Zmarł mężczyzna w czarnym płaszczu

Zmarł David Bowie.

Słowa w tym zdaniu uwierają. Nie pasują do siebie. Sprawiają wrażenie niedbałego nagłówka przeczytanego w ledwo widocznej kolumnie codziennej gazety lub niezręcznej zbitki wyrazów w słabej powieści science fiction. Chciałbym je szybko przeparafrazować, przepisać i zmienić, a może w ogóle wymazać lub skreślić. Zapomnieć.

„David Bowie nie żyje”, „zmarł David Bowie”, „David Bowie odszedł po ciężkiej chorobie” – żaden układ nie wydaje się prawidłowy i prawdziwy, a słowa te, przewijające się na paskach telewizji informacyjnych lub podawane dalej na Twitterze, brzmią trochę jak skondensowana abstrakcja, jak nieporozumienie: okropne przejęzyczenie, za które wypada natychmiast przeprosić. „Chcielibyśmy zdementować pogłoski, jakoby…”. „Za zaistniałą sytuację najmocniej przepraszamy”. Nie są to słowa, które mieszczą się w 140 znakach; nie są to słowa, które pasują do czasów, kiedy emocje wyraża się przez pakiet rysunków w serwisach społecznościowych.

Ale jednak: zmarł David Bowie. Encyklopedie napiszą, że właściwie David Robert Jones. Że urodzony 8 stycznia 1947 w Londynie. W pierwszym zdaniu depeszy z agencji informacyjnej dziennikarz doda, że brytyjski piosenkarz. Dalej, że kompozytor, tekściarz, multiinstrumentalista, że producent. Poznamy kilka dat i faktów, wiele liczb. Kilka cytatów biografów, wiele opinii krytyków. Że geniusz, że artysta totalny, że twórca prawdziwy, że miliony płyt, że miliony fanów.

Ja dopiszę, że to przerażający i fascynujący zarazem mężczyzna w czarnym płaszczuKról Goblinów, który w wietrzną noc porywał z kołyski płaczące dziecko, gdy jako wystraszony i również bliski płaczu kilkulatek po raz pierwszy w życiu siedziałem w kinowym fotelu na pełnometrażowym filmie; że to facet od „Let’s Dance”, znany z nadpisywanych wielokrotnie pofałdowanych taśm kaset magnetofonowych, pełnych nagrań losowych piosenek z Trójki i kilku pierwszych pirackich płyt CD; że to odnaleziony po nitce do kłębka autor „Warsaw”, kiedy odkrywałem osobowość i fascynacje Iana Curtisa i Joy Division; że to Ziggy Stardust, który nauczył mnie słuchania płyt i pokazał, że muzyka pop jest w stanie opowiedzieć historie równie poruszające jak film, i że w albumach można zatracić się tak samo jak w najlepszych powieściach.

Dopiszę też, że nie zgadzam się na utratę tak wielu osób w jednej chwili. Nie wyrażam zgody. Odmawiam. „W związku z powyższym, proszę o zamieszczenie sprostowania”. Proszę przeprosić za zaistniałą sytuację. Unieważnić. Cofnąć czas. Pozytywnie rozpatrzyć prośbę. Wrócić – choćby tylko do zeszłego piątku, kiedy wielokrotnie powtarzałem „Blackstar”, z myślą o tym jak bardzo wciągająca i niebezpiecznie pociągająca jest ta płyta. Cofnąć czas. Choćby tylko do piątku, gdy wielokrotnie powtarzałem też samą końcówkę albumu, z piosenką „Dollar Days” i słowami:

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

„If I’ll never see the English evergreens I’m running to

It’s nothing to me

It’s nothing to see”,

po których – po raz kolejny zmieniając ton i nastrój – w „I Can’t Give Everything Away”, David Bowie podsumowuje:

„Seeing more and feeling less,

saying no but meaning yes.

This is all I ever meant,

that’s the message that I sent”.

I dziś, ten autor „Warsaw”, ten Łazarz z „Blackstar”, facet od „Let’s Dance” z kaset magnetofonowych, ten nauczyciel od muzyki i kosmiczne medium Ziggy Stardust, ten przerażający i fascynujący zarazem mężczyzna w czarnym płaszczu – Król Goblinów, który w wietrzną noc porywał z kołyski płaczące dziecko, gdy jako wystraszony i również bliski płaczu kilkulatek po raz pierwszy w życiu siedziałem w kinowym fotelu na pełnometrażowym filmie, 30 lat potem odchodzi ponownie, i ponownie zostawia po sobie łzy w oczach.

Zabrał ze sobą wszystko oprócz muzyki. Tej własnej, i tej, którą inspirował. Wróci jeszcze w tej, którą dopiero zainspiruje. Słuchajmy zatem jej dzisiaj dużo. Nadal jest piękna, nadal budzi emocje, nadal fascynuje, choć straciła dziś co najmniej tyle osobowości, w ile w swoim życiu wcielił się David Bowie, właściwie David Robert Jones, a może jeszcze właściwiej – Łazarz z „Blackstar” oaz przerażający i fascynujący zarazem mężczyzna w czarnym płaszczu.

A kto odszedł od Was razem z Davidem Bowiem?

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +6, liczba głosów: 6)
Loading...
The following two tabs change content below.

Łukasz Jadaś

Ostatnie wpisy Łukasz Jadaś (zobacz wszystkie)