Nick Turse: Afryka – jutrzejsze pole walki kolejnej amerykańskiej wojny

Ameryka na potęgę ale po cichu rozbudowuje swój potencjał militarny w Afryce. Amerykańska opinia publiczna właściwie nic o tym nie wie, natomiast ze zdumieniem obserwuje doniesienia o niezwykłym wzroście afrykańskiego terroryzmu, który wydaje się brać z powietrza. Rola USA w tym procesie pozostaje dla niej całkiem ukryta.

Blowback to w strukturach CIA termin oznaczający operacje tak tajne, że w sytuacji wystąpienia skutków ubocznych uderzających w USA, amerykańska opinia publiczna nigdy nie poznałaby zaangażowania CIA w to działanie, ani nie pojęła faktu, że Stany Zjednoczone miały cokolwiek wspólnego z tym, co uderzyło w ich kraj. Dziś blowback to wyrażenie potocznie znane.

Autorem tekstu są Tom Engelhardt i Nick Turse, amerykańscy dziennikarze tworzący niezależny portal TomDispatch. Przedrukowujemy ten artykuł, gdyż chcielibyśmy w #MP rozpocząć dyskusję na temat militarnego zaangażowania USA na kontynencie afrykańskim, zanim się dowiemy, że musimy tam wysyłać żołnierzy. Zanim otrzymamy taki polski blowback. Wtedy na zrozumienie sytuacji może być za późno, gdyż polska opinia publiczna płonąć będzie antyterrorystycznym gniewem i nic do niej nie dotrze. Tak jak nie docierało w 2003 roku. Oryginał tekstu przeczytasz tu. Tłumaczenie Natalia Wilk, redakcja Rafał Betlejewski. 

Tom Engelhardt: Dokładnie to Nick Turse dokumentował przez ostatnie dwa lata, pisząc dla TomDispatch.com – Nick pisze o tym, jak amerykańskie wojsko i działające wespół z nim African Command (AFRICOM) podstępnie zajęło się tym kontynentem.

W swoim ostatnim raporcie bardzo dokładnie przedstawia działania amerykańskiego rządu prowadzone na wielką skalę, która właściwie mogłyby się wydać wspaniała, gdybyśmy nie znali fatalnych skutków wojen prowadzonych przez USA po 09/11 na Wielkim Bliskim Wschodzie. Turse pokazuje nam dziś, że w Afryce poza Somalią, nie było żadnych – ŻADNYCH – islamskich organizacji terrorystycznych. Pojawiły się one dopiero po amerykańskim zaangażowaniu na kontynencie afrykańskim i rozmnożyły wraz z działaniem AFRICOM.

Polecamy nową książkę Nicka Turse’a: „Jutrzejsze pole bitwy: amerykańskie wojny zastępcze i tajemne operacje w Afryce.” Jest to dowód na to, że nieustraszony, zdeterminowany i sprytny reporter moze zrobić bardzo wiele na własną rękę – bez protekcji ze strony większych lub mniejszych mediów głównego nurtu. To także porywający opis tego, jak Amerykanie przez ostatnie lata wykorzystali Afrykę, a zaraz potem ją stracili. To kolejna książka Nicka po ‘Kill anything that moves’ („Zabij wszystko, co się rusza”) -porażającym obrazie amerykańskich zbrodni w Wietnamie. Tę książkę omawialiśmy już w #MP – czytaj tu. 

Prawda jest taka, że istnieje ścisły związek między amerykańskimi inwazjami, okupacjami, wojnami, najazdami, interwencjami i atakami dronów, a wzrostem terroryzmu i rozpadem państw na Bliskim Wschodzie. Powinniśmy byli wyciągnąć lekcję z tej bliskowschodniej historii, ale najwyraźniej nie potrafią tego ludzie w  Waszyngtonie. Brną w te same błędy. Od nowa. Dlaczego? Prawdopodobnie właśnie z powodu zjawiska, które nazywam ‘blowforward’ (cios do przodu).

