Tajemnica tegorocznej Pokojowej Nagrody Nobla

Tegoroczna Pokojowa Nagroda Nobla została przyznana Narodowemu Kwartetowi Dialogu w Tunezji „za jego decydujący wkład w budowę demokracji pluralistycznej… w obliczu jaśminowej rewolucji 2011 roku”. Kwartet to grupa czterech organizacji – tworzą ją: dwa krajowe związki zawodowe, grupa przedsiębiorców oraz stowarzyszenie prawników. Praca Kwartetu pomogła zapobiec osunięciu się Tunezji w wojnę domową w latach następujących po „rewolucji”.

Przedruk artykułu pt. The Secret to Winning Nobel Peace Prize, Rebecca Gordon. Tłumaczenie Rafał Betlejewski. Artykuł pojawił się w serwisie TomDispatch.com

Bardzo cieszy, że Pokojowa Nagroda Nobla trafia do organizacji, która rzeczywiście przyczyniła się do zachowania gdzieś pokoju szczególnie, gdy w tym samym czasie wojsko prowadzone przez innego laureata Pokojowej Nagrody bombarduje szpital prowadzony przez jeszcze innego laureata (nawiązuję tu do zbombardowania szpitala Lekarzy bez Granic w Khunduz). Organizacja Lekarzy bez Granic z pewnością zasłużyła sobie na Pokojową Nagrodę Nobla w 1999 roku za świadczenie usług medycznych w ponad 80 krajach, działając często w najbardziej niebezpiecznych miejscach na ziemi. Z drugiej strony, jeśli w ogóle można to pojąć, Komitet Noblowski dał nagrodę Barackowi Obamie chyba tylko za to, że nie był Georgem W. Bushem.

Tunezja, ojczyzna tegorocznych zwycięzców, jest krajem, gdzie arabska wiosna rozpoczęła się, gdy sprzedawca warzyw Mohamed Bouazizi, spalił się na śmierć po tym jak policja skonfiskowała wózek, z którego prowadził handel. Jego powolna śmierć zainspirowała różne siły społeczne w kraju do żądania ustąpienia wspieranego przez USA dyktatora Zina Al Abidina Ben Alego. Wspólnie wystąpili młodzi ludzie, studenci, robotnicy – wszyscy z głębokimi problemami ekonomicznymi – a także zwolennicy praw człowieka i niektórzy islamiści, mający nadzieję zobaczyć jak ich kraj przyjmuje szariat. W dniu 14 stycznia 2011 roku, 10 dni po śmierci Bouaziziego, pod naciskiem społeczeństwa, Ben Ali oddał władzę i poprosił o azyl w Arabii Saudyjskiej.

Zain al-Abideen bin Ali
Zain al-Abideen bin Ali

W październiku 2011 w Tunezji odbyły się wybory parlamentarne. Prawicowa partia religijna, Al-Nahda („Opór”), zdobyła 37% głosów i z dwoma innymi partiami utworzyła rząd koalicyjny. Hammadi al-Dżibali, naukowiec zajmujący się energią słoneczną i członek al-Nahda, został pierwszym premierem. Ustąpił moment później, gdy koledzy partyjni naciskali go do porzucenia wysiłków na rzecz budowy koalicyjnego rządu jedności narodowej i przyjęcia bardziej jawnie islamskiego podejścia.

W kolejnych latach rządow partii Al-Nahda kilku prominentnych polityków lewicy zostało zamordowanych, do czego przyznały się skrajnie prawicowe bojówki islamistów al-Ansar Szarijat. Wyraźnie niezadowolone z tego skrętu w kierunku islamistycznego państwa było jednak spoleczeństwo, które po zabójstwie lewicowego polityka Frontu Ludowego, Mohameda Brahmi, znów wyszło na ulice. Jak pisał Juan Cole wkrótce potem, ludzie urządzili „ogromne manifestacje”. Związki zawodowe, organizacje kobiece i grupy studenckie zażądały, by al-Nahda ustąpiła na rzecz bardziej neutralnego, technokratyczny rządu.

