaceum na bezrobocie i odrzucenie, ale traktował religię jako cześć stylu życia, trochę tak jak Amerykanie.

Drużyna piłkarska w syryjskim obozie.
Drużyna piłkarska w syryjskim obozie

Czy uważalibyśmy religię za taki problem, gdyby katolicy byli jak papież Franciszek, a muzułmanie jak filozof Abdennour Bidar?

Powiedzmy sobie szczerze: system klasowy jest dziś raczej wyznaczony przez sytuację ekonomiczną. Od pewnego poziomu zamożności wzwyż tworzy rodzaj plutokracji, w obrębie którego religia ustępuje pola statusowi społecznemu i pozwala znośnie funkcjonować i ateistom, i ludziom religijnym, którzy tu będą raczej skłaniać się ku bardziej inteligenckiej formie duchowości, nawet uzewnętrznionej, przeciw rytualnej religii „prostszych” mas.

Jak słusznie zauważył ostatnio Mohamed Adham Abd El Aal, przewodniczący Muzułmańskiego Związku Religijnego:

Jest duża różnica między islamistą i muzułmaninem. Muzułmanin myśli, że Pan Bóg go chroni, a islamista myśli, że on chroni islam i Pana Boga. Muzułmanin dba o własną modlitwę, a islamista pilnuje, żeby inni się modlili i robili tak jak on chce. Nie każdy muzułmanin jest islamistą.

To te drobiazgi, które umykają nam w dyskusji, choć nie ulega żadnej wątpliwości, że islam jeśli ma być składnikiem tożsamości europejskiej, musi, choćby tylko tutaj, przejść autorefleksję. Musi zwrócić się w kierunku sufizmu, nie zaś salafizmu i zachodniego samokrytycyzmu.

Niepokojący jest to trend, kiedy nasza odpowiedź na kolejne zamachy to przemoc, która może objąć muzułmanów i będących do nich w kontrze nacjonalistów. Tak się stanie, jeśli rdzenni i przyjezdni Europejczycy przez kolejne lata nie znajdą dla siebie przestrzeni dla wspólnego funkcjonowania.

Daliśmy już duże pole ekspresji narodowym szowinistom, jednocześnie spychając muzułmańsko-arabskich Europejczyków do roli upośledzonych „podopiecznych” sił oraz partii progresywnych i lewicowych. Kiedy trend na władzę odwróci się, a jest duże prawdopodobieństwo, że tak się stanie, to jakiej polityki mamy oczekiwać? Internowania, jak w przypadku Japończyków podczas drugiej wojny w USA, większego stopnia inwigilacji, wojny religijnej? Wzrost notowań skrajnej prawicy i terroryzm antyuchodźczy, antyarabski, niekoniecznie wymierzony w samych uchodźców, jest tym, czego możemy się spodziewać w nadchodzących miesiącach.

A czas ucieka, europejska intifada wisi w powietrzu. Dobrego rozwiązania brak.

The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.