Przed atakami z 11 września amerykańskie służby wywiadowcze zdołały zebrać dużo informacji, lecz nie potrafiły przewidzieć tego, co się wydarzy. Efektem ich ślepoty był niezwykły rozwój tychże agencji oraz rozwój amerykańskiego państwa policyjnego. Co więcej, osoby winne niekompetencji i niepotrafiące zapobiec atakom z 11 września, nie poniosły żadnych konsekwencji. Zamiast tego większość tych ludzi otrzymało promocje i honory w kolejnych latach. Od tamtej pory, każda nowa grupa terrorystyczna lub ohydne nagranie video zamieszczone w internecie, każdy nowo ogłoszony na fali amerykańskich wojen kalifat, pobudzał rozrost amerykańskiego aparatu bezpieczeństwa, podnosił jego prestiż, otwierał nowe ścieżki kariery, oferował nowe formy władzy. W skrócie mówiąc, porażki amerykańskiej polityki militarnej tak naprawdę wzmacniały rząd w Waszyngtonie i jego niewidzialne ramię zbrojne – dysponujące dziś niekończącym się arsenałem terrorystycznych technik przemocy i sposobów na zacieranie śladów własnej działalności.

Wesprzyj #Medium

Innymi słowy każdy fatalny ruch Stanów Zjednoczonych – który powodował powstanie nowych zagrożeń dla bezpieczeństwa USA, czyli czegoś, przed czym system bezpieczeństwa narodowego powinien nas bronić – skutkował tylko dodatkowym rozrostem aparatu bezpieczeństwa. Każda wojna i interwencja przekładała się na zwiększanie funduszy, możliwości operacyjnych i bezkarności aparatu siłowego w USA. Jak pokazuje Turse, pisząc o rozwoju AFRICOM, ciche przesunięcie amerykańskiego zaangażowania militarnego do Afryki spowodowało „nagły rozrost baz, liczby personelu oraz strumienia funduszy”. Oczywiście na razie nie ma żadnego blowbacku – czyli rykoszetu w stronę USA – amerykańska opinia publiczna właściwie nic o tym nie wie. Po prostu ze zdumieniem obserwuje doniesienia o niezwykłym wzroście afrykańskiego terroryzmu, który wydaje się brać z powietrza. Jednak, jak pokazuje Turse w swoim raporcie, cała ta sytuacja jest właśnie typowym blowforward, czyli rykoszetem, który wróci do USA w przyszłości. Tom

nick turse

2044 albo Fiasko

USA podpisują umowy, które zapewniają jej nieograniczoną obecność wojskową w Afryce na kolejne dziesięciolecia, a wojskowe misje osiągają rekordowy poziom. 

Nick Turse

Przez trzy dni ludzie ubrani w kamuflujące wzory gromadzili się w bazie wojskowej na Florydzie. Zostali tu wysłani przez SOCOM, czyli Dowódctwo Amerykańskich Sił Specjalnych oraz przez wojskowe siły specjalne z Francji, Danii, Niemiec i Kanady: łącznie 13 narodów. Przybyli tu, by zaplanować wieloletnie kampanie wojenne skoncetrowane wokół operacji specjalnych, wspierane przez konwencjonalne siły. Jeśli te plany zostałyby wprowadzone w życie, będą kosztować setki milionów, jeśli nie miliardy dolarów, i kto wie ile istnień ludzkich.

Gdy się rozmawia z żołnierzami biorącymi w tym udział, mówią o byciu „świadomym różnych wrażliwości” i „różnic kulturowych”, o znaczeniu „współpracy”, o wartości wynikającej z różnorodności punktów widzenia, o „perspektywach” i „partnerstwie”. A jednak  za zamkniętymi drzwiami ci sami ludzie bez oglądania się na obywateli swoich państw i ich wrażliwość – nie wspominając już o obywatelach państw, na których skupia się ich militarna uwaga – będą planować wielonarodową wojenną eskapadę. Gdzie? W zmęczonej swoimi problemami Afryce.

