Pomogłem mojej dziewczynie usunąć ciążę.

Sam padłem ofiarą aborcji – a w zasadzie moja dziewczyna. A w zasadzie płód, który razem niebacznie poczęliśmy. Ja padłem ofiarą, gdyż byłem zakochany w dziewczynie, a dziewczyna zupełnie we mnie nie, więc, gdy zakomunikowała, że chce usunąć, poczułem się odrzucony. Dziewczyna była ofiarą, gdyż zaciążyła z facetem, czyli ze mną, którego chciała rzucić. A płód padł ofiarą z przyczyn oczywistych. Tak to jakoś jest, że kilka właściwych czynników musi się zbiec, by człowiek cały i zdrowy urodził się w wesołej rodzinie. I pewnie tak by było idealnie, ale idealnie nie jest.

Rozumiem rozgoryczenie tych, którzy chcieliby, żeby było idealnie i żeby każdy płód mógł zmienić się w szczęśliwego bobaska. Domyślam się, że ci sami ludzie pewnie by chcieli, żeby mężczyźni nie gwałcili kobiet, by nie było głodu na świecie oraz by każdy tata przed osiemnastą wracał do domu na obiad. Ja w zasadzie też do nich należę i też bym tego wszystkiego chciał, ale rzeczywistość jest inna – jestem ofiarą, a nawet sprawcą aborcji. Pomogłem mojej dziewczynie się wyskrobać. Zrozumiałem jej potrzebę – choć bardzo ją kochałem (a może właśnie dlatego) nie potrafiłem jej skazać na siebie i moje płody. Ani mnie, ani tego dziecka ona nie chciała. Więc znalazłem lekarza, dałem mu pieniądze, a po wszystkim zrobiłem jej rosół. Miałem nadzieję, że ze mną zostanie. Ale nie została. Tydzień później spakowała się i odeszła. Do innego…

Byłem bardzo zraniony. Zranione było moje męskie ego, moja miłość własna, moje wyobrażenie o sobie samym. Jak mógł mi ktoś wywinąć taki numer, tak mnie zdradzić, tak mnie pominąć. Odrzucić i mnie i ten płód, który był przecież darem… Ode mnie. I od Boga. Chciałem ją przekląć i chciałem zwrócić się do Boga o pomoc w tym przeklinaniu. Chciałem, żeby Bóg przeklnął ją razem ze mną. Żeby ją ukarał. Zła kobieta to była, morderczyni własnego dziecka. Zdradziła mnie i odeszła do innego.

Chciałem się pogrążyć w mojej złości i nienawiści. Chciałem zemsty dla mojej rozpaczy. I szukałem jej w kościele.

Czy to nie koszmarny paradoks? że swoją złość, nienawiść, zemstę zaniosłem do Kościoła i szukałem sojusznika w Jezusie i biskupie. I ludziach, którzy czują tak samo, co ja. Chciałem, żeby ich nienawiść była moim orężem.

Pamiętam jak pierwszego listopada poszedłem na cmentarz w Święto Zmarłych i chciałem tam zapalić świeczkę dla tego nienarodzonego dziecka. Nawet w myślach dobierałem mu imię. No właśnie – mu, czy jej? nie byłem pewien, bo płeć nie została określona. Razem z innymi postulowałem stworzenie bezimiennego nagrobka nienarodzonych dzieci. Chciałem tam zanieść kwiatek i zapalić świeczkę. Te kwiatki i ta świeczka byłaby rzuconą jej w twarz obelgą.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Jednak po jakimś czasie, gdy pierwsza złość mi przeszła, poczułem swój fałsz. W moim zapale było coś nieprawdziwego – nie wyraziłem swoich pobudek uczciwie. Zdałem sobie sprawę, że nie chodzi mi o tę ciążę, ani o święte prawo dzieci do życia, a chodzi mi po prostu o moje własne urażone męskie ambicje. Po prostu, zostałem porzucony dla innego. Byłem tylko mężczyzną wystrychniętym na dudka, nic więcej. Nie miałem w sobie żadnej świętej prawdy, ani żadnej boskiej racji – miałem tylko naiwną nienawiść i złość. Z pewnością Jezus nie chciał mieć ze mną nic wspólnego.

