Zapomniałam już o wojnie, a teraz wspomnienia wróciły

„Zapomniałam już o wojnie, a teraz wspomnienia wróciły,” mówi 29-letnia Elia, matka piątki dzieci. “To pokaz siły, próba wzbudzenia w nas strachu,” wtóruje jej 27-letni Ibrahim.

Według relacji mieszkańców ośrodka dla cudzoziemców w Lininie, koło Góry Kalwarii, 28 czerwca rano do ich mieszkań weszli funkcjonariusze służby granicznej. Nie mówili po rosyjsku, choć większość mieszkańców zna tylko podstawy języka polskiego i nie tłumaczyli powodu swojego przyjazdu. Funkcjonariusze zabrali 10 osób, w tym sześcioro dzieci.

„Walili do drzwi, nie pytali czy mogą wejść, nie przedstawiali się. Żadnego dzień dobry, tylko dokumenty, dokumenty,” mówi Ibrahim. „Jak usłyszałem głosy na korytarzu, wyjrzałem przez okno. O tak, przez uchyloną firankę, żeby mnie nie widzieli. A tam dwie furgonetki, ludzie uzbrojeni po zęby.”

Funkcjonariusze mieli broń, na twarzach kominiarki. Wchodzili do każdego z mieszkań, kazali się legitymować. „Przyjechali ok. 6 rano. Mniej więcej 4-5 samochodów i bardzo dużo strażników,” mówi 20-letni Temirkhan. „Ja wtedy nie spałem i usłyszałem, że ktoś wali do drzwi. Zdenerwowałem się i wyskoczyłem, myślałem, że to ktoś z ośrodka. Ale zobaczyłem dwóch funkcjonariuszy, którzy powiedzieli tylko, straż graniczna, poproszę dokumenty.”

„Nogami trzymali drzwi, krzyczeli,” kontynuuje. „Ich zachowanie trochę się zmieniło, kiedy zacząłem do nich mówić po polsku. Chyba nie spodziewali się tego. Powodu przyjazdu jednak nie podali.”

Czeczeni próbowali dowiedzieć się od pracowników ośrodka o cel przyjazdu straży. „Dyrektora akurat nie było, ochrony też nie. Później powiedzieli nam, że nikt ich o tym nie informował i nie mają pojęcia w jakim celu była ten nalot,” mówi Ibrahim. „Od nikogo nie możemy się nic dowiedzieć.”

Rzecznik prasowy Jarosław Sawicki z Komendy Powiatowej w Piasecznie, której funkcjonariusze brali udział w akcji, mówi, że nie było w niej nic nadzwyczajnego. „Tego dnia miały miejsce rutynowe kontrole, które odbywają się z udziałem straży granicznej i policji,” mówi. „Trudno, żeby funkcjonariusze informowali o swoich działaniach albo zapowiadali swój przyjazd.”

Mieszkańcy osiedla, które sąsiaduje z ośrodkiem, mówią, że nad ranem zbudził ich hałas. „Usłyszałam coś jakby huk,” mówi Anna Wróbel, lat 64. „Wybiegłam na balkon, skąd mam widok na ośrodek. Zobaczyłam samochody, funkcjonariuszy z psami, w życiu nie widziałam takiej akcji. Moja znajoma jechała do pracy o 7, przed bramą zebrał się już tłum ludzi, stały radiowozy policji”.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Komendant Sawicki mówi, że funkcjonariusze straży granicznej i policji zachowali się stosownie do sytuacji. „Funkcjonariusze ubrani są tak jak zawsze, tego wymaga taktyka tych służb,” mówi. „Na terenie ośrodka są małe dzieci, więc na pewno nie wydarzyły się żadne sceny, czy sytuacje które mogłyby niepokoić mieszkańców. Aczkolwiek, oczywiście, widok tak uzbrojonego funkcjonariusza może wzbudzić takie uczucia. W trakcie odprawy zwrócono nam na to szczególną uwagę – żeby nie wzbudzać żadnego niepokoju czy lęku.”

Ośrodek w Lininie istnieje od 2004 r. Mieszka tu 180 osób – w tym 104 dzieci – głównie Czeczenów ubiegających się w Polsce o status uchodźcy. Zapytani o przyjazd straży granicznej, pracownicy ośrodka odmawiają komentarza. Według Jakuba Dudziaka, rzecznika prasowego Urzędu do spraw Cudzoziemców, któremu bezpośrednio podlega ośrodek, w czasie przyjazdu straży granicznej był z nimi pracownik urzędu, który uznał, że kontrola przebiegła spokojnie.

Według Czeczenów, to nie pierwsze takie zajście, choć nigdy nie odbywały się one na taką skalę. Ich życie, mówią, toczy się dookoła aresztowań i przesłuchań. Czują się prześladowani.

„Zabrali mnie dwa tygodnie temu,” mówi 27-letni Rusłan. „Nic nie tłumaczyli, wsadzili mnie do samochodu, zabrali na lotnisko. Przesiedziałem tam cały dzień, bez jedzenia, bez wody. Potem zostawili mnie na chodniku. Odebrali mnie znajomi z ośrodka.”

„Mnie też w tym miesiącu zabrali, z żoną i dziećmi. Wróciliśmy do ośrodka tego samego dnia,” mówi Visit, lat 34. „Dali nam tam jakieś dokumenty do podpisania, wszystko po polsku, nic nie rozumiałem. Podpisałem.” Pokazuje stos papierów. Na pierwszej stronie jest napisane, że zgadza się na opuszczenie kraju w przeciągu 15 dni. Pismo jest datowane na 15 czerwca.