W dniach 13-15 stycznia 2015 roku, przedstawiciele USA i 12 innych krajów partnerskich zebrali sie w MacDill Air Force Base w Tampa, w stanie Floryda na ćwiczeniach pod kryptonimem „Cicha Wyprawa 15-1”. Fikcyjny scenariusz, na podstawie którego żołnierze mieli odegrać swoją wojenną grę, oparto na pomysłach jakby zaczerpniętych z nagłówków gazet. Kontekstem były dwie bardzo realne sytuacje, które stworzyła polityka zagraniczna USA po 11 września: rozwój Boko Haram w Nigerii i nagłe powstanie Państwa Islamskiego, także znanego jako Islamskie Państwo Iraku i Lewantu, czyli ISIL. Dwie potężne terrorystyczne katastrofy. Scenariusz ćwiczeń zakładał powstanie „Islamskiego Państwa Afryki” i rozszerzenia jego kalifatu na Nigerię, Niger i Kamerun, czyli na kraje terroryzowane przez Boko Haram, który ostatnio zadeklarował swoją lojalność wobec Państwa Islamskiego.

„Cicha Wyprawa 15-1” była ostatnim z serii podobnie nazwanych ćwiczeń (pierwsze miały miejsce w marcu 2013 roku) przeprowadzonych po to, by zaplanować operacje specjalne na następne dziesięciolecie.  I powiedzmy to jasno, nie mówimy o paintballu w lesie. Mówimy o zmasowanych ćwiczeniach bojowych, odzwierciedlających bardzo realistyczne teatry wojenne w stale zwiększającej się zbrojnej obecności USA w Afryce.

Mówiąc o Afryce, Matt Pascual, uczestnik „Cichej Wyprawy”, oficer biurowy europejsko – afrykańskiej grupy wsparcia dla SOCOM, zauważył że USA i jego sojusznicy już na tym etapie zmagają się z tysiącami drobnych problemów militarnych w regionie, a wiele z krajów sojuszniczych „już tam jest”. Krajem, który najbardziej „tam jest”, jest oczywiście ojczyste państwo Pascuala: USA.

Ameryka już tam jest.

W ostatnich latach USA zaangażowało się w różnego rodzaju wielonarodowe interwencje w Afryce, między innymi w Libii, tocząc zarówno sekretną wojnę wywrotową, jak i konwencjonalną kampanię wojenną z użyciem rakiet i ataków z powietrza, zaangażowało się przy wsparciu francuskich sił w Republice Środkowoafrykańskiej i Mali, prowadziło szkolenia i dofinansowanie afrykańskich armii zastępczych, które wyręczają USA w niektórych zadaniach, jak na przykład w walce przeciwko uzbrojonym grupom Boko Haram, somalijskiemu al-Shabab i malijskiemu Ansar al-Dine.

W 2014 roku USA przeprowadziło 674 akcje zbrojne na terenie Afryki, czyli prawie dwie misje na dzień! To oznacza wzrost rocznej liczby operacji, ćwiczeń i działań wojskowych o ponad 300% od powstania AFRICOM w 2008 roku.

Pomimo drastycznego zwiększenia liczby misji, rozrostu baz wojskowych, liczby personelu i dofinansowania, w marcu 2015 generał David Rodriguez, dowódca misji afrykańskiej, odmalował przed Komisją Sił Zbrojnych Senatu USA dość ponurą wizję bezpieczeństwa. Według Rodrigueza Afryka to kontynent w kryzysie, zagrożony zarówno ze Wschodu, jak i Zachodu przez grupy wojskowe, które są coraz bardziej rozwinięte i coraz silniejsze, i nie wahają się przeciwstawiać amerykańskim wysiłkom antyterrorystycznym.

