Anna K. Kłys: Bolkolandia to kraina strachu. A mogłaby być krainą odwagi…

Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz w telewizji, byłam w wieku, kiedy  człowiek zakochuje się na całe życie. Janosik, Janek Kos, Thierry Śmiałek i Wałęsa. Męscy bohaterowie mojego dzieciństwa.

Autorka: Anna Karolina Kłys, dziennikarka, autorka książek non-fiction m.in: „Brudne serca” i „Tajemnica Pana Cukra”

Łatwo, najłatwiej w sumie, być adwokatem, prokuratorem i sędzią w nieswojej sprawie…

Jakie znaczenie dla obywatela RP ma to, czy Lech Wałęsa był świadomym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa? Takim, który podpisał, donosił i pobierał?

Był, czy nie był?

Czy to wywraca całe nasze życie?

Wesprzyj #Medium

Raczej tak. I jeśli był, i jeśli nie był.

Bo, jak podaje IPN, pod koniec lat 80 w Polsce było ok. 100 tysięcy ludzi świadomie współpracujących. A od 1945 do 1989 roku, rzesza ludzi gotowych, z różnych pobudek, stać się TW  jest trudna do wyobrażenia. Agent „wierny i oddany” sprawie,  jest naszym niezdiagnozowanym nowotworem narodowym, pasożytem zjadającym poczucie bezpieczeństwa, roztoczem, który nie pozwoli na spokój.

Aby zostać wytypowanym na  potencjalnego  agenta można było ukraść na budowie kilka worków cementu, można było po pijaku wsiąść do „malucha”, można było chcieć  wyjechać na zachód, można było zdradzić małżonka. Można też było mieć pracę, którą łatwo stracić. Albo rodzinę.Wózek z dzieckiem to bardzo mobilny  gadżet. Może wjechać pod tramwaj, może zjechać ze schodów. Albo, i to jest serio – można było wierzyć, że tylko socjalistyczna ojczyzna ma sens. Jeśli myślisz, że przesadzam, to znaczy, że masz nie więcej niż 40 lat… No i jeszcze, można było, tak banalnie, potrzebować kasy.

Jesteśmy przerośnięci tajemnicą, opartą na kłamstwie i strachu. Bo z chęci zatuszowania  jakiegoś świństwa lub kłamstwa ktoś został „TW”, a to świństwo i kłamstwo przerodziło się w stały, wierny strach, który towarzyszy agentom przez całe życie. Ma wpływ na ich zdrowie psychiczne i fizyczne, na stosunki międzyludzkie, na to, w jaki sposób TW wychowywał własne dzieci…

Najmłodsi, żyjący dziś TW mają 47 lat, najstarsi 99. W malutkich miasteczka, i w mieście stołecznym – są wszędzie. Przestraszeni, zmęczeni, zniszczeni przez zawsze obecny w ich życiu strach.

Czy Lech Wałęsa był agentem SB?

I jakie to ma dla nas znaczenie?

Kim, tak właściwie, był (i jest) agent? Jeśli ktoś jest współczesnym agentem, jest już dobrym agentem? Bo tylko tamci agenci, ci z lat 1945-89 byli źli?

Nigdy nie mieliśmy odwagi, moralności, siły żeby dokonać autolustracji. Daliśmy się pokonać strachowi, kłamstwu. Pewnie dlatego  z taką furią szarpiemy teczki bolkowe, bo nie są nasze.

Im głośniej będziemy  krzyczeć, tym cichszy będzie strach w nas. Już nawet nie o siebie. Ani o bliskich. To obawa o status quo, o utrzymanie pozorów równowagi.

Więc, jeśli był, to cała reszta powinna teraz odetchnąć, bo spali się na stosie pokazowego agenta, którego ofiara oczyści wszystkich tych, którzy przez ostatnie 27 lat, raz mniej raz bardziej intensywnie czekali, kiedy wyjdzie na jaw, że donosili na kolegę?  Albo, skoro Pierwszy Człowiek RP był – to cała reszta jest usprawiedliwiona, bo skoro taka postać była, to czego tu oczekiwać od przeciętnego obywatela?

Jeśli był, to będzie można w nieskończoność potępiać, opluwać, obrażać, a on, nagi, oblepiony smołą i pierzem będzie stał na środku rynku i nie zasłuży sobie na choćby jeden gest pomocy.

A jeśli był, to  każdy inny, który był, dostał właśnie krem sułtański i lody na patyku – swoją słodką chwilę.

A jeśli NIE był?

I to łupanie cepem w klepisko uprawiane równo od ćwierć wieku – Wałęsa to agent SB – jest tylko perfekcyjną pracą operacyjną?

Dlaczego z taką łatwością zakłada się, że Czesław K., generał, który całe swoje dorosłe życie związany był z kontrwywiadem, pracą wywiadowczą, operacyjną – sprywatyzował sobie na odchodnym kilka kartoników dokumentów, które trzymał na pawlaczu?

