Polemika z Dehnelem, który z wyżyn estetycznych patrzy na księdza Charamsę.

Zacznijmy od siebie: Może to my sami jesteśmy mniej mądrzy, mniej moralni, mniej wnikliwi, nie rozumiejący, narcystyczni?

Dr Beata Anna Polak, pracuje w Międzywydziałowej „Pracowni Pytań Granicznych UAM” w Poznaniu, gdzie zajmuje się między innymi usytuowaniem systemowym osób duchownych i religijnym dyskursem publicznym. Badaczka twórczości memuarystycznej, literackiej i publicystycznej polskiego kleru (księży, zakonników i zakonnic) w XIX w. Fotografia tytułowa pochodzi z: http://biuroliterackie.pl/autorzy/jacek-dehnel-3/

Obserwuję z uwagą „kryteria”- a zwłaszcza ich dynamikę (czyt. zmienność) – według których chadza polska opinia publiczna. I tym, co mi się rzuca w oczy najbardziej, to rozmaite estetyzacje i „mojszość”, a nawet „najmojszość”, oczekiwań . Te estetyzacje uważam za nadzwyczaj łatwe i dominujące nad racjonalnymi osądami. Estetyzacje nad racje moralne, zabijające współczucie i wsparcie – to jest groźne. Ale powszechne.

Takim pisanym z wyżyn estetyzacji wydał mi się tekst Jacka Dehnela („Każdy ksiądz ma jakąś orientację seksualną, sprawa się komplikuje, kiedy ma „narzeczonego.”), w którym autor daje wyraz zniesmaczenia formą postępowania księdza Charamsy. Ten ton wyższości „estetycznej” i moralnej zaczyna przeważać w sprawie, postanowiłam więc przeprowadzić polemikę z tekstem pana Jacka Dehnela.

  1. Panowie Krzysztof i Eduardo jak najbardziej mogą wziąć ślub, np. w Wielkiej Brytanii. Wystarczy, że tam czasowo zamieszkają. Także we Włoszech bywają urzędy, które rejestrują związki partnerskie -trwa obecnie spór o legalność, czyli: nie jest ona wcale wykluczona. Zatem określenie „narzeczony” jest jak najbardziej na miejscu.
  1. Skoro celibat dotyczy kwestii małżeństwa [bezżenność], to rozumiem, że zastosowanie tej kategorii do związku homoseksualnego, jest jednocześnie uznaniem, że związek homoseksualny jak najbardziej może być małżeństwem. Czyli – w sednie stanu rzeczy – potwierdzeniem takiej możliwości. To nie jest tylko gra językowa, ale „przebitka” językowa z rzeczywistości – język i użycie odpowiednich kategorii ujawniają stan faktyczny, a przynajmniej możliwości tego stanu. Zadziwia mnie, że ci, którym bliska jest sprawa zrównania praw hetero i homo, tego nie zauważają. Coś jakby „ślepa plamka” na języku, której nie widzą.
  1. To, co pan Jacek określa jako wyskoczenie „jak Filip z konopi”, jest strategicznością, do której wszyscy mamy prawo, i którą wszyscy stosujemy, tylko niekoniecznie jesteśmy tego świadomi i/lub niekoniecznie przyznajemy się do tego. Człowiek jest zwierzęciem strategicznym – myślącym. I tak, na przykład nie budzi oburzenia ani zdziwienia urządzanie protestów/akcji przed rozmaitymi wielkimi wydarzeniami w rodzaju szczytów gospodarczych, klimatycznych itd. Dlaczegóż zatem odmawiać tego ks. Charamsie?
  1. Również: dlaczegóż to niby efekt publikacji w TP miałby zostać zaprzepaszczony? Przecież racje w niej wyłożone nie zmieniły się ani jotę. Podobnie rzecz dotyczy tzw. Manifestu ks. Charamsy. Dlaczegóż ujawnienie osobistego położenia autora lub czas tego ujawnienia miało osłabiać owe racje? Nie widzę do tego najmniejszego powodu. Powiedział, co powiedział, z wewnątrz kościoła. Gdy najpierw wyszedł z kościoła, a potem powiedział, to by mu zarzucono, że zaprzepaścił szansę mówienia z wewnątrz. Gdy nie wychodzi, zarzuca mu się, że nie mówi z zewnątrz. Kij się zawsze znajdzie. Pytanie, dlaczego chce się w ogóle uderzyć?
  1. Konkretnie co do tej strategiczności – wybór momentu, sekwencja zdarzeń itp., to obawiam się, że u pana Jacka Dehnela (i innych podzielających podobny pogląd, że ksiądz Charamsa narobił więcej szkody, niż pożytku), zachodzi niezrozumienie procesowości wychodzenia z uwikłania, np. etapowości i „warunkowości”. O tym mogą z pewnością wiele powiedzieć ludzie wychodzący z rozmaitych przemocowych uwikłań. I tak na przykład ksiądz Charamsa mógł czekać do końca z pojęciem ostatecznej decyzji – w tym jej zakresu. Mógł do końca zostawiać sobie decyzję co do tego, co i w jaki sposób powie mediom. Jak najbardziej jest możliwa taka oto sekwencja, że właśnie reakcje ludzi kościoła na publikację w TP stanowiły ów punkt, który przechylił szalę. A może było jeszcze inaczej… I co z tego, że było tak czy siak, nikt nie wie, jak było, ani jak widział swoją strategiczność ksiądz Charasma. Miał prawo do swej strategii tak jak każdy z nas. Dla nas powinien liczyć się człowiek i sprawa. W tej kolejność. Styl i nasze oceny w tym względzie naprawdę nie należą do sedna rzeczy.
  1. Dlaczego ma mieć jakiekolwiek poważne znaczenie to, że dał amunicję rozmaitym Oko, Terlikowskim i innym takim? Tak podchodząc, legitymizujemy ów oszołomski dyskurs. Po co to robić? Dobrze o tym wszystkim mówi i pisze redaktor Szostkiewicz. Jego głos w mojej opinii pierwszy poważny głos w tej sprawie i gorąco go polecam.