Trans-regionalni terroryści i grupy przestępcze adaptują się do nowych warunków i agresywnie kontynuują rozwój – powiedział Rodriguez członkom Komisji. – Al-Shabab poszerza pole działania, przygotowując  operacje asymetrycznych ataków na Ugandę, Etiopię, Djibouti, a w szczególności na Kenię. Wzrastają w siłę zagrożenia, których źródło znajduje się w Libii i we wzrastającym w Libii ISIL. Boko Haram uniemożliwia nigeryjskiemu rządowi zapewnienie bezpieczeństwa i podstawowych usług na północnym wschodzie kraju.

Pomimo tych koszmarnych rezultatów nagłego zainteresowania się Afryką ze strony USA, Ameryka podpisała umowy gwarantujące militarną obecność Stanów na kontynencie do połowy stulecia.

Amerykańscy żołnierze z misją w Sierra Leone
Amerykańscy żołnierze z misją w Sierra Leone

Mission Creep   

Przez lata amerykańskie wojsko publicznie utrzymywało, że ich działania w Afryce są pomijalne, intencjonalnie zaciemniając przed Amerykanami i Afrykańczykami prawdziwą skalę i rozmiar swoich operacji na tym kontynencie. Wojskowy PR i dowódcy AFRICOM wielokrotnie twierdzili, że ich działania to ledwie „muśnięcie stopą” afrykańskiego kontynentu. Nie mówią wiele o obozach i placówkach, wspominając tylko o jednej bazie w całej Afryce czyli o Camp Lemonnier w małym kraju Djibouti. Nie lubią mówić o operacjach wojskowych. Podawane są szczegóły dotyczące zaledwie drobnego wycinka operacji ćwiczebnych i treningowych. Nie ma natomiast informacji na temat miejsc rozlokowania wojsk ani nawet liczby krajów włączonych w kampanię wojenną.

Podczas rozmowy ze mną rzecznik AFRICOM wyraził kiedyś obawę, że nawet podanie ilości baz jakie podlegają dowództwu AFRICOM w Afryce, musiałoby stworzyć „wypaczony obraz” amerykańskich wysiłków na tym kontynencie. Jednak w kuluarach oficerowie AFRICOM mówią trochę innym tonem. Wielokrotnie zapewniali, że kontynent ten jest „amerykańskim polem bitwy” i – proszę to zrozumieć dosłownie – oni, wojskowi, już są zaangażowani w rzeczywistą wojnę.

Zgodnie z danymi, które ostatnio ujawnił AFRICOM, zakres tej wojny rozszerzył się drastycznie w 2014 roku. W tym „opisie sytuacyjnym”, AFRICOM informuje, że przeprowadziło 68 operacji w zeszłym roku, a 55 w roku poprzednim. To są między innymi operacje Juniper Micron i Echo Casemate, niosące pomoc francuskim i afrykańskim interwencjom w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej; Observant Compass – misja mająca na celu zniszczenie tego, co pozostało po zabójczej Armii Bożego Oporu Josepha Cony’ego w Afryce centralnej; United Assistance – użycie wojska do zwalczenia kryzysu Eboli w zachodniej Afryce.

Liczba głównych ćwiczeń polowych jakie amerykańskie wojska przeprowadziły ze swoimi partnerami, czyli afrykańskimi wojskami, w zeszłym roku wyniosła 11, a w 2013 roku 10. To są między innymi operacje Afrykański Lew w Maroku, Zachodnie Porozumienie w Senegalu, Centralne Porozumienie w Kamerunie, Południowe Porozumienie w Malawi; wszystkie zawierały szkolenia praktyczne i slużyły jako ukoronowanie wcześniejszej współpracy wojskowej.

AFRICOM prowadził także ćwiczenia z zakresu bezpieczeństwa morskiego, m.in. Obangame Express w Zatoce Gwinejskiej, Saharan Express u wybrzeży Senegalu i trzy – tygodniowe szkolenie z bezpieczeństwa morskiego jako część projektu Phoenix Express 2014, wraz z marynarzami z wielu krajów, m.in. Algierii, Włoch, Malty, Maroka, Tunezji i Turcji.