Wesprzyj #Medium

W tym momencie głęboki konflikt polityczny w Tunezji mógł był łatwo przekształcić się w zbrojną konfrontację. Ale tak się nie stało. Zamiast tego zorganizowane siły polityczne w kraju, wspomagane przez Narodowy Kwartet Dialogu, osiągnęły coś niezwykłego, zwłaszcza w kontekście tego, co działo się na Wielkim Bliskim Wschodzie: Al-Nahda wycofała się z rządzenia i została zastąpiona przez „technokratyczny” tymczasowy rząd. Co więcej, udało się napisać nową, świecką konstytucję, a w październiku 2014 roku przeprowadzić wybory parlamentarne, a w listopadzie prezydenckie.

Dzisiaj Tunezja nadal stoi w obliczu problemów gospodarczych i politycznych – w tym roku widzieliśmy dwa oddzielne ataki terrorystyczne na cudzoziemców, ale jak na razie Tunezja ma coś wyjątkowego wśród krajów Arabskiej Wiosny: stabilny, demokratyczny rząd.

Co w Tunezji poszło inaczej?

Ze wszystkich krajów dotkniętych Arabską Wiosną wliczając w to Egipt, Bahrain, Libię, Jemen i Syrię, Tunezja jako jedyna nie pogrążyła się w chaosie wojny ani nie została przejęta przez dyktaturę. Czemu?

Jak pokazuje Juan Cole oraz Komitet Noblowski w swoim uzasadnieniu w Tunezji zadziałały wyjątkowo silne i dobrze zorganizowane struktury społeczeństwa obywatelskiego, a zwłaszcza związki zawodowe i studenckie – to było kluczem do szczęśliwego przejścia od dyktatury do demokracji. Były i inne różnice. W przeciwieństwie do armii egipskiej, która od dawna wspierała reżim Mubaraka, stosunkowo niewielka armia w Tunezji nigdy nie była ściśle sprzymierzona z rządem Ben Aliego. Jak mówi Cole, jej dowódcy zdecydowali się nie angażować w konflikty wewnętrzne, co było wyjątkowe na tle innych państw regionu.

Wojsko w Egipcie, po części dzięki gigantycznej amerykańskiej pomocy, jest jedną z 20 najbardziej wpływowych armii na świecie i od dawna odgrywa kluczową rolę w polityce i gospodarce swojego kraju. Po protestach Arabskiej Wiosny w placu Tahrir w Kairze, które obaliły autokratę Hosni Mubaraka, pierwsze wybory wyniosły do władzy partię religijną, Bractwo Muzułmańskie. Jednak, gdy tak jak w Tunezji Egipcjanie zaczęli niepokoić się rządami Bractwa i wrócili na ulice, wojskowi zdecydowali się wejść do polityki i zamiast pomóc budować świecka demokrację umieścili u władzy generała Abdela Fattah el-Sisi, który jest obecnie prezydentem i najwyższym dowódcą wojskowym.

Tunezja jest krajem, co rzadkie w regionie, z dużą jednorodnością religijną: ponad 99% ludności jest przynajmniej nominalnie sunnitami, co pozwoliło uniknąć nienawiści wyznaniowej, której nie uniknęły kraje takie jak Irak, Syria i Jemen. Cole zwraca również uwagę, że gdy świeccy w Tunezji doszli do władzy, w przeciwieństwie do rządu Sisi w Egipcie, nie zdelegalizowali partii religijnych.

Arabska Wiosna w różnych krajach: największe różnice

Jest jeszcze jedna kluczowa różnica, która wyróżnia sytuację Tunezji: od rewolucji Stany Zjednoczone w dużej mierze trzymały się z dala od Tunezji. Wprawdzie pomoc militarna USA wzrosła z 17 mln dolarów przed rewolucją do 29,5 miliona w 2012 roku, ale potem znów opadała do prawie tego samego poziomu co przed rewolucją. Być może w odpowiedzi na wzrost potęgi Państwa Islamskiego, USA ogłosiły niedawno, że pomoc wojskowa dla Tunezji wzrośnie trzykrotnie w 2016 roku. Wiemy, że brytyjskie siły specjalne zostały wysłane do Tunezji i jest to z pewnością możliwe, że amerykańskie siły specjalne także są tam obecne.

