Czas poznać własne korzenie, Europejczyku! Tam na Bliskim Wschodzie, od Innego

W połowie maja Arabia Saudyjska potwierdziła swoje prawo antyterrorystyczne. Urbi et orbi – przypomniała, że każdy ateista jest terrorystą. Ten akt ma na celu zdusić działania decydentów przeciw wahabickim władzom, ale też zrodził ważne pytanie o przyszłość i miejsce Innego w świecie, w którym Innym jest każdy z nas. Tak – tu i tam, nawet, gdy nawzajem się szlachtujemy – słowami lub bronią maszynową.

Czytaj poprzedni tekst Natalii M. Kamińskiej Nie będzie drugiego Berlina – postępowa partia Beirut Madinati przegrywa wybory w Libanie

Recykling – to słowo robi w stolicy Libanu furorę. Nie chodzi jednak o to, że mieszkańcy tego kraju stali się nagle fanatycznymi zwolennikami ekologii, ale o kryzys polityczny, który spowodował, że Bejrutczycy muszą żyć w oparach smrodu rozkładających się śmieci. Z niecierpliwością czekali, by dać temu wyraz. Czekali na wybory. Te zmieniły wszystko i nie zmieniły nic. I nie ma w tym wcale paradoksu.

Chrześcijanie kończą jak zaczęli – na kolanach w piachu pustyni

Dwa wydarzenia mają dla Bliskiego Wschodu (tego w okrojonej perspektywie geograficznej i mentalnej dla Europejczyka, leżącego bardziej na styku Azji i Europy, i raczej nie dotykającego problemów Pakistanu, Jemenu czy Omanu). Pierwsze – związane z religią i kulturą – to korzenie chrześcijaństwa wywodzące się z tego regionu. Drugie – polityczne – to powstanie Izraela.

Inaczej mówiąc – mówimy o miejscu, które swoją siłę i witalność wzięło od mniejszości, a teraz idzie, niczym ku bram średniowieczna, ku ich zagładzie. Przed chwilę toczyła się wprawdzie dyskusja o tym problemie, teraz została przyćmiona przez kryzys uchodźców jako takich.

Przypomnijmy – chrześcijaństwo, jakie dziś znamy – największa religia świata, była sektą odszczepieńców, którzy odeszli od kanonów judaizmu. To, czym było 2 tys. lat temu jest kwestią sporną do dziś. Załóżmy zatem takie minimum faktów, które mogą być prawdziwe – Jezus był postacią historyczną, został ukrzyżowany przez Rzymian i był tym mesjaszem, który zwyciężył dzięki solidnej pracy apostołów w walce o exegi monumentum historii. Czas pokazał, że myśli wyznawców nowej religii nie zaprzątało cyzelowanie tego, czy to Jezus naprawdę był spadkobiercą królestwa Dawida czy nie. Ważne, że mówił rzeczy, które nie mieściły się, jakbyśmy dziś powiedzieli, w akceptowanym wtedy dyskursie – biedni mieli znaleźć się na miejscu bogatych, miał nastąpić nowy porządek świata. To chyba tak jak dziś? I to dało siłę nowej religii. Religii, która była początkowo silnie prześladowana, ale udało jej się podbić świat, i to w wielu wariantach. Na początku w chrześcijaństwie był Bliski Wschód. Wszystko zaczęło się w tym miejscu, ale ludzie ery smartphona zdecydowali, że trzeba to zakończyć. Nie, nie w imię kolejnej utopii ateistycznej – w imię religii.

Izrael – państwo, które dzień niepodległości świętuje w maju, miesiącu, w którym formalnie zakończyła się druga wojna, i które powstało trzy lata po jej zakończeniu, mocne bezsilnością ran i szoku świata, który znów podjął próbę powrotu na tory cywilizacji po epizodzie barbarzyństwa. Albo, jeśli ktoś woli – państwo – owoc gwałtu na największej mniejszości Europy, cena za apokalipsę Żydów.