Według Czeczenów, w czasie przyjazdów funkcjonariusze straży zachowują się agresywnie. „Przeklinają w obecności kobiet i dzieci,” mówi Ibrahim. „Wchodzą z psami do mieszkania, a te depczą po miejscach gdzie się modlimy. Oni nie zwracają na to żadnej uwagi. Nawet się z tego śmieją.”

Czeczeni nie rozumieją dlaczego funkcjonariusze mają przy sobie broń i kominiarki, bo mówią, że nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia. Twierdzą, że żyją w zgodzie z mieszkańcami Linina. Jednemu sąsiadowi pomagali budować dom, innemu naprawić samochód.

Na początku czerwca do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wpłynęła petycja o zamknięcie ośrodka. Podpis złożyło pod nią 2,700 osób, ale według Anny Wróbel, inicjatywa nie wyszła od ludzi mieszkających w najbliższej okolicy. „Żaden z moich znajomych jej nie podpisał,” mówi. „Mieszkańcy ośrodka to normalni ludzi.” Dodaje, że nie spotkało jej z ich strony nigdy nic złego.

„Zdarza się, że ktoś nas zwyzywa na targu albo w sklepie w Górze Kalwarii, ale z mieszkańcami Linina mamy dobre stosunki,” mówi Ibrahim. „Wielu z nas pracuje z nimi, nie wadzimy nikomu.”

Pretensje ma, ale do lokalnej policji, która od pewnego czasu patroluje okolice ośrodka. „Siedzą od rana do wieczora w radiowozie obok wjazdu na teren ośrodka i tylko czekają, żeby się do czegoś przyczepić,” mówi. „Rusłanowi wlepili mandat za picie alkoholu, a on Red Bulla miał, nawet piwa nie pije. Ode mnie chcieli 500 złotych za brak dokumentów jak wyjeżdżałem spod ośrodka. Powiedziałem, że nie mam tyle, to zarządali 200. Poprosiłem o wypisanie mandatu, odmówili, zabrali mi 50 złotych i odjechali.”

Komendant Sawicki mówi, że te zdarzenia, jeśli są prawdziwe, nie powinny mieć miejsca. „Nie mieści mi się w głowie taka historia. Jeżeli takie sytuacje miały miejsce, każdemu obywatelowi, bez względu na to czy jest to obcokrajowiec, czy Polak, przysługuje forma skargowa. Żądanie pieniędzy bez wypisania mandatu to przestępstwo.”

Co do nasilonej aktywności policji przyznaje, że rzeczywiście ma to miejsce. „Okoliczni mieszkańcy prosili o takie patrole. W związku z tym zostały do tego rejonu przypisane dodatkowe patrole, żeby zapewnić bezpieczeństwo wszystkim – i mieszkańcom ośrodka i mieszkańcom gminy Góra Kalwaria.”

Według ustaleń Gazety Wyborczej, w ciągu ostatnich dwóch latach lokalna policja odnotowała tylko dwa zdarzenia z udziałem Czeczenów, w tym jedno za naruszenie nietykalności nauczyciela w miejscowości Coniew, 4 kilometry od Linina. Sprawa jest w toku, ale sprawcy zostali zatrzymani – od dłuższego czasu nie mieszkali już na terenie ośrodka.

Rodziny zabrane przez straż graniczną wróciły do Linina tego samego dnia. Nie chciały rozmawiać o o wydarzeniach z poprzedniego tygodnia. Według straży granicznej nie mają prawa pobytu na terenie Polski, bo odmówiono im ochrony międzynarodowej i dlatego zostały tymczasowo aresztowane. Teraz grozi im deportacja.

Reszta Czeczenów obawia się kolejnych przyjazdów straży granicznej. „Ja się nie boję, bo widziałem jeszcze gorsze rzeczy w swoim życiu,” mówi Temirkhn, który w Lininie mieszka od 2013 roku i studiuje w Warszawie. „Ale co mają pomyśleć sobie te wszystkie dzieci? Większość z nas jest w Polsce, żeby nie patrzeć już więcej na ludzi w maskach, którzy krzyczą i bez wytłumaczenia zabierają całe rodziny.”

„Czy to normalne, żeby w kraju prawa z rana wchodzić bez pozwolenia do mieszkań, straszyć nas i traktować jak bandytów,” pyta jego ojciec, 53-letni Sułtan. „Przecież powinni nam chyba wytłumaczyć dlaczego przyjechali, dlaczego walili w drzwi, dlaczego patrzą na nas przez te kominiarki. Dlaczego niczym przestępców zabrali małe dzieci. Nikt nie przyszedł, nie wytłumaczył dlaczego tak nas potraktowali. Nikt.”

„Chcemy żyć jak ludzie,” mówi Elia, która do Polski przyjechała trzy lata temu. Przytula czteroletniego syna Aleksa, przed chwilą skończyła karmić 7-miesięczną Marię. „Usłyszałam walenie do drzwi, zerwałam się z łóżka. Bałam się. Chcemy żyć w Polsce. Przyjechaliśmy tu, by uciec przed prześladowaniami, przed wojną – dla naszych dzieci, żeby mogły chodzić normalnie do szkoły. Ale okazuje się, że tutaj jest to samo.”

Mieszkańcy ośrodka proszą o zmienienie imion.


Główne zdjęcia artykułu pochodzi z portalu flickr.com

Autor zdjęcia: European Commission DG ECHO 

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 4)
Loading...
The following two tabs change content below.

Bartosz Brzezinski

Bartosz Brzeziński - polski dziennikarz pracujący w Belgii.

Ostatnie wpisy Bartosz Brzezinski (zobacz wszystkie)