Na razie jednak wygląda na to, że USA nie interweniowały w zarządzanie krajem. W przeciwieństwie do tego, Waszyngton odegrał znaczącą rolę w sprawach wszystkich innych krajów Arabskiej Wiosny. Rozważmy te sytuacje po kolei:

Egipt: Egipt od dawna jest jednym z największych światowych odbiorców amerykańskiej pomocy wojskowej – ustępuje w tym tylko Izraelowi. Gdy el-Sisi doszedł do władzy, administracja Obamy na krótko wstrzymała pomoc, ale w marcu 2015 roku przywrócono ją w pełnym wymiarze 1.3 miliarda dolarów rocznie. Gdy w 2013 roku armia obaliła prezydenta Mohammeda Morsi wybranego z ramienia Bractwa Muzułmańskiego, prezydent Obama bardzo uważał, by nigdy nie odnieść się do tego wydarzenia jako do „zamachu stanu”, ponieważ wówczas prawo USA zakazałoby jakiejkolwiek pomocy wojskowej dla Egiptu. Najprościej mówiąc, protestując na placu Tahrir i dokonując Arabskiej Wiosny, Egipcjanie zasadniczo wymienili jeden reżim wojskowy wspierany przez USA na drugi.

Egyptian First Deputy Prime Minister Vice†and Minister of Defense, General Abdel Fattah al-Sisi sits in the Defense Ministry in Cairo, Egypt, 01 August 2013. Westerwelle is holding political talks with representatives from the government and the opposition. Photo by: Michael Kappeler/picture-alliance/dpa/AP Images
Egyptian First Deputy Prime Minister Vice†and Minister of Defense, General Abdel Fattah al-Sisi sits in the Defense Ministry in Cairo, Egypt, 01 August 2013. Westerwelle is holding political talks with representatives from the government and the opposition. Photo by: Michael Kappeler/picture-alliance/dpa/AP Images

Jemen: Ali Abdullah Saleh był prezydentem Jemenu od 33 lat, gdy demonstranci wyszli na ulice stolicy, Sanie, pod koniec stycznia 2011 roku. Pomiędzy 200 a 2,000 ludzi padło ofiarą brutalnych represji, które nastąpiły w wyniku zamieszek, ale w listopadzie Saleh został obalony i zastąpiony przez jednego z własnych zastępców, Abdrabbuh Mansour Hadi, który od tego czasu został obalony przez bunt Huthi.

W Jemenie Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska wzięły stronę obalonego rządu Hadi w wewnętrznej walce z rebeliantami Huthi. Ruch Huthi – jak wszystko w Jemenie – jest wewnętrznie skomplikowany. Składa się z wiejskich plemion z północnej części kraju i jest wspierany przez Irańczyków. Houthi są zwolennikami odłamu Zaidi w szyizmie, więc napięcia pomiędzy sunnitami a szyitami odegrały swoją rolę w upadku Jemenu. Swoją rolę miały tu także konflikty Północ-Południe. (Jemen stał się niezależnym krajem w 1990 roku).

W lutym 2015 roku, brytyjski ekspert akademicki piszący dla BBC w ten sposób określił stan Jemenu:

Ruchy anty-systemowe – milicja Huthi zdumiona brakiem oporu ze strony „przejściowego” reżimu; ruch separatystycznego Południa marginalizowany na forum Krajowego Dialogu ale teraz chwytający za broń; skrajne grupy jemeńskich salafickich bojowników wspieranych przez zagranicznych bojówkarzy Al-Kaidy; oraz to, co kiedyś było aparatem bezpieczeństwa prezydenta Saleha – wszystko to walczy o władzę w nowym porządku.

Co mogłoby pogorszyć tę sytuację?