Współcześnie – kraj jedna wielka emocja – a przy okazji, kiedy odejdziemy od państwowości obywatelskiej jak zdobycze Rewolucji Francuskiej i Oświecenia, a przestawimy się na myślenie typu – moja krew, klan i religia, to mamy przed sobą największą niemuzułmańską mniejszość Bliskiego Wschodu. Oczywiście, z tyłu głowy warto mieć cały czas, że Żydzi – już jako Izraelczycy żyją ze świadomością odbudowy państwa hebrajskiego, kiedy inne tego typu mniejszości funkcjonują tam w cieniu możliwej zagłady.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Po co to porównanie? Po co taki przydługi wstęp? Po to, by pokazać jak może wyglądać opis, tego co się może stać, kiedy nic nie będzie się dziać z tym, co dzieje się obecnie.

Mniejszością nie powiązaną ściśle z islamem na Bliskim Wschodzie może zostać państwo, które przez przypadek i chichot historii weźmie na siebie drugą, niezaplanowaną (niechcianą) rolę. Inne mniejszości religijne, jeśli sytuacja będzie rozwijać się w takim kierunku, staną się błędem statystycznym. Może nie „zaleje” nas islam, a chrześcijanie z tamtej cywilizacji – pod warunkiem, że przeżyją nasze eksperymenty (politykę) na nich. Trochę jak duchy Holocaustu, które przyszły na Bliski Wschód, nie mając innego wyboru.

Jak Peter Sloterdijk został prorokiem

Islam. Modus operandi wszystkiego, co dzieje się, nie dzieje, dziać powinno, nie powinno na Bliskim Wschodzie. Religia cięta nożem niczym skalpelem, podtruta polityką i ideologią, szarpiąca emocje wyznawców różnych odłamów, odruch sacrum i duchowego komfortu większości Bliskiego Wschodu.

Islam w Europie – największa i najmłodsza mniejszość kontynentu. Największa we Francji i Niemczech (odpowiednio 4,8 i 4, 7 milionów osób, nie licząc ostatniej fali uchodźców). Warto też wspomnieć o Rosji, wprawdzie ulokowanej w dużej mierze poza właściwą Europą, która jest domem dla 14 milionów muzułmanów (z fatalną polityką wobec tych ludzi).

Do chwili kryzysu z Syrią populacja europejskich muzułmanów rosła o 1% co dekadę, czyli z 4% w 1900 roku do 6% w 2010. Dalsze przewidywania mówią o 8% w 2030. Na niepewność tych danych wpływa niewiedza o tym, co stanie się w kolejnych latach w Syrii, regionie i podczas nowej wędrówki ludów.

Islam jako taki nie jest dziś mile widzianym gościem w Europie. A trzeba pamiętać, że kiedyś kontynent uważał islam za taki, powiedzmy, trend jak dzisiejszy hipsterzy filozofię slow life. W dobrym tonie była, pośród arystokracji, zmiana imienia na Abdullah czy Muhammad.

W latach 20. w Berlinie religia proroka Mahometa była synonimem nowoczesności i racjonalnej postawy. Wielu Niemców załamanych rozmiarem rzezi pierwszej wojny i rozczarowanych chrześcijaństwem, odwróciło się od niego i przeszło na islam. Dziś to więcej niż dziwne, kiedy więcej niż połowa z nich postrzega tę religię jako zagrożenie, a głosy zdobywają partie o dusznym zapachu schyłku lat 30, a nie 20. Ale w tamtym okresie islam nie był religią statystycznego zamachowca, ale kontrkulturą i powiewem awangardy.
I to takiej, kiedy na zmianę religii decydują się żony swoich muzułmańskich mężów, ale intelektualiści. Bardziej mówimy o alter ego tamtych czasów w stylu Piotra Ibrahima Kalwasa, niż czerpiącej niepewną wiedzę z internetu ex-katoliczki.

Ot, Hugo Marcus – trochę już zapomniany filozof, Żyd i gej w jednym – podjął taką decyzję i zostało to nie tylko zaakceptowane, ale też przyjęte ze zrozumieniem. Filozof dokonał konwersji mając 45 lat i przyjął imię Hamid. Dla niego islam był jednym ze składników, który będzie kształtować Europę. Nie pomylił się o tyle, że tak jest, ale inaczej niż zakładał. Islam miał być, tak jak inne prądy intelektualne, siłą pozytywną – w żadnym bądź razie nie miał siać strachu czy grozy.

