Erdoğan po puczu: Pan na Bliskim Wschodzie i szantażysta UE

Autentyczna radość przeszła przez sunnicki świat arabski, kiedy upadła próba odebrania tureckiemu prezydentowi władzy przez grupkę wojskowych puczystów. Dlaczego? Erdoğan jest ciągle największą nadzieją sunnickiego odłamu islamu w Lewancie.

Turcja przykładem dla sunnickiego Lewantu

Wraz z nieudanym zamachem stanu przez wojsko na nowo odżyło poparcie społeczności sunnickiej dla Erdoğana w Libanie i Syrii, które obawiają się rosnącej roli szyitów, wspieranych w obu krajach przez Iran. Nagle, sunnicka również Turcja, stała się dla Arabów ostoją tych samych wartości i pryncypiów. Wcześniej stosunek tych samych Arabów do Turków był mieszany. Mają inny alfabet, nie znają arabskiego, kulturę religijną zastępują bardziej tą turecką, broń boże, nie arabską, choć też nie świecką. To już jednak tak nie razi.

Po upadku nieudanego zamachu stanu, internetowe platformy dyskusyjne używane przez sunnitów w Syrii i Libanie, pogrążyły się w gorącej dyskusji, w większości wyrażającej poparcie dla tureckiego rządu. Na ulice leżącego na północy Libanu Trypolisu, w Beddawi i Minieh, w małych wioskach doliny Bekaa, w Sydonie oraz wszędzie tam, gdzie rząd dusz opiera się na konserwatyzmie i partiach o zapleczu ideologicznie islamskim, wyszli ludzie demonstrujący poparcie dla Erdoğana. Był to ten sam rodzaj radosnego festiwalu, który na wieść, że armia odebrała Erdoğanowi władzę, jeszcze kilka godzin wcześniej cieszył żołnierzy Hezbollahu. Przez kontrolowane przez Partię Boga obszary przetoczyły się wtedy demonstracje poparcia dla „ostatnich sprawiedliwych mohikan” z Türk Silahlı Kuvvetleri, którzy podjęli się ślepej szarży na niezachwianą pozycję tureckiego duce. Tamto piątkowe powietrze przeszyły salwy z karabinów, w sobotę trzeba było te same karabiny odłożyć na bok.

Erdoğan wytrwał u władzy i przygotowywał się do rozprawy z niewiernymi wobec jego planu: wojskowymi, nauczycielami czy dziennikarzami. Zamknięto mnóstwo gazet, pod nóż poszły głównie te należące do Kurdów i gulenistów. Świat obiegły zdjęcia z aresztowań niepokornych wobec linii rządu.

Arabska wiosna: siła Erdoğona, klęska Bliskiego Wschodu

W 2010 roku turecki prezydent odwiedził Liban. Podczas krótkiej, dwudniowej wizyty spotkał się z ciepłym, a nawet emocjonalnym przyjęciem ze strony libańskich sunnitów. Najwięcej czasu poświęcił nie decydentom w stolicy, ale mieszkańcom oddalonej o trzy godziny od Bejrutu wioski al-Kawaszra, zamieszkanej przez sunnickich Turkmenów oraz etnicznych Turków, którzy są w Libanie, Syrii i Iraku od przynajmniej XI wieku. W stolicy doszło nawet do zamieszek. Ormianie zorganizowali protesty przeciw Erdoğanowi i jego fałszywej polityce historycznej, dotyczącej ludobójstwa z pierwszej wojny. W ten sposób Erdoğan zademonstrował, że współczesna Turcja nie jest żadnym obcym w arabskim świecie, ani tym bardziej nie jest posłańcem Zachodu na Bliski Wschód – wspiera swoich, ale nie tylko ich. Ormianie zatem nic nie wskórali. Ich protesty przeszły bez większego echa.

2010 był w ogóle istotnym rokiem dla polityki Erdoğana. To jeszcze cisza przed burzą, arabska wiosna oficjalnie zacznie się zimą, ale już w tym roku pomiędzy Libanem a Syrią, oraz pomiędzy szyitami a sunnitami dochodzi do napięć i generalnie tąpnięć w kruchej „zgodzie” od końca syryjskiej okupacji Libanu w 2005 roku.

Wesprzyj #Medium

Cały kraj czekał na akt oskarżenia przygotowany przez Specjalny Trybunał dla Libanu (Special Tribunal for Lebanon), który miał rozsądzić, kto odpowiada za śmierć biznesmena i premiera Rafika al-Haririego z lutego 2005 roku. Trybunał niewiele ustalił. Jego pracę torpedował Hezbollah i Syria, główni oskarżeni o udział w tym akcie, wskazujący Izrael jako odpowiedzialnego za zamach. Miał to być rzekomy odwet Mossadu za utraconą strefę wpływów w południowym Libanie.