Może dostarczane do Arabii Saudyjskiej amerykańskie rakiety i bomby kasetowe? Waszyngton już dawno temu uznał Jemen za część swojego pola walki w „globalnej wojnie z terrorem”, tworząc listy ludzi do odstrzału, wysłając drony, które dokonują tego odstrzału, zabijając terrorystów Al-Kaidy (którzy mogą równie dobrze być jemeńskimi cywilami robiącymi zakupy na zakończenie Ramadanu lub biorącymi ślub). Teraz Stany Zjednoczone podążyły z pomocą interweniującej Arabii Saudyjskiej, która rzuciła się przeciwko Huthi w tej wielowątkowej wojnie domowej. USA dostarczają amunicję, pomoc wywiadowczą, a nawet umożliwiają tankowanie w powietrzu saudyjskich bombowców, prowadzą też blokadę morską portu Aden – co ma odciąć dostawy broni spoza kraju. Siedem miesięcy saudyjskiego bombardowania i przemocy oraz wynikające z niej niedobory żywności i paliw spowodowały, że półtora miliona Jemeńczyków musiało opuścić domy. W sierpniu Światowy Program Żywnościowy ONZ ostrzegał, że kraj stoi w obliczu głodu.

Stany Zjednoczone były zaangażowane w Jemenie już od pewnego czasu. Kiedy Obama ogłosił wznowienie amerykańskiej pomocy militarnej dla Egiptu, administracja Obamy podkreślała znaczenie współpracy z el-Sisi w walce z Al-Kaidą w Jemenie (także w Libii). USA są w sojuszu taktycznym z sunnickimi fundamentalistami. Wspierając Saudyjczyków przeciwko Huthi, Waszyngton znalazł się po tej samej stronie barykady, co ISIS, które używają swoich zwyczajowych sposobów terroru, wypędzając Huthi ze stolicy Jemenu.

Libia: Arabska Wiosna przyszła do Libii, gdy Libijczycy pozbyli się Muammara Kadafiego, który rządził krajem od zamachu w 1969 roku. Stosunki USA z Kaddafim był napięte co najmniej od 1988 roku, kiedy wybuch terrorystyczny zniszczył samolot Pan Am Flight 103 nad Lockerbie w Szkocji. W 2003 roku Kadafi uznał libijską odpowiedzialność za zamach i wypłacił odszkodowania rodzinom ofiar (choć utrzymywał, że on sam nie był za ten zamach odpowiedzialny). W tym samym roku Trypolis porzucił program rozwoju broni nuklearnej i pozwolił zagranicznym kontrolerom na swobodną kontrolę instalacji atomowych w kraju. Waszyngton osiągnął porozumienie z Kadafim w 2006 roku, kończąc wszystkie poprzednie sankcje gospodarcze. Dwa lata wcześniej Kadafi osiągnął również porozumienie z Unią Europejską, a w 2010 roku przyjął 50 mln euro z UE w zamian za wdrożenie programu zapobiegania migracjom Afrykańczyków do Europy z wykorzystaniem Libii jako korytarza tranzytowego.

Jednak w 2011 roku, kiedy stało się jasne, że Libijczycy chcą obalić Kaddafiego, administracja Obamy porzuciła go, zaprzęgając NATO do akcji militarnej. NATO rozpoczęło kampanię nalotów na Libię, mającą na celu zniszczenie militarnych zdolności armii Kadafiego. Kadafi zginął po tym, jak konwój, którym jechał, został zaatakowany przez rakietę predator wystrzeloną z drona USA oraz pocisk z francuskiego myśliwca. Chociaż dokładne opowieści o jego śmierci się różnią, wydaje się jasne, że gdy Kadafi został pozostawiony ochrony, tłum go zaatakował i zabił.

W sprawozdaniach na temat jego śmierci New York Times proroczo pisał o „destabilizacji państwa, które może oznaczać kłopoty dla Libii na długo po tym, jak euforia po upadku pułkownika Kadafiego przeminie.” Rzeczywiście, chaos rozlał się szeroko, przedostając się do Mali, a broń ze splondrowanych arsenałów pułkownika rozeszła się po całym regionie, na wschód po półwysep Synaj i na południe aż do Nigerii. W samej Libii po spustoszeniach nastąpiła faza wojny domowej (lub wojen) i powstanie kolejnego odłamu Islamskiego Państwa (IS).