W imię jakiego Boga mieliśmy rodzić kalekie dziecko? – relacja ojca po aborcji

Kiedy pojąłem wreszcie, że przemawia przeze mnie tylko egoizm i miłość własna, dostrzegłem nagle ponownie tę moją dziewczynę. I zastanowiłem się nad jej pobudkami. Czy miała urodzić niechciane dziecko w momencie, kiedy zupełnie nie była na to gotowa i zdać się na opiekę mężczyzny, z którym nie chciała się związać. Miała mieć dziecko z kimś, kogo nie kocha, wychowywać je bez ojca, albo w konflikcie z ojcem? W imię czego? W imię moich oczekiwań, czy moich wymagań? żeby nie urazić mojej dumy? Pojąłem nagle, że ja nie miałem w tej decyzji żadnego znaczenia i nic do gadania. Że nie miałem się za co mścić ani za co czuć złości. To nie miało ze mną właściwie nic wspolnego. To była jej decyzja. To było jej życie. Jej ciało i jej prawo.

A co z prawem tego płodu? No właśnie, myślałem o tym. Po pierwsze odkryłem, że w mojej złości i oburzeniu nigdy nie chodziło o ten płód. Kościół i religijne przesądy były tylko orężem mojej nienawiści. Chciałem składać kwiatki na cmentarzu tylko po to, by pielęgnować własną nienawiść. Straszne, ale prawdziwe! I pewnie gdyby Bóg nie wyposażył mnie w mechanizm dostrzegania własnej podłości mógłbym się nakręcać dalej, mógłbym rozdzierać szaty i krzyczeć, że jest morderczynią, która zabiła mi syna (lub córkę), mógłbym chodzić na cmentarz do symbolicznej mogiły lub jęczeć, że moja córka (lub syn) miałby dziś dwadzieścia trzy lata. Ale robiłbym to z  zemsty! Nie po to, by wspominać płód! Bo jakoś po prostu głęboko w duszy wiem, że ona nie zabiła dziecka. Nie jest morderczynią. Mogą mi to mówić z radia, ambony i telewizji po setki razy, a jednak tego nie czuję. Nie czuję tego morderstwa! Nie widzę tej zbrodni! Jak mam czuć, skoro nie czuję?

Pomyślmy o zbrodni zabicia dziecka. Codziennie na wojnach tego świata giną dzieci. W Polsce od czasu do czasu mordowane są dzieci, topione w beczkach czy coś. Dzieci są zabijane bombami, siekierami czy strzałami w głowę – i napawa nas to najstraszniejszym przerażeniem, uważamy to za  najokrutniejsze bestialstwo, wzbudza to w nas wściekłość i chęć zemsty. Ale czy czujemy to samo w przypadku kobiety, która dokonała aborcji? No nie… Choćbym nie wiem, jak się natężał, to nie czuję tego, gdy dziewiętnastolatka połknie pigułkę po – no po porostu nie! Nie ma grozy, nie ma przerażenia, nie ma zbrodni. Oczywiście można w sobie sztucznie wzbudzać to uczucie, ale trzeba do tego codziennego treningu. A i tak ten płomień płonie w próżni.

Dlaczego tak się dzieje? Chyba dlatego, że w naturalny sposób każdy z nas dostrzega zasadniczą różnicę pomiędzy samodzielnie żyjącym dzieckiem, a płodem, który jest częścią ciała kobiety. Kiedy płód jest w kobiecie – mamy przed sobą kobietę. W ciężarnej kobiecie widzimy jedną osobę – a nie kobietę i osobne dziecko, które jest w niej tylko na jakiś czas schowane. Kiedy płód jest w kobiecie, obcujemy z kobietą, rozmawiamy z kobietą, badamy kobietę, o jej zdanie pytamy. To samo jest w prawie: płód nie ma imienia i nazwiska, nie dziedziczy, nie podpisuje umów, nie ma dowodu osobistego – po prostu nie istnieje. Przez pierwsze miesiące najczęściej nawet nikt o nim nie wie. Dlatego też kobiet, które dokonały aborcji nikt nie zamyka w więzieniach i nikt nie nazywa zabójczyniami.

Powstaje pytanie: czy ruch antyaborcyjny jest napędzany nienawiścią i zemstą wobec kobiet? ile z tej złości i nienawiści wynika z urażonej męskiej dumy? czy daliśmy sobie narzucić optykę urażonych mężczyzn i chcemy teraz walczyć z kobietami w imię ich fałszywych pobudek? Czy jesteśmy na tyle dojrzali, by móc pojąć własne fałszywe pobudki i odrzucić nienawiść? Czy potrafimy uznać prawo kobiet do decydowania o sobie wbrew naszemu widzi mi się?

Dziś tamta moja dziewczyna ma dwoje szczęśliwych dzieci. Ja też. Z kimś innym.

W piątek 23 marca pójdę z kobietami walczyć z nienawiścią. Będę domagał się dla nich wolności. Także od takich zakochanych osłów jak ja.

Wesprzyj autora red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +15, liczba głosów: 31)
Loading...