Pięć imperiów i USA – o nowym układzie sił na świecie

Bernard Henri Levy, francuski intelektualista i prowokator, powiedział niedawno, że po wycofaniu się USA ze światowej polityki, na scenie pozostanie pięć imperiów. Świat może być jednak bardzie skomplikowany niż wyobraża to sobie Levy.

Tłumaczenie artykułu – Jakub Kundzik

Z punktu widzenia Europy jest to ostrzeżenie o nowym porządku, który nastanie, gdy Stary Kontynent z całą pewnością wycofa się, by zająć się sobą lub wręcz rozpadnie na części składowe, nie stwarzając nawet pozoru zjednoczonej siły na światowej scenie. Jednakże Levy, jak zawsze, stara się sformułować stanowisko bez odmalowywania prawdziwej argumentacji. Poza tym, wobec ciągłej płynności amerykańskiej polityki zagranicznej, wciąż nie jest jasne, czy USA rzeczywiście wycofają się ze światowej sceny.

Jeśli Stany Zjednoczone jednak pozostaną światowym graczem, to Levy ma rację mówiąc, że staną naprzeciw pięciu imperiów. Europa nie będzie w stanie pomóc. Jednakże pięć imperiów – to tak naprawdę: jeden sojusz (Rosja i Iran), jedna religijna równowaga sił (Iran i sunnicki ekstremizm), jedna niepewna próba wpłynięcia na pozostałe równowagi sił (Turcja i Rosja, Turcja i islamski ekstremizm) i tylko Chiny będą miały zapewnioną w większości bezwarunkową wszechobecność. Świat będzie o wiele bardziej skomplikowany, niż wyobraża to sobie Levy.

Co do amerykańskiego wycofywania się, to ostatnie wymachiwanie szabelką (flota wojenna jakoby wysłana w kierunku Północnej Korei, atak rakietowy na Syrię, olbrzymia bomba zrzucona na pozycje Daesh w Afganistanie i ostrzeżenia wystosowane pod adresem Iranu) pod wodzą „świniopasa” – jak w styczniu Levy określał prezydenta Trumpa – było prawdopodobnie objawem ostatecznego moszczenia się Rexa Tillersona na stanowisku sekretarza stanu.

Jednakże żadna z tych operacji nie miała widocznej kontynuacji. Seria pojedynczych pokazów siły nie stanowi polityki zagranicznej. Co więcej, nawet u szczytu potęgi Stany Zjednoczone nie byłyby w stanie podjąć jednocześnie długotrwałego zaangażowania militarnego przeciw Korei Północnej, Iranowi, Syrii i Daesh. Ponadto, spójrzmy trzeźwo na spektakl ze zrzuceniem bomby MOAB – konwencjonalnego ładunku o sile małej bomby atomowej – na już niemalże kompletnie pokonane Daesh w Afganistanie: Rosjanie mają nawet potężniejszą bombę, ale prezydent Władimir Putin jest zbyt mądry, by podjąć licytację o to, kto zrobi większe „bum”.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Pięć imperiów

Co zatem z zaciemniającymi obraz pięciu oddzielnych imperiów sojuszami i równowagami siły,?

Pierwszą rzeczą, którą należy podkreślić jest to, że ani Chiny, ani zwłaszcza Rosja nie będą tolerować żadnych ataków na Iran. Niebezpieczeństwo kryjące się w zaczepnych słowach sekretarza Tillersona polega na napędzaniu głosów jastrzębim kandydatom w irańskich wyborach prezydenckich, co podkopuje szanse prezydenta Hassana Rouhaniego na reelekcję. To samospełniająca się przepowiednia: Iran staje się bardziej niebezpieczny przez nazwanie go bardziej niebezpiecznym.

Oskarżanie Iranu o bycie głównym eksporterem terroryzmu jest zwyczajnie nieprawdziwe poza kontekstem Bliskiego Wschodu. Iran nigdy nie atakował USA. Piętnastu z dziewiętnastu porywaczy z 11 września pochodziło z Arabii Saudyjskiej. Problem Iranu polega na tym, że wchodzi w drogę Saudom, którzy próbują zmarginalizować społeczności szyickie. Pomimo oczywistego sponsorowania przez Saudów większości sunnickiego ekstremizmu na Bliskim Wschodzie i poza nim, Stany Zjednoczone pozostają sojusznikiem Arabii Saudyjskiej, która działa na dwa fronty: rząd zachowuje bliskie stosunki z USA, a tamtejsi oligarchowie pod wpływem twardogłowych duchownych finansują ataki na interesy amerykańskie.