Tak jak w Iraku, Waszyngton po raz kolejny udowodnił niezwykłe umiejętności w obalaniu dyktatorów, ale znacznie słabsze w organizacji świata po nim. Dziś, po Arabskiej Wiośnie, Libia jest upadłym państwem, rozdartym przez przemoc, w której „rządzą” zwalczające się parlamenty. We wrześniu 2015 r Times pisał tak (bez widocznej ironii): „Libijczycy zmagają się dziś z problemem, który zwykle wyłania się po obaleniu krwawego reżimu: jak zmontować funkcjonujące państwo po tym jak autokratyczny i represyjny rząd został obalony i zastąpiony zwalczającymi się frakcjami”. To jest pytanie, które Stany Zjednoczone mogły sobie zadać, zanim wzięły się do obalania rządu.

Bahrajn: Królestwo Bahrajnu jest małą wysepką po zachodniej stronie Zatoki Perskiej z populacją 1,34 mln. Bahrajn jest też istotną bazą dla amerykańskiej obecności wojskowej w Zatoce Perskiej i jest domem dla Piątej Floty amerykańskiej marynarki wojennej. Jak to ujął Departament Stanu USA: „Rząd Bahrajnu odgrywa kluczową rolę w architekturze bezpieczeństwa Zatoki Perskiej i jest ważnym członkiem kierowanej przez USA koalicji anty-ISIL. Pomoc USA umożliwia Bahrajnowi dostęp do sprzętu i szkolenia personelu, co pozwala mu na organizację własnej obrony jak i pozwala działać obok sił powietrznych i morskich USA”.

 

Hamad bin Isa al-Khalifa (Autor zdjęcia: Tribes of the World)
Hamad bin Isa al-Khalifa (Autor zdjęcia: Tribes of the World)

Księga Faktów na temat Świata CIA wymienia Bahrajn jako „monarchię konstytucyjną”, ale z pewnością nie uznaje się go za demokrację. Partie polityczne są zakazane i – choć niby wybiera się jednoizbowy parlament – król Hamad bin Isa al-Chalifa mianuje premiera, rząd i członków wymiaru sprawiedliwości. On i jego synowie zajmują większość najwyższych pozycji w państwie. Ponad dwie trzecie muzułmanów Bahrajnu to szyici, podczas gdy rodzina królewska i elita władzy to sunnici.

Arabska Wiosna dotarł do Bahrajnu w styczniu 2011 roku. W stylu egipskich demonstrantów na placu Tahrir protestujący zajęli rondo Pearl, będące kluczowym skrzyżowaniem stolicy kraju Manama. Domagali się ustąpienia króla. Al-Khalifa zareagował wzywając na pomoc swoich sojuszników: Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA). Saudyjczycy odpowiedzieli, wysyłając 1,000 żołnierzy; a ZEA dosłali kolejnych 500. Razem przegonili demonstrantów i zakończyli bunt. Dziesiątki osób zostało zabitych, tysiące zatrzymanych, a wielu więźniów było torturowanych. Po raz kolejny Stany Zjednoczone wmieszały się we wszystko, ale nie po stronie demonstrantów, tylko po stronie króla i jego represyjnego państwa. Strategiczne interesy Waszyngtonu oraz pragnienie uszczęśliwienia Saudyjczyków miały pierwszeństwo przed jakimkolwiek wspieraniem praw człowieka i obywatela. Jak to wyraził ekspert ds Bliskiego Wschodu, Toby Jones, na początku 2012 roku: „Jeśli jest takie miejsce na świecie, gdzie rozbieżność pomiędzy amerykańskimi interesami a amerykańskimi wartościami jest największa, to jest nim Zatoka Perska”.

