Qchnia, sushi mnie na samą myśl

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że ktokolwiek kto kiedyś zjadł rybę po grecku albo karpia w galarecie babcinej roboty, może na poważnie delektować się kawałkiem surowej ryby wciśniętej w niedogotowany ryż owinięty glonem o smaku wilgotnej tektury.

Moja babcia była osobą wychowaną staromodnie (co miało chyba związek z datą urodzenia), więc prawie całe życie zajmowała się gotowaniem pokarmu dla całej rodziny. Doszła w tym do takiej wprawy, że wszystkim domownikom smakowało, a jeśli ktoś coś mruczał pod nosem, musiał liczyć się z poważnymi konsekwencjami w postaci babcinej diety cud. Przeważnie nikt nie mruczał.

Babcia gotowała z tego, co miała do dyspozycji, a miała przeważnie z bazaru na ulicy Polnej w Warszawie. Raz na miesiąc do domu przychodziła tak zwana „Baba” i przynosiła zamówione mięso. Babcia nie brała niczego innego z wyjątkiem cielęciny, mając na względzie zagrożenia pasożytami i temu podobne babcine horrory, rodem z czasopisma „Żyj zdrowo”. Czasy były ciężkie, więc babcia gotowała oszczędnie, czego nauczyło ją praktykowanie biedy z nędzą podczas dwóch kolejnych wojen światowych. Komunizm nie był więc babci straszny, póki żyła „Baba” i istniał bazar.

Wspólny mianownik dobrej kuchni

W taki oto sposób ukształtował się mój charakter i preferencje gastronomiczne. Inna rzecz, że gdy babcia stała jeszcze aktywnie przy garnkach, jedynymi egzotycznymi knajpami w okolicy były węgierska restauracja „Balaton”, gdzie podawano bogracz oraz bar „Pod Dzwonem”, gdzie do piwa podawano jajka z epoki Ming, elegancko ugarnirowane odjazdową wykałaczką.

Powiada się, że Chińczycy są mistrzami w wykorzystywaniu źródeł pokarmu i jeśli Chińczykowi przyprowadzić krowę, to zostaną po niej tylko kopyta. Ha, u babci zostawały jedynie puste talerze i zapach tego, co było na obiad. Potem czasy zmieniały się na lepsze i w okolicy pojawiały się coraz to bardziej egzotyczne restauracje.

Z czasem udałem się w wielki świat, pociągający zapachami nieznanych przypraw i aromatycznych potraw. Nie mieściły się one w babcinych kanonach gastronomicznych, ale dobra babcina szkoła spowodowała, że szybko nauczyłem się odróżniać to, co dobre od tego, co niestrawne. Zakochałem się w kuchni indonezyjskiej, meksykańskiej, włoskiej, francuskiej i arabskiej. Byłbym półgłówkiem próbując wam wmówić, że wszystkie te egzotyczne potrawy smakowały mi bez reszty. Nie, nie wszystkie, tak jak nie znosiłem makaronu z twarogiem, który babcia serwowała, gdy było cienko z kasą albo gdy mruczałem.

Wesprzyj #Medium

Istnieje jednak pewien wspólny mianownik który łączy babciną sztukę mięsa w sosie koperkowym, z paellą, lasagną, chop suey, chilli con carne i zupą z pierożkami wonton. Tym mianownikiem są trzy cechy łączące te potrawy: po pierwsze były smaczne, po drugie dogotowane, po trzecie nie musiały być modne, by zdecydować się na ich konsumpcję bez przekupstwa lub podłego szantażu.

W tym miejscu dochodzę do sedna sprawy, czyli do sushi. Od dobrych kilku lat modne stały się japońskie restauracje, gdzie podaje się sushi i inne podejrzane dania.