Działania Tillersona przeciw Iranowi wspierają tylko i wyłącznie Arabię Saudyjską. Jako że Saudowie są prawdziwymi sponsorami światowego terroryzmu, tamtejszy establishment zaciera ręce z zadowolenia na słowa Tillersona.

Rosja potrzebuje Iranu jako sojusznika, który zapewni jej obecność i bazę wypadową na Bliskim Wschodzie. Dokładnie taką rolę odgrywa Arabia Saudyjska dla USA. Zrujnowana Syria nie jest w stanie dać takiej stabilności jak Iran.

Turcja pragnie zarówno zostać sojuszniczką Iranu, jak i ma swoje interesy w tureckich regionach Rosji. Pomimo, że prezydent Recep Tayyip Erdogan uczynił Turcję bardziej „islamistyczną”, to wyszło to problematycznie i tamtejsze miasta stanowią wciąż cel dla ataków ze strony ekstremistów. W pewnym sensie – nie takim, jakie wymarzył sobie Erdogan, który śni o czymś na kształt odrodzonego Imperium Osmańskiego, ale na zasadzie wpływu – Turcja już mogła zasłużyć sobie na tytuł regionalnego podpalacza. To ciekawy obszar, graniczący z Rosją i Iranem z jednej strony oraz z Europą z drugiej. Jeśli Erdogan się przeliczy, to konsekwencje bycia nieudanym imperium będą pierwszą klęską nowego wspaniałego świata a la Levy.

Czy sunnicki ekstremizm nadal będzie funkcjonował jakby był samoistnym imperium? Tak. Ten dżinn już wydostał się z butelki. Będzie prowadził swoją walkę w Europie, dotrze do Chin; będzie prowadził zmagania z szyitami i będzie czynił relacje USA z Arabią Saudyjską coraz bardziej problematycznymi. Nie stanie się imperium terytorialnym – choć Daesh tego próbowało – ale niewidzialnym imperium zmilitaryzowanej wspólnoty religijnej (umma); ojczyzną, która rozlewa się na ojczyzny wszystkich innych; religijną piątą kolumną XXI wieku, czego Zachód nie dostrzegł próbując go zrozumieć, a bez zrozumienia nie może być żadnych negocjacji.

To pozostawia Rosję narażaną na zbyt wielu polach. Putin nie ma teraz pieniędzy. Walczy z sunnickim islamem, broni Syrii, jest w sojuszu z Iranem, prowadzi wojnę z Ukrainą, rywalizuje z Turcją w tureckich republikach na Kaukazie. Odczuwa olbrzymią ulgę, że nie ma już ostrych zatargów z Chinami. Z pewnością, zwrot w kierunku broni cybernetycznej jest mistrzowskim posunięciem dawnego supermocarstwa, którego nie stać, by z powrotem stać się supermocarstwem dawnego typu. Kombinacja PR-u na najwyższym poziomie, zbudowanego wokół figury prezydenta i penetracja cybernetyczna zapewnia Rosji status supermocarstwa o zasięgu elektronicznym.

Tak jak Chinom. Ich elektroniczny zasięg i możliwości są jednak poparte pieniędzmi. Mnóstwem pieniędzy. Tymczasowe spowolnienie ekonomiczne nie czyni uszczerbku chińskim możliwościom w polityce światowej. Tak, jak islamska umma, Państwo Środka nie musi podbijać. Jego ekonomiczna potęga jest po prostu wszędzie. Od posiadania toksycznego długu USA (Ameryka potrzebuje Chin do finansowania swego długu), poprzez szycie ubrań dla Armaniego, aż po produkowanie największej liczby laptopów i szkolenie największej liczby inżynierów-elektroników na świecie. Chiny są w każdym centrum handlowym w każdym zakątku globu. Ich wojsk praktycznie nie ma poza granicami ChRL. Ich arsenał atomowy jest umiarkowany. Czekają po prostu, aż USA zapadną się w sobie lub amerykańska potęga wypłowieje. Albo aż Amerykanie dobrowolnie opuszczą scenę międzynarodową, gdy prezydent Trump (a Chińczycy są pewni, że taki moment nastąpi) poczuje się obrzydzony błędami własnej polityki zagranicznej.

Pekin patrzy dalej niż Levy – w kierunku epoki jednego imperium: Chin i wielu emiratów, z których jednym będą Stany Zjednoczone. Poza tym, nawet Chiny będą wciąż zmuszone walczyć z sunnickim islamem. I wszyscy będziemy patrzeć z rzewną tęsknotą za kulturalnym i cywilizowanym szyizmem Iranu, żałując, że go niszczyliśmy zamiast wspierać. A może kiedyś znów będzie tylko Pekin i Persepolis? Obie kultury mają tego samego smoka w swojej mitologii.

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 3)
Loading...