Syria: Arabska Wiosna rozpoczęła się w Syrii od niewielkich demonstracji w styczniu 2011 roku, które stały się większe, gdy ludzie w mieście Dara’a wyszli protestować przeciwko torturom, jakim został poddany młody mężczyzna aresztowany za namalowanie politycznego graffiti. W kwietniu rząd Baszara al-Assada użył czołgów i ognia do tłumienia demonstracji. W lipcu, demonstrantów liczono już w setkach tysięcy. Pod koniec 2011 roku demonstracje przekształciły się już w konflikt zbrojny, w którym walczyło wiele różnych grup rebeliantów z różnymi celami i pod różnymi banderami. Bojownicy po wszystkich stronach, w tym żołnierze reżimu Assada, byli oskarżani o zbrodnie wojenne – tortury, egzekucje, bombardowania ludności cywilnej, korzystanie z trującego gazu.

Wojna domowa w Syrii jest pierwszą katastrofą humanitarną w dwudziestym pierwszym wieku i dała najgorszy kryzys uchodźczy jaki wystąpił w Europie od końca II Wojny Światowej. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR), informuje, że od dnia 4 października 2015 roku zarejestrowano 4,185,302 „osoby troski” czyli uchodźców wypędzonych z kraju przez wojnę. Na tę liczbę, jak informuje Komisarz składa się 2,1 mln Syryjczyków zarejestrowanych przez UNHCR w Egipcie, Iraku, Jordanii i Libanie, 1,9 mln Syryjczyków zarejestrowanych przez rząd Turcji, a także więcej niż 26,700 syryjskich uchodźców zarejestrowanych w Afryce Północnej.

Organizacja Monitoringu Uchodźctwa Wewnętrznego informuje, że co najmniej 7,7 mln ludzi musiało opuścić swoje domy i przenieść się wewnątrz kraju. Z ogólnej populacji 22 milionów prawie 12 milionów, czyli więcej niż połowa, została zmuszona do uchodźctwa. The New York Times donosi, że ponad 200.000 Syryjczyków – czyli prawie jeden na 100 – zostało zabitych. W marcu 2015 roku BBC mówiło o 220.000, a w sierpniu ONZ zasugerował, że ta liczba może nawet osiągać 250,000.

Waszyngton ma swoje łapy w całej wojnie domowej w Syrii. Już w 1996 roku neokonserwatyści Richard Perle i Douglas Feith, którzy później staną się doradcami wiceprezydenta Dicka Cheneya, wzięło udział w pracach grupy, która wyprodukowała dokument strategiczny dla izraelskiego rządu. Twierdzi się w nim, że „Izrael może kształtować swoje środowisko strategiczne we współpracy z Turcją i Jordanią, przez osłabienie lub nawet obalenie rządu w Syrii.” Dalej w dokumencie sugeruje się, że taką kampanię należy zacząć od „odsunięcia Saddama Husajna od władzy w Iraku – co powinno być samo w sobie ważnym celem strategicznym Izraela.” Ostatecznym celem miałoby być przegrupowanie sił na Bliskim Wschodzie, ze zdestabilizowaną Syrią, jordańskim królem rządzącym w Iraku i nowym sojuszem regionalnym pomiędzy Turcją, Jordanią i Izraelem. Perle & Co przedstawili ten plan Bushowi w Białym Domu, a ataki z 9/11 dostarczyły pretekst do realizacji pierwszego kroku: usunięcia Saddama Husajna. Wydaje się, że sen neokonserwatystów o destabilizacji Syrii również został w końcu zrealizowany, choć niekoniecznie w sposób, którego się spodziewali.