Liczba tych działań zwiększyła się dramatycznie z 481 w roku 2013 do 595 w zeszłym roku. W ramach tych działań znalazły się szkolenia wojskowe z „państwowego programu partnerskiego”, które łączy afrykańskie siły zbrojne z jednostkami wojskowymi amerykańskiej gwardii narodowej i ACOTA (Africa Contingency Operations Training and Assistance). To jest program, dzięki któremu amerykańscy doradcy wojskowi zapewniają sprzęt i szkolenia afrykańskim wojskom.

W 2013 roku łączna liczba wszystkich amerykańskich działań na kontynencie afrykańskim wyniosła 546, przeciętnie więcej niż jedna misja dziennie. W zeszłym roku liczba ta podskoczyła do 674. Innymi słowy, amerykańskie wojska prowadziły przynajmniej dwie misje każdego dnia w jakimś miejscu w Afryce – od ataków dronami do szkolenia z tłumienia rewolt, od spotkań służb wywiadowczych do szkoleń snajperskich. To pokazuje ogromny wzrost „misji, działań, programów i szkoleń” od kiedy AFRICOM przejął dowództwo od lokalnych jednostek w 2008 roku.

Międzynarodowe Grupy Terrorystyczne: czyli coś z niczego.

W 2000 roku raport przygotowany pod auspicjami Instytutu Studiów Strategicznych amerykańskiej Wojskowej Szkoły Wyższej zbadał „kwestie bezpieczeństwa w Afryce”. W części dotyczącej „wewnętrznych ruchów separatystycznych i rebelianckich” w „słabych państwach” oraz organizacji innych niż państwowe, jak np. milicja czy „armie watażków”, nie pojawiła się żadna (sic!) wzmianka na temat islamskiego ekstremizmu lub poważnych ponadnarodowych zagrożeń terrorystycznych.

Taka jest rzeczywistość: przed 2001 rokiem USA nie dostrzegało żadnej organizacji terrorystycznej na terenie Afryki sub-saharyjskiej, a wysoki rangą urzędnik Pentagonu stwierdzał, że najgroźniejsi islamscy bojownicy w Afryce „nie włączali się w akty terroryzmu poza Somalią.”

W następstwie wydarzeń z 11 września i jeszcze zanim powstał AFRICOM, Stany Zjednoczone rozpoczęły operacje na terenie Afryki w celu wsparcia sojuszników w ich staraniach antyterrorystycznych oraz w celu odizolowania Afryki od wędrujących grup terrorystycznych islamskich ekstremistów. Innymi słowy kontynent był postrzegany jako czyste i otwarte pole do dowolnych eksperymentów w technikach zwalczania terroryzmu.

Miliardy dolarów zostało wpompowanych w Afrykę dla zbudowania baz, uzbrojenia sojuszników, zbierania informacji wywiadowczych, prowadzenia wojen zastępczych (czyli takich, w których amerykańskie zadania wykonuje lokalna armia uzbrojona i sterowana przez USA), zabijania bojowników i przeprowadzenia zapewne tysięcy misji wojskowych.

Żadne z tych zabiegów nie osiągnęło zamierzonego celu.

W zeszłym roku na przykład, zgodnie z tym, co podaje AFRICOM, somalijscy bojownicy „planowali, albo przeprowadzali coraz bardziej skomplikowane i śmiertelne ataki w Somalii, Kenii, Ugandzie, Djibouti i Etiopii”. Wcześniej w październiku 2014 roku, ci sami bojownicy z ramienia al-Shabab podnieśli terroryzm na nowy nieznany dotąd poziom dokonując rzezi na 142 studentach na uczelni w Kenii.

Wzrost potęgi al-Shabab nie był zresztą czymś wyjątkowym. W ostatnim oświadczeniu przed Komisją Sił Zbrojnych Senatu Stanów Zjednoczonych, dowódca AFRICOM, Rodriguez, ogłosił kilka nowych nazw grup islamskich, które pojawiły się jak grzyby po deszczu w ostatnich latach, destabilizując dokładnie te państwa, które USA obiecały wzmocnić!