Dokumenty, dziś nie mniej niż czterdziestoletnie, pisane na podłym papierze, często przebitkowym, bez konserwacji, bez środków grzybobójczych, bez jak domniemam, należytej opieki archiwisty, przetrwały nietknięte w kartonikach i torbach, a Czesław, jednak generał całe życie związany z wywiadem, nie pomyślał, że mogą narobić bałaganu… I, że mogą być bombą samozapalającą  i dla tych, którzy w tych dokumentach są, i dla kolegów z „resortu”, którzy też chcieliby mieć trochę sprywatyzowanych teczek. Szczególnie tych na prominentnych urzędników, prezesów, dyrektorów, rektorów, najbogatszych Polaków i głowy kościoła…

Trochę jak filateliści, chcący mieć w swoich zbiorach jednocentową Gujanę Brytyjską z 1856 roku.

Czesław, nie zapominajmy, że przecież generał całe życie związany z wywiadem, nie był ponoć idiotą, więc jeśli sprywatyzował solo teczki będące odbezpieczonym granatem, z którym żył pod jednym dachem przez ostatnie 26-7 lat, nie zostawiłby ich Czesławowej, bo szkoda taką kolekcję wymienić na waciki, albo pomoc domową z Ukrainy.

A jednak nikt nie zadaje sobie trudu, by przeprowadzić logiczny wywód, że to nie komiks, tylko życie, i nikt nie pozbywałby się takich papierów, w tak  niesprzyjającym na robienie interesów czasie. Więc, jeśli  nawet oszalał na sam koniec, Czesław – całe życie generał, to nie ma możliwości żeby wcześniej działał sam. I nawet jeśli nie był częścią  „spółdzielni” innych prywatyzujących dokumenty wysokich urzędników MSW, to o tym, że mógłby mieć piękny zbiór wiedzieć musieli koledzy z wywiadu tego z przed i po 1989 roku.

A ludzie dla pieniędzy, władzy i sławy robią rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Pozbyliby się takiej władzy, w tak groteskowy sposób?

Więc jeśli nie był? Ale potrzeba było mizerykordii, która ostatecznie wyeliminuje faceta, który mówił publicznie:

„Jeszcze przed wyborami prezydenckimi mówiłem, że Lech Kaczyński to nieszczęście. Wszystkie nieszczęścia w mojej historii wzięły się z Lecha Kaczyńskiego” albo: „Co mnie obchodzi Kaczyński? Nie należał do „Solidarności” i nie walczył w tamtym czasie, więc co to jest za partner dla mnie?! Nie znał smaku walki. Nawet nie był internowany. Więc po której stronie był, można by zapytać.”

Za takie słowa trzeba zapłacić. To oczywiste.

Więc- był czy nie był? I jakie to ma dla nas znaczenie?

Jaką rolę odgrywa agenturalna przeszłość w tej części Europy? W krajach, gdzie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych były jak układ krwionośny? Docierały wszędzie tam, gdzie było jakieś życie…

W książce „Brudne serca”  pisałam o samym początku powstania tej sieci. O dyrektywach opracowanych przez dyrektora Departamentu I MBP, ppłk. Romkowskiego, rozesłanych 13 lutego 1945 roku do Urzędów Bezpieczeństwa, w których w prostych słowach instruuje się- jak pozyskać „wiernego, oddanego nam człowieka, tzw. agenta”.

W powiecie poznańskim, od lutego do sierpnia 1945  zwerbowano 70 agentów. Średnio jednego na dwa dni.

Uświadomienie sobie- czym jest ten palący dysonans poznawczy, to wyparcie własnej przeszłości, paniczny lęk przed dekonspiracją, z jednej strony, a z drugiej – odpowiedź na pytanie – czy umiemy zrozumieć, czy umiemy już mówić o tym co niewygodne, okropne, niebohaterskie – to podstawowe znaczenie tego, czy był, czy nie był.

Je suis Bolek dla wszystkich. Jak darmowe cukierki na promocji. Tylko, co z nimi zrobić, skoro okazują się okropne w smaku? Dyskretnie wypluć? Zjeść do końca?

Bolkolandia to kraina strachu. A mogłaby być krainą odwagi…

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z biblioteki zdjęć #MP
Autor portretu Lecha Wałęsy: Artur Krynicki

 

The following two tabs change content below.
mm

Anna Karolina Kłys

Ur. 1969, dziennikarka radiowa i telewizyjna. Od 1991 r. związana z pierwszą prywatną rozgłośnią w Poznaniu, Radiem S (obecnie Radio Eska). Pracowała jako prowadząca programy, reporterka i wydawca. Zaangażowana w sprawy społeczne (m.in. Amnesty International, Objector). Od 2003 roku zajmuje się fotografią. Opublikowała wywiad-rzekę z Bohdanem Smoleniem "Niestety wszyscy się znamy" (2011), "Brudne serca" (2014), "Tajemnica Pana Cukra" (2015).