Gdy w 2011 roku powstanie w Syrii przekształciło się w walkę zbrojną, Stany Zjednoczone rozpoczęły wspieranie „umiarkowanej” Wolnej Armii Syrii. Od tego czasu USA próbują zidentyfikować grupy, które nie są ekstremami sunnickich islamistów, żeby móc im ze spokojem serca dać broń i wyposażenie, po czym nasłać na Państwo Islamskie lub rząd Assada. Rezultaty byłoby komiczne, gdyby nie były tak zabójcze i katastrofalne. 9 października Biały Dom i Pentagon przyznali, że wart 500 milionów dolarów program uzbrojenia, wyszkolenia i wysłania do Syrii umiarkowanych bojowników z Turcji i Jordanii okazał się skrajną klapą. Nowa strategia administracji Obamy, opisana przez New York Times, wygląda w ten sposób: „starać się rozpoznać, który z arabskich dowódców grup rebelianckich wśród istniejących jednostek syryjskich nie wygląda na ekstremistę, po czym dać mu tyle broni ile potrafi unieść”. W dniu 12 października USA zrzuciła pierwszą dostawę 50 ton amunicji do tych rebelianckich grup, które zostały uznane za nie ISIS i nie Al-Kaida, oraz nie an-Nusra. Oficjalne stanowisko USA w sprawie samego Assada pozostaje bez zmian, że tylko bez niego może dojść do jakiegokolwiek porozumienia pokojowego, ale administracja Obamy woli skupiać się na walce z państwem islamskim (w czym jest sojusznikiem Assada).

Oficjalne stanowisko USA w sprawie samego Assada pozostaje bez zmian, że tylko bez niego może dojść do jakiegokolwiek porozumienia pokojowego, ale administracja Obamy woli skupiać się na walce z państwem islamskim (w czym jest sojusznikiem Assada).

Walka z ISIS w Syrii przy jednoczesnym konfrontowaniu się z Assadem okazała się trudna – by powiedzieć ostrożnie. Mogą istnieć jakieś siły nie salafickie walczące z rządem syryjskim, ale większość walk z Assadem prowadzą grupy afiliujące się z Al-Kaidą jak Dżabhat an-Nusra, lub IS. Podobnie jak w Jemenie Stany Zjednoczone, choć to może być dziwnie, skończyły po tej samej stronie co ich rzekomi najwięksi wrogowie, czyli Al-Kaida i Państwo Islamskie.

Tymczasem konflikt syryjski stał się właśnie dużo bardziej niebezpieczny dla Syryjczyków i całego świata po interwencji Rosji, która sprzeciwia się IS, ale broni reżimu Assada. Ostatnią rzeczą, której potrzebuje ten kraj, to wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Rosją.

Wystarczy powiedzieć, że interwencja USA w żaden sposób nie złagodziła cierpienia Syryjczyków, czy to spowodowanego przez Assada czy to grupy islamistyczne.

Historia Pokojowego Nobla: długa i dziwna lista.

Lista laureatów Pokojowej Nagrody Nobla jest dość dziwna. Pierwszym zwycięzcą był Jean Henri Dunant, obywatel szwajcarski, który założył Międzynarodowy Czerwony Krzyż i zainspirował pierwsze Konwencje Genewskie. Czerwony Krzyż sam zdobył tę nagrodę trzy razy, Lekarze bez Granic raz. Moim ulubionym laureatem jest Linus Pauling, który wygrał tę nagrodę dwa razy, raz za wkład w ruchu anty-atomowy, a drugi raz z chemii.

Obok wielkich liderów i działaczy na rzecz pokoju w stylu Martina Luther Kinga, Jr., nagroda trafiła też do niektórych bardziej wątpliwych figur, w tym Henry Kissingera. Świeżo po powrocie z wojskowego zamachu stanu, który doprowadził do śmierci wybranego w wyborach powszechnych prezydenta Salvadora Allende i wyniósł do władzy zamordystę Augusto Pinocheta w Chile, Kissinger odebrał Pokojowego Nobla wraz z Le Duc Tho z Wietnamu Północnego za paryskie rozmowy pokojowe, które miały zakończyć wojnę w Wietnamie. Tho miał na tyle uczciwości by odrzucić nagrodę – częściowo dlatego, że już wtedy Stany Zjednoczone naruszyły umowę.

Wydaje się, że w tym roku komitet wybrał dobrze, nagradzając Kwartet organizacji, który pomógł Tunezji ziścić obietnicę Arabskiej Wiosny. To smutne, że rzeczywista rola Stanów Zjednoczonych w tej niezwykłej dla krajów arabskich chwili sprowadziła się do destrukcji, przemocy, represji i śmierci. Powinna istnieć jakaś ponura nagroda za tego rodzaju osiągnięcia. Stany z pewnością na nią zasłużyły.


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Cernavoda