W gazecie wydawanej przy meczecie Wilmersdorf w Berlinie (funkcjonuje do dziś) – Moslemische Revue – pisał, niesiony przez tuzy tamtej epoki: Spinozę, Kanta czy Nietzschego, że Nowy Człowiek, który miał narodzić się lada moment, będzie szedł w kierunku islamu, który rozkwitnie tak, by ostatecznie zadbać o duchowe potrzeby lepiej niż robią to judaizm czy chrześcijaństwo.

Podobne historie znajdziemy w erze Downton Abbey w Londynie wśród tamtej klasy wyższej. Legendą owiana jest konwersja lorda Headleya na szejka Rahmatullaha al-Farooqa. To nie zmiana religii na fali mody, ale głębokie zaangażowanie w pracę na rzecz społeczności muzułmanów w Wielkiej Brytanii i jej pomyślnej przyszłości na wyspach. Lord-szejk odbył pielgrzymkę do Mekki, a w kolejnych latach poświęcił się promocji islamu przez pisanie. Wyrażał nadzieję, że islam będzie miał nie tylko swoje pięć minut, ale stałe miejsce pośród arystokracji i ludzi władzy w Wielkiej Brytanii. Po części tak jest, w tej chwili mamy kilku arystokratów w Izbie Lordów. Baronessa Sayeeda Warsi to sztandarowy przykład, i to w służbie konserwatystów.

Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Obraz dopasowany do poglądów, uproszczony przekaz i brak wiedzy. Święta i wieczna triada tego, dlaczego się gryziemy jak psy, zamiast rozmawiać jak ludzie.

Najpierw mieliśmy infantylny orientalizm, w późniejszej metamorfozie przekształcony w kolonializm, by zakończyć to grą „palcem po mapie” tj. pakt – akt założycielski nowoczesnego Bliskiego Wschodu Panów Sykesa i Picota. Dobrze – my bijemy się w piersi. A oni? Co oni o nas wiedzą? Więcej niż my o nich, szczególnie te warstwy społeczeństw arabskich, które mogą poświęcić czas i pieniądze na rzetelną edukację. Świetny przykład: Liban. Tam wszystkie szkoły, od podstawowych po uniwersytety, prowadzą edukację po francusku lub angielsku. Język arabski jest upośledzony.

To z jednej strony przykład wygranej dawnego okupanta (kolonizatora) Francji, a z drugiej siła. AUB (American Univeristy of Beirut) jest marką wybijającą się z arabskich uczelni, docenianą w rankingach, i szansą dla Libańczyków na pracę w międzynarodowym środowisku bez kompleksów.
To wszystko jednak bardziej są wyjątki niż ogólny obraz, nawet nie stereotypowy, Bliskiego Wschodu.

Co nami i nimi zatem rządzi? Strach, nienawiść, niewiedza, wypłukana z intelektualizmu religia? Też, ale nie tylko. Gdzieś pomiędzy 11 września a współczesną wędrówką ludów rozgorzał na nowo dylemat o „Wielkie Narracje” lub ich brak. To jednak nie globalizacja ani Wieża Babel? Siła ducha nad tępym konsumeryzmem? Państwo narodów (klanów?) nad obywatelskie multikulti? To Europa będzie Izraelem odkładając Schengen do lamusa? Co z tymi mniejszościami – tu i tam?

Najpierw ta narracja. Średnia europejska – na dziś dzień – leży gdzieś między Panami Huntingtonem, Sloterdijkiem, Panią Fallaci, z nieśmiałym wspomnieniem trzeźwego Kapuścińskiego, nie mówiąc już o Levinasie. Huntington i Fallaci to postawienie wszystkiego na ostrzu noża – to jest wojna, zderzenie cywilizacji, trzeba się zamknąć, okopać na pozycjach i bronić przedmurza chrześcijaństwa. Kapuściński i Levinas to wrażliwość i spojrzenie na dalszą przyszłość i jej potencjalne konsekwencje, pogodzenie z tym, że Inny – kim tu i tam by nie był – będzie wieczny i trzeba szukać rozwiązań z rozmachem planu Marshalla, nie zaś Adolfa Hitlera.

Skoro Inny patrzy na mnie, to jestem za niego odpowiedzialny, nawet jeśli w jego oczach nie podjąłem żadnych zobowiązań. To cytat za Levinasem. Ale jak klincz wbija się tu zaraz Sloterdijk ze swoją prognozą. Co proponuje? W wielkiej kiedyś cywilizacji islamskiej dostrzega potencjał, który dziś jest destrukcyjny.