Ale Erdoğan dbał wtedy nie tylko o wpływy i image w Libanie. W okresie poprzedzającym arabską wiosnę był także częstym gościem w Syrii. To, że reżim w kraju był alwawicki, było dla niego wtedy drugorzędne. Lokalni sunnici, jako burżuazja i społeczność bliska Asadowi, cieszyli się znacznymi wpływami w państwie, pod warunkiem, że nie próbowali szkodzić prezydentowi.

Erdogan i Asad, fot. yahoo news
Erdogan i Asad, fot. yahoo news

Pomiędzy 2004 a 2011 Erdoğan był w Syrii około dziesięciu razy. Dużo to i mało, jak na próbę przebudowania całkowitej strategii polityki zagranicznej między oboma państwami. Trend załamie się z marcem 2011, kiedy arabska wiosna uderzy z całą siłą w Syrię. Turecki prezydent nie będzie mieć innego wyboru, zagra rolę opiekuna sunnitów przeciw złemu Asadowi, wspieranego przez silny szyicki Iran i wierną im Rosję.

Sunnicki superbohater potrzeby od zaraz

Jesteśmy pięć lat od pierwszych akordów rewolucji w Syrii, z czasem przekształconej w regularną wojnę domową i rewoltę, która rozlała się na cały Bliski Wschód. Jaka jest dziś pozycja Erdoğan pośród sunnitów z Syrii? O dziwo, ciągle dobra. O Syryjczykach w Turcji mówi się i myśli różnie, ale pomimo częściowo napiętej sytuacji, Erdoğan obiecał najlepiej wykształconym i bogatym uchodźcom tureckie obywatelstwo. Nie zostało to tak nazwane, prezydent oficjalnie mówił o osobach z wysokimi kwalifikacjami, nie wspomniał o statusie ekonomicznym. Większość Turków jest przeciwna temu podejściu.

To już jednak jest sprawdzona taktyka tej władzy. Turcy służą gościną politykom z sunnickich partii z Iraku takim jak Tariq al-Haszimi, który aż do wyjścia amerykańskiej armii z kraju, był prominentną postacią i członkiem Islamskiej Partii Iraku, blisko powiązanej z Bractwem Muzułmańskim. W chwili odejścia Amerykanów wszczęto przeciwko niemu procedurę z artykułu: oskarżenie o terroryzm. Haszimi znalazł najpierw tymczasowe schronienie w Kurdystanie, a od 2012 roku w Turcji. Takich prominentnych Irakijczyków w Turcji jest dużo więcej. Do śmierci, w Istambule, mieszkał szejk Harith al-Dari, przewodniczący Stowarzyszenia Uczonych Muzułmańskich i zajadły krytyk amerykańskiej interwencji w Iraku zarazem.

Erdoğan nie miał i nie ma wyboru. Musi łagodzić to, co dzieje się na granicy z Syrią. Turcja ma najdłuższą granicę lądową z tym krajem. To jest problem i zarazem dobry punkt wyjścia dla rozgrywek politycznych. Tą drogą dostarcza się przecież broń, żywność i przerzuca bojowników wszystkich walczących stron. Miejsce do manipulacji jest idealne. Tak szantażuje się UE, że Turcja przestanie kontrolować ilość osób chcących się dostać do Europy, jeśli Unia nie zaoferuje Turkom ruchu bezwizowego.

Ale sunnickiego przewodnika w tureckim prezydencie nie szukają wszyscy Arabowie tego odłamu. Bardziej zjawisko to jest zauważalne pośród społeczności i grup, które są bliższe ideologii Bractwa Muzułmańskiego. To, że cały Lewant szuka dziś nowego, silnego lidera, nie musi ostatecznie oznaczać, że Erdoğan nim zostanie.

Jednak trzeba przyznać, że przez ostatnie kilkanaście lat, to szyici rośli w siłę jako społeczność, której przewodzi zorganizowany wódz, i to nie jeden – nie zaś sunnici. Ci w ostatnich latach stracili kilka ważnych dla środowiska postaci. Mówimy tutaj o trzech różnych politycznych typach. W 2003 roku obalony został Saddam Husajn  (stracony w grudniu tego samego roku). W październiku 2004 umarł (został zabity?) palestyński przywódca Arafat, a w lutym 2005 roku libański premier Hariri. Sukcesorem ostatniego jest jego syn Saad, ale ma tak skomplikowane relacje prywatne i publiczno-polityczne w Libanie, że niemal automatycznie wykluczył się z wyścigu o sunnickie przywództwo w kraju, nie mówiąc o sąsiednich krajach.