Jeśli jednak rzeczywiście beneficjentem tego wszystkiego miałby być w opinii publicznej ksiądz Oko, to byłoby to diagnozą kondycji owej społeczności. Jej wiwisekcją. I to się właśnie dzieje. Ta wiwisekcja dokonuje się na naszych oczach, co ujawniają owe estetyzacje i moralizowania.

  1. Twierdzę, że obradujący podczas synodu jednak „będą mieli przed oczyma jego twarz”. I szybko jej nie zapomną. Takie to jest tąpnięcie. No, chyba że są kompletnie wyzbyci z sumień.

Sumując:

Zadziwia mnie to wysuwanie roszczeń i oczekiwań względem cudzych działań. Że za mało, za dużo, za szybko, za późno, za ładnie, za brzydko, stylowo, niestylowo itd. To właśnie nazywam estetyzacją.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Oczywiście, mamy prawo do takich ocen, ale jeśli się w tym wszystkim gubi i człowieka i samą sprawę – w tej właśnie kolejności – to robi się nieciekawie. Skutkiem takich estetyzacji jest także warunkowanie swojego wsparcia tym, że człowieka ma być taki, jakim chcielibyśmy go widzieć: mądrzejszy, wnikliwszy, bystrzejszy, ma postępować „ładniej”, a co za tym idzie: wykluczanie tych, którzy są według nas brzydsi, mniej mądrzy, mniej duchowi itd.

Tymczasem:

1. Może to my sami jesteśmy mniej mądrzy, mniej moralni, mniej wnikliwi, nie rozumiejący, narcystyczni;

2. Także osoby mniej mądre, mniej wnikliwe – w naszych oczach oczywiście mniej mądre, mniej wnikliwe itd. – mają prawo do działania w imię swojej wolności i wolności grupy.

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +38, liczba głosów: 64)
Loading...