Chcąc nie chcąc swoim oświadczeniem Rodriguez odsłania prawdziwą naturę wojskowych wysiłków Waszyngtonu w Afryce – nawet pobieżne czytanie tego raportu przedstawia bardzo ponury obraz tego „zwrotu” w stronę Afryki. Warto je czytać, gdyż jest to obraz amerykańskiej wojny w Afryce. Oto fragmenty tego oświadczenia:

Al-Kaida, jej oddziały i zwolennicy rozbudowują swoją obecność w regionach bez silnej władzy państwowej, wykorzystują nieszczelne granice, zakładając obozy ćwiczebne i organizując swoje ataki. Państwo Islamskie Iraku i Lewantu poszerza swoją obecność w północnej Afryce. Terroryści powiązani z różnymi grupami rozszerzają swoją współpracę w zakresie rekrutacji, finansowania, szkolenia i operacji, zarówno w Afryce, jak i poza nią. Co bardziej agresywne organizacje o charakterze ekstremistycznym wykorzystują niezwykle wyszukane urządzenia wybuchowe, a liczba ofiar śmiertelnych wykorzystania tej broni w Afryce zwiększyła się o około 40% w roku 2014.

W północnej i zachodniej Afryce, poczucie zagrożenia występujące głównie w Libii i Nigerii coraz bardziej zagraża amerykańskim interesom. Pomimo wielonarodowych wysiłków podejmowanych w zakresie bezpieczeństwa, siatki terrorystyczne i przestępcze zyskują na sile i interoperacyjności. Al-Kaida w krajach islamskiego Magrebu, Ansar al-Sharia, al-Murabitun, Boko Haram, Państwo Islamskie Iraku i Lewantu i inne brutalne organizacje ekstremistyczne wykorzystują słaby i skorumpownay rząd oraz nieszczelne granice przecinające Sahel i Magreb, żeby szkolić i przemieszczać bojowników oraz rozdzielać zasoby. (…)

Zagrożenie amerykańskich interesów ze strony Libii wzrasta. (…) Libijskie państwo, jego aparat bezpieczeństwa i stabliność gospodarcza doznały znacznego rozpadu w ostatnim roku… Dziś uzbrojone grupy kontrolują ogromne tereny w Libii i działają bezkarnie. Libia okazuje się być bezpieczną przystanią, gdzie terroryści z Al-Kaidy i grup powiązanych z ISIL mogą się szkolić i zbroić bezkarnie. ISIL wykazuje coraz większą aktywność w Libii, m.in. w Derna, Bengazi, Tripoli i Sebha. (….)

Skutki uboczne niestabilnej sytuacji w Libii i północnym Mali coraz bardziej zagrażają amerykańskim interesom w Europie, na Bliskim Wschodzie, Afryce, w tym Tunezji, mimo jej sukcesu demokratycznej zmiany. (…)

Stan bezpieczeństwa w Nigerii także spadł w ostatnim roku. Boko Haram zagraża funkcjonowaniu rządu, który ma za zadanie utrzymać zaufanie ze strony obywateli i zapewnić im bezpieczeństwo i inne podstawowe potrzeby… Boko Haram rozpoczęło ataki przy graniach między Nigerią a Kamerunem, Czadem i Nigrem. (….)

Zarówno Republika Środkowoafrykańska, jak i Demokratyczna Republika Konga są zagrożone destabilizacją ze strony grup powstańczych i wzbierające napięcia etniczne na terenie Wielkich Jezior w Afryce mogą w pewnym momencie wylać z pełną przemocą w Kongo.

Proszę zwrócić uwagę na to, że wszystko to jest oceną sytuacji dokonaną przez AFRICOM, która została stworzona w Afryce dla zapewnienia bezpieczeństwa i pokoju. W tym kontekscie warto raz jeszcze podkreślić, że zanim USA powzięły te wysiłki, Afryka była – w ocenie Waszyngtonu – względnie wolna od transnarodowych islamskich grup terrorystycznych.