Sloterdijk uważa, że boom demograficzny w kręgu islamu będzie niszczył Arabów. Pierwszą ofiarą tego procesu będą i już są mniejszości. A świat będzie patrzył, nieudolnie interweniował i zastanawiał się, jak to przerwać. Z morzem krwi, nim pojawi się rozwiązanie, przejdzie do historii każdy, kto będzie przeciw. To wcale nie sen wariata, ale składnik newsów – blok zagranica.

Przy braku perspektyw, kolejnych konfliktach, słabej ekonomii i limicie możliwości złożą oni swoje życie w walce, często walce, której celów nawet dobrze nie przemyślą lub zostaną zmanipulowani przez macherów polityczno – religijnych. A o to nie trudno w medresach hojnie sponsorowanych przez Arabię Saudyjską. Wypisz wymaluj Państwo Islamskie.

Mniejszość zagrożona vs. mniejszość wyobrażona

I w końcu, by mieć jasność – kto jest mniejszością na Bliskim Wschodzie, jak je wydzielić i dlaczego zaczęły znikać na przełomie XX i XXI, czyli na przełomie stulecia, które pożąda różnorodności i indywidualizmu jak powietrza. Oficjalnie. Pojęciem mniejszości w stosunku do regionu możemy bawić się porównując zagregowane dane – kogo, ile i gdzie jest, czyli kto przed kim schyla głowę, a to robią zwykle wszyscy niemuzułmanie. Z historii można wygrzebać dżizję tj. podatek pobierany od innowierców przez władców islamskich. Zaniechano tego wprawdzie w XIX wieku, ale pamięć pokoleń została obciążona wspomnieniem spokoju i życia kupowanego za pieniądze. To nigdy nie procentuje dobrze.

Zobaczmy na kilku przypadkach jak to działa.

Wspomniana Arabia Saudyjska to interesujący przypadek. Rdzennych Saudyjczyków jest ponad 20 milionów i -uwaga – jest tam prawie 10 milionów zagranicznych pracowników i expatów. W świetle tamtejszego prawa należą do mniejszości. Takie zjawisko obserwujemy też, tylko na mniejszą skalę, w pozostałych krajach Zatoki Perskiej. Ci ludzie to tacy niemieccy Turcy, którzy mieli być gastarbeiterami, ale zostali na stałe i bez praw. To jest jednak nieco inna historia, duża część to np. Pakistańczycy, czyli muzułmanie, a to nie ich chce się pozbyć Bliski Wschód. Nieoficjalnie.

To populacja chrześcijan (tzw. kościoły wschodnie) i inne synkretyczne religie są na cenzurowanym, a ich liczba zmniejsza się rok rocznie.

Chrześcijanie Bliskiego Wschodu, czyli kto? Oczywiście Koptowie w Egipcie, ale tych pomińmy w tym tekście. Ich obecność jest nam dość dobrze znana i zauważona od dawna. Ciekawiej ma się przypadek Libanu. To w tej chwili jedna z najbardziej różnorodnych społeczności tamtej części świata. Połowa obywateli to muzułmanie, ale aż 40% to ciągle chrześcijanie. Najwięcej jest maronitów – aż 21%, resztę tej liczby dzieli między sobą sól tej ziemi – kościół melchicki, greckie prawosławie i protestanci, którzy są zwykle konwertytami z XIX i XX wieku, kiedy to prężnie działali tam angielscy misjonarze (ci ostatni to najczęściej klasa wyższa).

Znak symbol chrześcijan na BW

Przyjrzymy się wschodnim katolikom na przykładzie największej grupy – maronitów. To quasi religijno-etniczna grupa, gdzie przynależność do wspólnoty bywa jednoznaczna z deklaracją etniczności. Maronickie elity bardzo często zaprzeczają swojej arabskości (jest postrzegana jako coś gorszego), a jako swoje korzenie wskazują np. syryjskie i aramejskie pochodzenie (Liban to kiedyś część Wielkiej Syrii). Ten rodzaj negacji arabskości jest i był powodem konfliktu z innymi grupami wyznaniowymi (sztandarowy przykład Bachira Gemayela z prawicowych Sił Libańskich).

