Stawiszyński: Bezradność

Chrystus, pierwsza w historii ofiara nie tylko świadoma swojej niewinności, ale także na oczach sprawców dekonstruująca wszelkie stosowane przez nich praktyki prześladowcze, przychodzi właściwie znikąd.

Nie wiadomo skąd czerpie swoją wiedzę o mechanizmach przemocy. Nie wiadomo dlaczego głosi swoje nauki. Objawia się po prostu jako posłaniec dobrej nowiny i jednym gestem odsłania rzeczy zakryte od założenia świata.

Nie oznacza to jednak – jak dobitnie pokazuje następnych dwa tysiące lat – że z chwilą ujawnienia archaicznej przemocy fundującej rzeczywistość ludzkiej kultury, rozpoczyna się na ziemi egzystencja spokojna i układna, na podobieństwo tej, którą w rajskim ogrodzie wiedli Adam i Ewa. Oznacza to jedynie, że wyjście poza zaklęty krąg mordowania niewinnych stało się dopiero możliwe.

Tomasz Stawiszynski
Tomasz Stawiszynski

To oczywiście tezy Rene Girarda, zmarłego 4 listopada bieżącego roku wybitnego francuskiego antropologa, który często podkreślał, że to skrupulatne, historyczne studia nad kulturą, nie zaś mistyczne uniesienia czy metafizyczne intuicje, doprowadziły go do nawrócenia na katolicyzm. Swoją intelektualną drogę rozpoczynał jako zdeklarowany ateista. W końcu doszedł jednak do przekonania, że coś, co w tak radykalny sposób, jak Ewangelie, rozmontowuje porządek oparty na przemocy, a zatem na najbardziej naturalnym ludzkim odruchu, nie może pochodzić „z tego świata”.

Pod koniec życia Girard był już jednak znacznie bardziej pesymistyczny, niż wtedy, kiedy pisał „Kozła ofiarnego”, albo „Dawną drogę, którą kroczyli ludzie niegodziwi”. Może religijne wglądy, może antropologiczne studia, a może po prostu starość, wprawiały go w coraz silniej apokaliptyczny nastrój.

Ewangeliczne przesłanie o przezwyciężeniu przemocy – uważał – zostało kompletnie zignorowane. Ludzkość pogrąży się w samozniszczeniu – przepowiadał. Jesteśmy dziś bardziej archaiczni, aniżeli dawne kultury – twierdził, wskazując na unifikujące siły konsumpcjonizmu, który wszystkich do siebie upodabnia, wyzwalając tym samym destrukcyjny potencjał pożądania mimetycznego, zjawiska, o którym sądził, że jest zasadniczym źródłem wszelkiej przemocy.

Paryż

Oglądając zdjęcia i relacje z wydarzeń w Paryżu, myślę o Rene Girardzie. Myślę o nim, czytając komentarze bojowo nastrojonych prawicowych publicystów i rozgorączkowanych hejterów, pragnących natychmiastowej krwawej wendety. Myślę o nim słuchając kowbojskich okrzyków Witolda Waszczykowskiego i Konrada Szymańskiego, ludzi, którzy reprezentować mają Polskę na arenie międzynarodowej.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Czy jednak nie daję się zbytnio uwieść niezwykłej wizji francuskiego mędrca, a zarazem jego późnemu, gnostyckiemu już raczej, niż katolickiemu, pesymizmowi? Czy to nie on szepcze mi do ucha, że nawet obrona liberalnych wartości konstytuujących Zachód jest z góry skazana na niepowodzenie, bo kondycja współczesnego mieszkańca Zachodu, jego zasadnicza tożsamość, jest w stanie dokładnie takim, w jakim większość bohaterów Houellebecq’a? I czy to nie on mi podpowiada, że aktualna postać świata jest niemożliwa do utrzymania? Że nadchodzi świat zupełnie inny, którego nie potrafimy nie tylko opisać, ale nawet przeczuć?

Wobec takiej przemiany, wobec tego, co nadchodzi, a przede wszystkim wobec tego, co stało się w piątek w Paryżu, jesteśmy przecież kompletnie bezradni. Nie mamy żadnej realnej recepty. Nie mamy żadnego zgrabnego komentarza podsumowującego to, co się stało, co z tego wynika i jakie należy w związku z tym podjąć dziania.

Wbrew lawinie słów płynących z komputerów i komunikatorów, powtarzam: nie mamy komentarza. Mamy tylko swoją kamuflowaną na setki sposobów bezradność.

W bezradności jest poczucie kompletnego braku wpływu na rzeczywistość. Jest lęk przed potężnymi siłami, które życie jednostki mają za nic, i które po jej zwłokach dojdą tam, gdzie chcą, niepowstrzymane.

Rodzi to oczywiście odruch, żeby bezradność natychmiast zakłamać, żeby od niej uciec, nie zderzyć się z jej obezwładniającą siłą, nie poddać się jej, tylko ją zmiażdżyć. W odruchu zemsty, w agresywnym ataku na „innego”, w buńczucznym okrzyku: „koniec tego dobrego!”. Girard powiada, że właśnie taki odruch, właśnie taka bezrefleksyjna odpowiedź przemocą na przemoc, jest pierwszym ogniwem w łańcuchu, który ostatecznie prowadzi wspólnotę do samozagłady. Ale ucieczką od bezradności są też pełne optymizmu zapewnienia, że nie odstąpimy od naszych wartości, że będziemy tacy, jak dawniej, że nic się nie zmieni.

Bo przecież się zmieni. Już się zmieniło.

Miotani sprzecznymi tendencjami i odruchami, uciekamy od tej świadomości. Nadmierna produkcja słów w obliczu tej tragedii służy przede wszystkim egzorcyzmowaniu przerażenia, jakie w nas ona budzi, ponieważ nikt tak naprawdę nie ma pojęcia co się dalej stanie i co w związku z tym należałoby zrobić.

I nic dziwnego, skoro – jeśli rację miał Girard – tego rodzaju rozwiązania mogą pochodzić tylko spoza tego świata.

A stamtąd od dawna nikt już do nas nie mówi.

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +57, liczba głosów: 63)
Loading...
The following two tabs change content below.

Tomasz Stawiszyński

Ostatnie wpisy Tomasz Stawiszyński (zobacz wszystkie)