Surowa ryba wciśnięta w ryż

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że ktokolwiek kto kiedyś zjadł rybę po grecku przyrządzoną z kunsztem mojej żony albo karpia w galarecie babcinej roboty, może poważnie oczarować się kawałkiem surowej ryby wciśniętej w niedogotowany ryż, owinięty glonem o smaku wilgotnej tektury. Ponieważ nawet Japończycy skapowali się w miarę szybko, że ta kombinacja jest w zasadzie więcej niż neutralna smakowo, maczają te swoje kawałki styropianu w specjalnym sosie, którego odór jest w stanie zabić nawet emerytowanego pracownika fabryki mączki rybnej.

IMG_1138

Podejrzewając, że jestem do Japończyków w jakiś sposób być może uprzedzony, kupiłem sobie książkę dotyczącą tak zwanej kuchni japońskiej. Szybko doszedłem do wniosku, że jest to raczej podręcznik garnirowania oraz poradnik dla amatorów popijania niedogotowanego kurczaka letnią wodą z dodatkiem płatka pieczarki. Ktoś komuś opowiedział, a ten podał tę plotkę dalej, że kuchnia japońska jest bardzo zdrowa i nie powoduje tycia, czego nie sposób powiedzieć na przykład o golonce po bawarsku.

Niestety jest to najprawdziwsza prawda i fakt wielokrotnie udowodniony. Są tego następujące przyczyny: kto nie zwymiotuje zawartości żołądka zaraz po spożyciu po sushi, tego dopadnie biegunka po innych japońskich specjałach. W ten właśnie prosty sposób odżywiają się osoby pokroju Paris Hilton, Nicole Richie i modelki w cyrku kreatorów przyodziewków Haute Couture. Są chude, wygląda im głód z oczu, stąd muszą wciągać nosem kokainę, by ten głód zagłuszyć podczas wciskania się w garderobę o rozmiarze zero. To odróżnia te osoby od sympatyków ciuchów Prêt-à-porter i kotleta schabowego.

Niech ktoś odpowie mi na jedno pytanie: jaki normalny facet, który nie jest w jakiś sposób pomigany, wpadnie na pomysł wybrania się w ramach obiadu na sushi?

Jaki gość postawiłby dobrowolnie nogę w knajpie, w której bezkarnie podaje się niedogotowane martwe zwierzęta, skoro obok może zjeść grubego na trzy centymetry steka z frytkami? Który z normalnie rozwiniętych samców delektowałby się lurowatą sake pitą z naparstka, skoro obok do góry mięsa podaje się zimne piwo w kuflu?

Odpowiem wam chętnie. Jeśli jakiś facet powie wam, że lubi sushi, to istnieją tylko następujące możliwości: gość jest wariatem (albo przynajmniej jest metroseksualny); obok siedzi panienka którą gość bardzo chce zaciągnąć na chatę; facet jest skończonym snobem; i ostatnia: gość choruje na jakąś egzotyczną chorobę, czyli jest Japończykiem.

Skąd się wzięło sushi?

Kilka dni temu czytałem o filozofii, jaką zostało owo sushi otoczone. Skąd wziął się więc ten dziwoląg kulinarny, pominąwszy fakt, że z Japonii? No i okazało się, że wcale nie z Japonii tylko z Chin. Chińczycy, gdy Japończycy jeszcze nie produkowali lodówek i samochodów z klimatyzacją, mieli spore problemy z przechowywaniem żywności. Chińscy chłopi, gdy wybierali się na wysoko położone w górach poletka ryżowe, zabierali ze sobą ryby, gdyż były tanie, a owi chłopi nie cierpieli na nadmiar gotówki, jak wspomniana już Paris Hilton.

