Ewa Wanat: Dlaczego nie wychodziliśmy na ulice, gdy oni gwałcili media?

gwalciciele

Oczywiście – należy protestować i wychodzić na ulice w obronie wolności słowa i niezależności w mediach publicznych, choć dzisiaj – moim zdaniem – to już tylko łabędzi śpiew. Trzeba to było robić 20 lat temu. Teraz jest za późno.

PiS na pewno przeprowadzi to, co zamierza nie zważając na protesty i demonstracje – tak, jak to zrobiło z TK. Gdybyśmy protestowali tak głośno wtedy, kiedy najpierw SLD z PSL-em, potem koalicja PiS–Samoobrona-LPR, a potem PO i PSL gwałciły media publiczne traktując je jak wojenne łupy, obniżając standardy i łamiąc kręgosłupy dziennikarzom, być może dzisiaj bylibyśmy w innym miejscu.

Może mielibyśmy silne media publiczne z rzeszą odważnych i nie dających sobie w kaszę dmuchać redaktorów i redaktorek, szefów anten, kierowników redakcji, wydawców i producentów.  Tymczasem mamy media państwowo-partyjne, a w nich setki przestraszonych, złamanych ludzi i małą garstkę tych, którym dzięki talentowi, odwadze i ciężkiej pracy udaje się zdobyć i utrzymać  zaufanie i sympatię odbiorców, a także wystarcza im sił i uczciwości by walczyć o swoją niezależność. Ale takie postawy w mediach państwowych, zwanych publicznymi, to rzadkość.

Obserwuję to łamanie kręgosłupów od lat – pracując w latach 90-tych w regionalnym ośrodku TVP, współpracując z ogólnopolskimi antenami TVP i ostatnie dwa lata będąc redaktorką naczelną regionalnej rozgłośni polskiego radia. Z tej rozgłośni, za rządów PO i PSL, zostałam dyscyplinarnie zwolniona pod pierwszym lepszym pretekstem, a naprawdę za publiczne nagłośnienie łamania standardów niezależności redakcyjnej i prawa prasowego przez zarząd i radę nadzorczą. Takie łamanie standardów, naciski polityczne, wywieranie niedozwolonych i niemoralnych wpływów odbywa się od ponad 20 lat i w TVP i w Polskim Radiu –ile razy w tym czasie redaktorzy naczelni, dyrektorzy anten, dyrektorzy programowi głośno i publicznie protestowali?

Szanuję gest podania się do dymisji szefów anten TVP i protest radiowej Jedynki, ale myślę, że warto zadać pytanie – dlaczego dopiero teraz?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Nie było głośnych protestów z wewnątrz firmy, kiedy nominaci SLD pod przewodnictwem politruka Roberta Kwiatkowskiego obsadzali wszystkie redakcje swoimi ludźmi, kiedy PSL rękami swojego niestrudzonego i nieśmiertelnego członka zarządu  Mariana Zalewskiego rozpychało się w regionalnych ośrodkach TVP przeznaczając środki abonamentowe i czas antenowy na relacje z dożynek i monologi lokalnych peeselowskich bonzów. Kiedy dzieliło najpierw między siebie i SLD, a potem siebie i PO programy i anteny TVP. Nie było, kiedy Włodzimierz Czarzasty obsadzał swoimi ludźmi zarządy regionalnych stacji radiowych po to, by pilnowali interesów Ordynackiej.