Afryka: Przechylając szalę.

Mimo, że Boko Haram ślubowało wierność Państwu Islamskiemu, a media epatowały strachem i lamentowały nad tym nowym związkiem i potencjalnie wynikającymi z niego aktami przemocy, obecnie nie istnieje nic takiego jak Państwo Islamskie Afryki.

Ale gry wojenne prowadzone w bazie MacDill Air Force w styczniu 2015 roku przeciwko tej fikcyjnej organizacji nie są wcale fantazją: przedstawiają po prostu kolejny logiczny krok w serii operacji prowadzonych przez  AFRICOM od jego powstania. A cytowane powyżej oświadczenie generała Rodrigueza jest aktualną informacją na temat stanu wojny i zapowiedzią kontynuacji militarnego kierunku działań aż do 2040 roku.

W maju 2014 roku, USA doszły do porozumienia z rządem Djibuti „które zapewni obecność USA w tym kraju aż do 2044 roku.” Ponadto oficerowie AFRICOM prowadzą obecnie rozmowy na temat możliwości rozbudowania sieci baz zwiadowczych na terenie północnej Afryki. Należy przy tym pamiętać, że przez ostanie kilka lat USA instalowało żołnierzy, mini bazy i lotniska w takich krajach jak Senegal, Mali, Burkina Faso, Niger, Republika Środkowoafrykańska , Południowy Sudan, Uganda, Kenia i Etiopia. W Czadzie AFRICOM zbudował ostatnio tymczasową infrastrukturę dla szkoleń i operacji specjalnych. Wszystko to pokazuje, że amerykańskie wojsko instaluje się w Afryce na dobre i ma dalekosiężny scenariusz.

„Cicha Wyprawa 15-1” została pomyślana jako ilustracja nowej taktyki wojennej Waszyngtonu w Afryce opartej na operacjach specjalnych. Jak pisze sierżant altylerii Reina Barnett w broszurze „Ostrze włóczni” wydanej przez SOCOM chodzi o zintegrowanie planowania z zaleceniami określonymi dla armii na rok 2020 przez generała Jamesa Lindera, szefa Afrykańskich Operacji Specjalnych. Porozumienie z rządem w Djibuti pokazuje, że plany amerykańskiej armii sięgają o kolejne pół wieku dalej w przyszłość.

Dowódca AFRICOM David Rodriguez dalej będzie robił dobrą minę do złej gry, mówiąc że osiągamy „postęp w niektórych rejonach dzięki ścisłej współpracy z naszymi sojusznikami i partnerami.” Jednak jego ocena obecnej sytuacji jest niezwykle ponura. „Tam, gdzie nasze narodowe interesy zmuszają nas do interwencji w celu przechylania szali zwycięstwa na stronę naszych partnerów często musimy zrobić więcej – zarówno poprzez wzmacnianie naszych sojuszników lub przez jednostronne działanie militarne”, czytamy w oświadczeniu Rodrigueza wystosowanym do senackiej komisji.

Jednak po ponad dekadzie zwiększonych działań w Afryce nie ma żadnych dowodów na to, że AFRICOM potrafi przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Nick Turse is redaktorem naczelnym TomDispatch.com i członkiem Instytutu Narodowego. W 2014 roku otrzymał nagrodę Izzy Award i American Book Award za ksiażkę „Zabij wszystko, co się rusza”; relacjonował z Bliskiego Wschodu, Południowo-wschodniej Azji, Afryki; jego artykuły pojawiały się w New York Times, the San Franncisco Chronicle, the Nation i regularnie na TomDispatch. Najnowsza książka Turse’a to Tomorrow’s Battlefield: U.S. Proxy Wars and Secret Ops in Africa (Haymarket Books) i jest dostępna w sprzedaży.