Odwołajcie amerykański sen – stanowiska na żądanie zamiast etatów?

https://www.flickr.com/photos/thomashawk/

Robotyzacja i globalizacja w dłuższej perspektywie doprowadzą do opustoszenia biurowców, tak jak wcześniej automaty uciszyły gwar ludzkich głosów w fabrykach. W krótkiej perspektywie prawdopodobnie przyjdzie nam się pogodzić ze zmiennością: form zatrudnienia, kompetencji oraz umiejętności wraz z każdą nową ofertą pracy czy zleceniem.

Odsetek osób, które zarabiają dzięki ekonomii dzielenia się jest jeszcze znikomy. Według raportu Alana Kruegera (byłego doradcy ekonomicznego Baracka Obamy) oraz Larry’ego Katza stanowią one zaledwie 0,5% całej amerykańskiej siły roboczej, to znaczy ponad 800 000 osób. Nieistotna,  wydawałoby się, wielkość nie przeszkadza w mówieniu o uberyzacji ekonomii niemal na każdym poziomie administracji krajowej. Liczni obserwatorzy rynku pracy przestrzegają, aby zmian w myśleniu o zatrudnianiu dokonywać już teraz, a nie czekać aż zaleje nas fala pracy na żądanie.

Podnosząc wrzawę nad marginalnym, ale – trzeba przyznać – medialnym zjawiskiem, można stracić z oczu dużo bardziej oczywistą zmianę amerykańskiego rynku zatrudnienia. Coraz większa ilość obywateli Stanów Zjednoczonych szuka okazji do zarobkowania w ramach alternatywnych form pracy. Mam na myśli wszelkie formy poza etatami, a więc pracowników tymczasowych, zatrudnionych na zlecenia czy za pośrednictwem firm outsourcingowych, niezależnych kontraktorów i freelancerów. Elementami łączącymi wyżej wymienione formy są: samodzielne opłacanie ubezpieczeń zdrowotnych, zarobki mogące omijać poziom płacy minimalnej, brak benefitów oraz jakiejkolwiek ochrony, kojarzonej z zatrudnieniem na etat.

W dekadzie pomiędzy rokiem 1995, a 2005 udział alternatywnych form zatrudnienia wzrósł nieznacznie z 9% do 10% siły roboczej. Co ciekawe, już w 1996 roku pojawiły się pierwsze opracowania, mówiące o wypieraniu etatów przez stanowiska na żądanie. Tymczasem w 2015 roku ilość osób nieposiadających długoterminowej umowy o pracę sięgnęła 16%. Trend jest wyraźny i – co warto dodać – silny. W ciągu ostatniego dziesięciolecia cały przyrost miejsc zatrudnienia jest „konsumowany” przez prace dorywcze, kontrakty czy inne formy o charakterze przejściowym. W takich warunkach nie ma już mowy o karierze od chłopca na posyłki po prezesa koncernu.

Amerykański sen jest już niemal niemożliwy do zrealizowania dla przeciętnego Joe’go. Coraz wyraźniej rysuje się era jednorazowego pracownika, który po wykonaniu określonego zadania odchodzi z firmy.

Uber jest zjawiskiem marginalnym. Na jednego kierowcę przypada kilku „niezależnych” pracowników oświaty, administracji czy budowlańców. Analiza Kreugera i Katza daje precyzyjne dane dotyczące poszczególnych sektorów gospodarki. Budownictwo tradycyjnie jest kojarzone z pracą na zlecenie i kontraktami i w ciągu dwudziestu lat widać nawet drobny ubytek odsetka zatrudnionych poza etatem z 28% na 27%. Tymczasem są branże, w których przyrosty alternatywnych form zatrudnienia są zaskakująco wysokie. W przypadku transportu to z 9% na 16%, informatyki i telekomunikacji z 8% do 16%, edukacji i zdrowia – 6% do 16%, a w produkcji i administracji dokonał się skok o 400% (odpowiednio z 3% do 12% oraz z 2% do 10%).

Niezależne formy zatrudnienia dają elastyczność i możliwość szukania alternatywnych ofert. Wprawdzie stawka godzinowa kontraktowca jest o 17% wyższa niż osoby zatrudnionej na podobnym stanowisku na etacie. Cóż z tego, skoro tygodniówka zleceniobiorcy jest średnio o 26% niższa. Osoby cieszące się „wolnością” umowy tymczasowej nie dość, że nie mają podstawowej ochrony (ubezpieczenia, emerytury, urlopów) to jeszcze zarabiają mniej pieniędzy. Walka o oferty – najczęściej brana jest pod uwagę niska cena – pociąga w dół wynagrodzenia. Wraz ze wzrostem pozaetatowych form zatrudnienia, perspektywa utrzymania obecnych poziomów płac jest wielce problematyczna.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Pomimo zauważalnych braków korzyści z alternatywnych form zatrudnienia, istnieje szereg argumentów, które negują pożytki z pracy na etat. Ekonomiści, którzy wnikliwie obserwują zmiany na amerykańskim rynku pracy, są zgodni, że pewnych form i przywilejów nie da się już utrzymać, gdyż zmiany zaszły za daleko i nie ma szans na powrót do przeszłości. Automatyzacja stanowisk oraz globalizacja dają mniejszą pewność zatrudnienia, co może prowadzić do zmniejszenia atrakcyjności pracy na etacie.