PiS jako pierwszy nie udaje, że nie chce przejąć mediów. Przedtem to się również działo, tylko że za kulisami:  „w 2001 r. Janusz Rolicki, wówczas już b. naczelny „Trybuny”, ujawnił, że jesienią 1998 r. w każdy wtorek rano w Sejmie odbywały się narady Leszka Millera z ludźmi lewicy w mediach. Przychodzili m.in. dyrektor zarządu TVP Jarosław Pachowski, dyrektor „Jedynki” TVP Sławomir Zieliński, szef Informacyjnej Agencji Radiowej Andrzej Siezieniewski, szef Rady Nadzorczej Polskiego Radia Włodzimierz Czarzasty, redaktor naczelny „Przeglądu Tygodniowego” Jerzy Domański (…) Miller mówił, co ważnego zdarzy się w nadchodzącym tygodniu, a reszta to notowała. Wskazywał, na co zwrócić uwagę, co jest ważne, jakie będzie stanowisko SLD, jakie konferencje zamierza zwołać…Drugi przypadek ujawnił prof. Tomasz Nałęcz, b. szef sejmowej komisji śledczej badającej aferę Rywina, b. wiceprzewodniczący UP. Otóż Nałęcz sam uczestniczył w spotkaniach sztabu wyborczego SLD-UP z Robertem Kwiatkowskim, wówczas prezesem telewizji publicznej z poręki Sojuszu. To było przed wyborami parlamentarnymi na jesieni 2001 r. (zresztą wygrało je SLD zdobywając 41 proc.!) – To było wąskie grono, 4-6 osób, zaufanych członków sztabu wyborczego. Kwiatkowski był tam dlatego, że planowaliśmy udział TVP w wspieraniu kampanii wyborczej lewicy. To były bardzo konkretne rozmowy – wspomina prof. Nałęcz. – Kogo i jak dezawuować z konkurencji, jak atakować i jak daleko posunąć się w tym ataku i w jakich programach telewizyjnych to się będzie działo”  – pisała w 2009 roku Agnieszka Kublik w Gazecie Wyborczej.

Koledzy dziennikarze, kierownicy redakcji z TVP nie wiedzieli o tym? Nie były wtedy nacisków politycznych? Czy wtedy wolność słowa i niezależność TVP nie była gwałcona? Czy wtedy w 1998 i 2001 ktoś wyszedł na ulice? A dlaczego nie? Gdzie byli dziennikarze mediów publicznych, kiedy telewizją rządził partyjny działacz faszyzującej Młodzieży Wszechpolskiej Piotr Farfał, lub kiedy za Andrzeja Urbańskiego głównym programem informacyjnym TVP zarządzała partyjna komisarz przy pomocy laptopa ministra Ziobro? Gdzie byli, gdy Bronisław Wildstein karmił widzów paranoiczną Misją Specjalną? Gdzie byli ci wszyscy długoletni pracownicy mediów publicznych, gdy z powodów politycznych wyrzucano z pracy ich kolegów i koleżanki, zabierano nieprawomyślnym programy?

Powtórzę, że są w mediach publicznych świetni dziennikarze, którzy dopracowali się na tyle niezależnych pozycji, że udaje im się funkcjonować na tej szalonej partyjnej karuzeli w miarę bez szwanku, ale był taki czas, że nawet Marek Niedźwiecki musiał uciekać z Trójki do komercji. Są małe wyspy niezależności bronione przez nielicznych dzielnych szefów redakcji czy wydawców, ale to są wyjątki. Nie ma w Polsce mediów publicznych i nigdy nie było. Zawsze były to media państwowe, rządowo-partyjnie-koalicyjne. Teraz będą jednopartyjne.  I przynajmniej nikt nas nie okłamuje jak dzieci, które nie rozumieją, co się dzieje. Teraz nie możemy już ze strachu i dla wygody udawać, że deszcz pada – musimy wreszcie wyjść na ulice. A przecież mogło być jak zawsze – przyszedłby PiS, zrobił to samo co poprzednicy, na zewnątrz głosząc, że nie steruje mediami i wszyscy byliby zadowoleni – i PiS i większość pracowników TVP i PR. Gorzej oczywiście z widzami i słuchaczami, ale mam nieodparte wrażenie, że decydentów ich samopoczucie obchodzi najmniej.

Wolność i niezależność mediów w Polsce jest zagrożona zawsze.

Raz bardziej jawnie, raz mniej, raz nastaje się na nią butnie i bezczelnie jak dziś, raz z „taką pewną nieśmiałością” jak za poprzednich rozdań. Teraz PiS zlikwiduje ten twór, który został kiedyś nazwany mediami publicznymi. Może za 4, a może za 8 lat nauczeni tym ostatecznym i bolesnym doświadczeniem, będziemy w stanie zbudować prawdziwe media publiczne. Pod warunkiem, że potrafimy wyciągać wnioski.

O wolność i niezależność mediów należy walczyć na każdym kroku i codziennie. A dziś, moim zdaniem, wszystkie siły i całą energię należy wkładać w obronę niepaństwowych, prywatnych mediów, również tych z „obcym” kapitałem i Internetu. A polskim tzw. mediom publicznym pozwolić skonać w spokoju. Nadszedł ich czas.

 

(brak redaktora) Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +153, liczba głosów: 222)
Loading...