Erdogan i Saad Harari, fot. yahoo news
Erdogan i Saad Harari, fot. yahoo news

Podobnie rzecz ma się z królem Jordanii. Abdullah II, o którym mówi się, że zbytnio intelektualizuje problemy, uknuł wprawdzie zgrabny termin „szyicki księżyc” referujący zwiększające się wpływy szyitów w dawnych sunnickich strefach wpływów, ale nic nie zrobił ze swoją diagnozą w praktyce.

Tą rolą nie są też zainteresowani Saudowie.  Swoje polityczne cele skupiają obecnie na Jemenie i Bahrajnie, i nie mają chęci, by przewodzić, w ich ocenie, bezbożnym sunnitom Lewantu.

Identycznie reagują władze w Egipcie. Arabska wiosna, późniejszy przewrót wojskowych, więcej niż straszna sytuacja ekonomiczna, terroryści na Synaju są teraz głównymi celami egipskiej polityki. Priorytetem pozanarodowym jest dla nich tylko zdewastowana i niebezpieczna Libia.

W taki sposób wytworzył się wakat na ponadnarodowe przywództwo, w miejscu, gdzie powinien być w Lewancie polityk (duchowny?), będący wsparciem i wodzem dla choćby części sunnitów.

Irak, Liban, Palestyna, Syria zostały poddane walkom frakcyjnym i szyickim wpływom. Najbardziej widoczne jest to w Syrii. De facto Damaszek staje się powoli małym politycznym Teheranem. A należy pamiętać, że historycznie jest to miasto związane z rodem Umajjadów, czyli sunnicką dynastią z ogromnymi tradycjami i znaczeniem.

Najgorzej ma się sytuacja w Iraku. Od śmierci Husajna sunnickich obywateli nikt nie broni, ani nie wspiera. Centralny rząd (szyicki w większości) zamiast łagodzić skutki międzywyznaniowej niechęci doprowadził do tego, że sunnickie dzielnice są opustoszałe, dawani mieszkańcy uciekli. Wiele sunnickich miast zastało zniszczonych w imię, po części wyimaginowanej, walki z terroryzmem, a jedyny słyszalny (przebijający się) głos irackich sunnitów, to ten, który znajdziemy pod sztandarem Państwa Islamskiego i jego mutacji. Są to ciągle echa odwetu za saddamowską politykę upokarzania szyitów w oficjalnie panarabskim i sekularnym Iraku tamtych czasów.

Bratobójcze walki są kolejnym festiwalem sekciarskiej polityki nad Lewantem, a Turcja nie ma zamiaru rezygnować z poszerzenia swojej strefy wpływów, czego nawet nie próbuje zrozumieć Zachód i NATO.

Erdoğan nie widzi już UE jako celu dla Turcji, ale siebie jako człowieka, który da Turkom, przez władzę zdobytą w Lewancie, prestiż – miraż quasi jednoosobowego Imperium Osmańskiego w natarciu z każdej możliwej strony.

Erdoğan ma być Sulejmanem Wspaniałym, który pomoże sunnickim Irakijczykom przegnać współczesnych szyickich Safawidów z krainy dwóch rzek. Dla Syryjczyków mógłby być w tym samym czasie kolejnym wcieleniem sułtana Selima, który powtórzy ruch Selim I z bitwy o Mardż Dabik pod Aleppo, kiedy klęska sprzymierzonych też z Safawidami mameluków poszerzyła wpływy sunnickich Osmanów i ich prestiż w oczach Arabów. Rządy mameluków były brutalne, ale też pogardzane. Libańczykom wystarczy, że Erdoğan będzie próbował złamać monopol Hezbollahu na lokalnej szachownicy. Palestyńczykom wystarczy dostarczyć kolejne statki z pomocą humanitarną do zamkniętej przez Izrael i Egipt Gazy.

Erdoğanowi potrzebne jest tylko to, by nadzieja sunnitów o nim jako zbawcy regionu trwała jak najdłużej, lub żeby się faktycznie spełniła z nim w roli głównej.

Tak, sunnicki Lewant cierpi dramatycznie na brak przywództwa. Ale w fantazji, że Erdoğan zbalansuje nierównomierny układ sił jest kilka pułapek. Turecki prezydent ma ego, które pozwala mu myśleć, że bycie sułtanem w Europie jest mu niepotrzebne, w zamian będzie tureckim szejkiem Lewantu. Z pewnością ma jednak doradców, którzy dostrzegają złożoność sytuacji, w której to szyicki islam i jego macherzy grają dziś o ważną stawkę i łatwo nie zrezygnują. Tak samo jak silna Rosja walcząca o powrót w wielkim stylu w miejsce Amerykanów na Bliski Wschód i mocny niedolą sąsiadów Izrael, z którym Turcja ma relacje wymagające nowego i bardziej ustabilizowanego otwarcia.

The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.