Ryba ma to do siebie, że stosunkowo szybko przypomina śmierdzącą rybę i generalnie jest z tego powodu niestrawna, nawet dla biednego chińskiego pracownika rolnego. A jeść się chce jak cholera. Skarżyli się więc swoim żonom, że ich niechęć do współżycia seksualnego, już po kilku dniach spędzonych na górskich stokach, ma chyba podłoże w owym zamiłowaniu ryby do szybkiego psucia powietrza, co powoduje przykre skojarzenia. Mądre chińskie kobiety wymyśliły więc sposób konserwowania ryby, czym uchroniły swych mężów od śmierci głodowej i nerwic seksualnych. W wyniku tego pomysłu Chiny liczą dziś około 1,5 miliarda ludzi. Dowodzi to, że sposób był dobry.

pole-ryzowe

Chińskie kobitki pakowały rybę w gotowany w wodzie z octem ryż i wszystko to owijały kwaszonymi liśćmi glonów. Proste. Chłopi, gdy im się głodno zrobiło, rozpakowywali rybę, ryż i glony zaś wyrzucali, bekając z zachwytu nad mądrością swoich chińskich żon. Później podpatrzyli to Japończycy, a że mieli trudności lingwistyczne, nie do końca zrozumieli o co Chińczykom chodzi, więc zjadali wszystko jak leci. Sami zapewne stwierdzili, że owa całość jest bardzo ciężka do przełknięcia, więc postanowili robić mniejsze kawałki, tak by dawały się przełknąć za jednym razem (jak gorzka pigułka na nadkwasotę). Tak właśnie powstało sushi. Kilka stuleci wystarczyło, by Japończycy przyzwyczaili się i w końcu stwierdzili, że sushi jest czymś wyjątkowo pysznym.

W tym miejscu cieszę się niesamowicie, że Japończycy mieszkają daleko od Francji i nie mieli okazji poznać genezy powstawania sera Brie.

W artykule, który czytałem najbardziej ubawił mnie fragment mówiący o tym, że w kraju kwitnącej wiśni nauka sztuki przyrządzania sushi trwa jakieś dziesięć lat z okładem. Pierwsze dwa lata wynosi się śmieci, następne dwa ostrzy się noże, potem przychodzi czas na naukę gotowania wody, i tak dalej.

Doszedłem zatem do wniosku, że japońscy adepci tej sztuki rekrutują się albo z grona egzemplarzy kompletnie opornych na wiedzę albo mają po prostu sporo czasu. Jak mam to sobie inaczej wytłumaczyć, skoro nauka sztuki kucharskiej w Europie trwa jakieś 5 lat, a po tym okresie absolwent musi umieć ugotować wszystko, od flaków po warszawsku, poprzez Boeuf Stroganow i kuskus z daktylami, a kończąc właśnie na sushi. O babcinych gołąbkach nie wspominając.

Wydaje mi się, że i tak wyjątkowo sporo miejsca poświęciłem surowej rybie i jej fanatykom. Byłbym jednak wstrętnym gnojkiem, gdybym poprzestał jedynie na krytyce. Istnieje jedna japońska potrawa, która bardzo mi smakuje. Są to tak zwane orzeszki wasabi. W zasadzie nie są to orzeszki, tak jak sushi nie jest posiłkiem. Owe orzeszki to dmuchany zielony groszek (tak jak dmuchany ryż) pokrywany pastą wasabi. Do piwa nie ma niczego lepszego.

Jeśli zobaczycie gościa chrupiącego pod browarek orzeszki wasabi to możecie być pewni, że nie jest mięczakiem, tym bardziej metroseksualną imitacją samca, czyli Emo, nie jest też kobietą, a tej panienki od sushi nie udało mu się zawlec do pościeli. No i generalnie, że jest cool gościem i warto się z nim zaprzyjaźnić.

Ale co tam, olać surową rybę i snobistyczne panienki. Zawsze można napić się piwa z kumplami. Z facetami podzielającymi zamiłowanie do mięsa, z którego płynie krew. Chłopakami, którzy nie piją pomyj z naparstka i miło wspominają babcię podobną do mojej.

No to co chłopaki? Bo coś mnie strasznie sushi. Numer telefonu znacie.