Wyjątkowe miejsce w tożsamości Maronitów zajmuje „mit fenicjanizmu”. Libańczycy – tylko chrześcijanie, ale maronici przede wszystkim – przedstawiają się jako kolejna generacja tego starożytnego ludu. Maronici to również najszerzej wyemancypowana część chrześcijaństwa wschodniego. To oni głównie wpłynęli na tworzenie się nowoczesnej tożsamości libańskiej i państwa narodowego. Koncepcja systemu konfesyjnego była ich projektem, dlatego dla siebie widzieli najważniejszą rolę w Libanie. Teraz, woleliby widzieć Liban jako pomost między Wschodem a Zachodem, a nie kolejny konserwatywny kraj arabski pod wpływami Iranu.

Liban zaznacza też w swojej etnicznej mozaice Żydów. Wczesną wiosną lokalne media zelektryzował news, że na terenie kraju żyje ciągle więcej niż 2 tys. Żydów (prawdopodobnie nie ma ich tam więcej niż kilkanaście osób). Tę ułudę zgrabnie podtrzymuje jednak organizacja Lebanese Jewish Community Council i jedyny znany z nazwiska członek i szef tej organizacji – Isaac Arazi.

Gdzie indziej to żadna wiadomość, ale tam owszem. Nosi to znamiona sentymentalnej tęsknoty, która odeszła przed wojną domową, dlatego renowacja jedynej w Bejrucie synagogi Maghen Abraham wywoływała sprzeczne emocje. Z jednej strony nawet Hezbollah wsparł tę inicjatywę, z drugiej zaś wszyscy wiedzieli, że będzie to raczej muzeum, bo trudno w Libanie namówić kogoś, by otwarcie mówił o sobie jako Żydzie. Może nie tak, jak po wojnie w Polsce, ale jednak. Performance typu Tęsknię za tobą Żydzie byłby tam ciekawy dlatego, że Liban słabo radzi sobie z pamięcią historyczną. Raczej pudruje, niż szczerze dyskutuje.

To już irańska społeczność Żydów jest realna, a nie wyobrażona. Przy czym ta znów, bywa, służy jako zasłona polityczna dla kruchej tolerancji międzywyznaniowej. Ciekawie to wygląda, kiedy rabin bierze udział w oficjalnych obchodach. Można mieć wrażenie, że słuchamy wydumanych zapewnień i słów, których nikt nie jest pewny, ale trzeba je powiedzieć. Pan karze, sługa (religijny?) musi.

I to taka mozaika, która jest dziś zagrożona nawet przez islam, ale ten polityczny. Bardziej niż dosadnie wyraził to Dariusz Rosiak – reporter i podróżnik:

Tysiące wschodnich chrześcijan ginie dziś z rąk islamskich fanatyków, setki tysięcy uciekają z miejsc, w których mieszkali przez stulecia. Są zastraszani i wysiedlani, a my przyglądamy się bezczynnie, jak wysycha źródło, z którego wybiła nasza kultura. Oglądamy nagrania z egzekucji i — jak zwykle, gdy chcemy zagłuszyć sumienie — organizujemy akcje humanitarne.

I w ten sposób historia zatoczyła koło. Chociaż idea końca sporów o etniczność, przynależność narodową i koniec samej historii była nieporozumieniem, to powrót do przeszłości i prymitywny nacjonalizm – poparty religią miał i będzie mieć katastrofalne skutki, jeśli będzie zdobywać kolejne cele, jak robi to teraz. Twierdził tak już sam wielki Aleksander Hercen: Historia nie zawróci. Wszystkie próby przywrócenia porządku z przeszłości do przyszłości zawsze były maskaradą.

Tylko, że może być za późno, kiedy wielokulturowość zamieni się we własną karykaturę i to nie z winy jej twórców, ale fanatyków, którzy do maestrii wynieśli jedno słowo – nienawiść. Inny przeciwko Innemu to przepis na wojnę wszechczasów przy dzisiejszym zaawansowaniu technologii wojennej.
Zatem, spieszmy się poznać mniejszości jednego ze źródeł naszej cywilizacji, tak szybko odchodzą do historii.
I jeszcze jedno. Izrael odnotował 8,5 miliona mieszkańców przed ostatnim Dniem Niepodległości. To tendencja wzrostowa w porównaniu do lat ubiegłych.
To w tym szaleństwie jest metoda, czy jej nie ma?

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 6)
Loading...
The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.