Dominującą cechą rynku pracy jest obecnie zmienność, a więc osoba szukająca posady musi posiadać wiele umiejętności, aby móc się dopasować do istniejących ofert. Praca dla jednego pracodawcy może się wydawać bezpieczna w krótkim okresie, ale oznacza zależność od jednej firmy. Kontrakty dają szansę na poznania nowych kompetencji i uniezależnienia się od rynkowych fluktuacji. Ponadto umożliwiają świadczenie usług więcej niż jednemu zleceniodawcy na raz.

Przywiązanie do długoterminowych umów o pracę, w przypadku których pracodawca oferuje opiekę zdrowotną oraz świadczenia emerytalne, jest nadal silne. Widać to doskonale w protestach związkowców, którzy próbują na przykład zmusić Ubera do uznania kierowców za pracowników koncernu i udzielenia im wszelkich wynikających z tego tytułu przywilejów. Tymczasem zmiana już się dokonała. Zarówno w formie zatrudnienia jak i sposobu wyceny pracy.

Ekonomiści zrzeszeni w Brookings Institution postulują oderwanie się od starych norm i pójście naprzeciw nowym trendom rynkowym. Opowiadają się oni za tworzeniem rodzaju agencji pośrednictwa pracy, która zrzeszałaby najróżniejszych specjalistów, szukała dla nich najodpowiedniejszych kontraktów, dbała o dobre warunki zatrudnienia oraz wypłacała wszystkie świadczenia, do których się przyzwyczailiśmy. Działalność pośredników byłaby regulowana i kontrolowana przez organy władzy, aby zapewnić przejrzyste i uczciwe warunki dla poszukujących zatrudnienia.

Istnieją też inne pomysły, aby załagodzić najbardziej doskwierające niedogodności pracy na żądanie, jak na przykład nieprzewidywalność czy nieregularność zarobków. Administracja Obamy bardzo poważnie rozważa wprowadzenie ubezpieczenia od stałego spadku dochodów. W momencie utraty posady lub podjęcia pracy o niższym uposażeniu, rząd lub ubezpieczyciel miałby wyrównywać straty w zarobkach.

Ekonomista Robert Schiller tłumaczy, że jego rozwiązanie pomogłoby chronić pracowników, których zawody staną się nieaktualne – czyli zostaną unieważnione przez postęp techniczny.

Szkopuł w tym, że trudno jest finansować takie wydatki z budżetu. Idea Schillera zakłada ubezpieczenie od niebezpiecznych trendów, które mogą dotknąć całą amerykańską gospodarkę. W zasadzie istnieje już takie rozwiązanie – uniwersalny dochód podstawowy. Opiera się on na mniej skomplikowanych zasadach, ale pamiętajmy, że mowa jest o Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym ciężka praca to jeden z podstawowych mierników prestiżu społecznego. Nawet w obliczu zmniejszającej się ilości miejsc pracy, przekształcania etatów w kontrakty bez świadczeń oraz uberyzacji stanowisk, Amerykanom trudno jest przełknąć socjalistyczne rozwiązanie. Stąd potrzeba tworzenia pokręconej formy ubezpieczeń, które mają uchronić zarobki przed wstrząsami ekonomicznymi. Trudno jednak nie zapytać o wielkość składki w przypadku zwalnianego prezesa banku , który postanowi zostać niezależnym taksówkarzem w niepełnym wymiarze godzin.

Raz na kilkaset lat formy zatrudnienia się zmieniają. Jeszcze trzysta lat temu większość ludności utrzymywała się z pracy na roli lub w obejściu. Rewolucja przemysłowa przeniosła niewykwalifikowane siły robocze ze wsi do fabryk. Specjalizacja i industrializacja spowodowały rozmnożenie się zawodów i możliwych ścieżek kariery. Kolejną zmianę przyniosły maszyny, które wypchnęły pracowników z hal montażowych do biur. Robotyzacja i globalizacja w dłuższej perspektywie doprowadzą do opustoszenia biurowców, tak jak wcześniej automaty uciszyły gwar ludzkich głosów w fabrykach. W krótkiej perspektywie prawdopodobnie przyjdzie nam się pogodzić ze zmiennością: form zatrudnienia, kompetencji oraz umiejętności wraz z każdą nową ofertą pracy czy zleceniem. Zamiast trzymać się kurczowo starych formuł warto odważnie szukać rozwiązań dla świata bez pracy. Może dobrym kierunkiem byłby dochód podstawowy, który uwolniłby od pracy za pieniądze, a dał powód do aktywności dla dobrego samopoczucia i samorealizacji.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +5, liczba głosów: 5)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Thomas Hawk
The following two tabs change content below.
mm
Z wykształcenia ekonomista. Interesuje się sytuacją gospodarczą na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych, Chin i Indii, jak również problemami największych światowych korporacji. Przygląda się sytuacji społeczno-gospodarczej, interesują go kwestie dochodu podstawowego, nierówności płac oraz równouprawnienia płci. Prowadzi bloga: http://antykruchosc.blox.pl/html