Koniec Amerykańskiego Eksperymentu?

https://www.flickr.com/photos/captkodak/

Głębokie i wciąż rosnące poczucie zamieszania dominowało w cudacznej prezydenckiej kampanii wyborczej i, po wygranej Trump’a, może już nigdy nie zniknąć.

Tekst powstał na podstawie artykułu Tom Engelhardt 19 November 2016

Co dało się zawsze powiedzieć o imperiach znajdujących się blisko szczytu swej potęgi, to to, że zawsze przestrzegały zasady równowagi  pomiędzy porządkiem i dominacją. Nie pasuje to jednak do  amerykańskiej wersji imperium, bo w latach gdy USA często nazywano „jedynym supermocarstwem” a Waszyngton pompował w armię dziesięć razy więcej pieniędzy niż 10 kolejnych krajów na liście takich wydatków, stało się ono imperium chaosu. 

We wrześniu 2002 roku Amr Moussa, ówczesny sekretarz Ligi Państw Arabskich wygłosił ostrzeżenie, którego nigdy nie zapomnę. Zamiary administracji Bush’a – napaść na Irak i obalenie Saddama Hussejna były już wówczas oczywiste.

Moussa stwierdził, że jeśli Amerykanie to zrobią, „otworzy to bramy piekła”. Przepowiednia ta nie była, jak się okazało, arabską hyperbolą, a bramy piekła nigdy się już nie zamknęły.

Wojny Przychodzą Do Domu

Od momentu napaści na Afganistan w październiku 2001 r. wszystko czego tykała się amerykańska armia rozsypywało się na proch. Kraj za krajem na Bliskim Wschodzie padał pod ciosami interwencji Ameryki i jej sojuszników, a równocześnie organizacje terrorystyczne, każda kolejna gorsza od poprzedniej, rozszerzały strefy swego działania z zadziwiającym sukcesem. Afganistan stał się totalną klęską, Jemen, szarpany wojną domową, nękany brutalną kampanią wojenną przez popieraną przez USA Arabię Saudyjską oraz przez rozmaite ugrupowania terrorystyczne, przestał praktycznie istnieć jako państwo, Irak w najlepszym razie jest głęboko podzielony wzdłuż linii sekciarskich, Syria prawie przestała istnieć, Libię też już trudno obecnie nazwać państwem, a wreszcie Somalia jest wciąż mozaiką warlordów i grup terrorystycznych. W podsumowaniu, jest to żałosny dorobek dla najpotężniejszego mocarstwa globu, które w zdecydowanie nie-imperialny sposób nie było przez lata w stanie ani narzucić zbrojnie swej woli ani zaprowadzić porządku w jakimkolwiek państwie gdzie interweniuje, ani nawet pokonać skutecznie ugrupowań pozapaństwowych.

Trudno znaleźć historyczny precedens dla czegoś takiego. Wszystko czego dotknęła armia USA obróciło się w ruiny i zgliszcza.

Równocześnie, ze zdruzgotanych terenów tego „imperium choasu” płynie milionowa rzeka uchodźców, największa od czasów II Wojny Światowej, po której zakończeniu rozległe obszary globu leżały w gruzach. Alarmujący odsetek populacji różnych upadających i upadłych państw został zmuszony do emigracji wewnętrznej lub ucieczki przez granice i ta fala uciekinierów narusza stabilność całej planety (tak jak jej przesadzony imidż zamieszał w amerykańskiej kampanii wyborów prezydenckich).

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Twierdzenie, że pograniczne wojny imperiów są ważeniem piwa, które prędzej czy później musi wypić imperialne centrum jest po trosze truizmem, ale taki jest na pewno skutek naszych [USA et consortes] wojen na peryferiach świata. Jest już dziś oczywiste, że konsekwencje konfliktów sprowokowanych przez Amerykę po 9/11 są odczuwalne na wiele sposobów na gruncie domowym – od militaryzacji policji, przez chmary szpiegujących dronów na amerykańskim niebie, do stosowania przetestowanych na odległych polach walk technologii inwigilacji. Zadziwia przy tym, jak mało uwagi poświęca się tym zjawiskom.

Podejrzewam, że są one jednak najmniej znaczącymi domowymi skutkami naszych [USA] wojen. Jak dowiodły wybory prezydenckie 2016, „imperium chaosu” nie jest już fenomenem ograniczonym do niebezpiecznych peryferiów globu. Istnieje ono u nas, w Stanach Zjednoczonych, tu i teraz! Nastało w sposób, którego nikt jeszcze sensownie nie przenalizował.

Czyż nie czujecie głębokiego i szeroko rozpowszechnionego pomieszania pojęć w sercu dziwacznej kampanii wyborczej, która tak namąciła w USA, wprowadzając na powrót do głównego nurtu polityki skrajny rasizm i ksenofobię, a które to zamieszanie może już, po wyborze Trumpa, nigdy się nie skończyć?

Używając terminu ze slangu zawodowego, zapożyczonego od CIA przez Chalmers’a Johnson’a i szeroko spopularyzowanego, można to uważać za dziwny i skrajny skutek uboczny (blowback) imperialnych awantur.

Opis jego powstania i jak wypaczył on – nie w momencie klęski czy porażki, ale po bezprecedensowym imperialnym tryumfie – polityczny system USA i naszą formę demokracji czeka jeszcze na swego historyka. Gdybym to ja miał wybierać datę rozpoczęcia takiej historycznej analizy, zacząłbym od 1979 roku w Afganistanie, kraju którego każdy Amerykanin poza hippisami-plecakowcami nie umiałby znaleźć na mapie. Gdyby ktoś wówczas, prawie 40 lat temu, powiedział, że Ameryka będzie zamieszana przez 25 lat w tamtejsze wojny, zostałby uznany za szaleńca. 

Jeśli przyjrzeć się temu bliżej, to nasze „imperium chaosu” zaczęło się od monumentalnego i zadziwiającego imperialnego tryumfu – który pomógł doprowadzić konkurencyjne światowe supermocarstwo, Związek Sowiecki, to „Imperium Zła” do implozji.

Tak naprawdę, to wszystko wzięło się z chęci Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy ds. Bezpieczeństwa prezydenta Cartera, do „podbicia oka Sowietom”, albo, bardziej dokładnie, do zaserwowania im porażki w stylu wietnamskim, przez wciągnięcie Armii Czerwonej w afgańską pułapke. Aby to osiągnąć, CIA przez 10 lat potajemnie finansowała, zbroiła i szkoliła fundamentalistyczny ruch oporu przeciw lewicowemu rządowi w Kabulu i przeciw okupacyjnej sowieckiej armii.

Na tą potrzebę sprzymierzyła się z dwoma wyjątkowo paskudnymi „sojusznikami” – Arabią Saudyjską, chętnie używającą swych petrodolarów do wspierania najbardziej ekstremalnych afgańskich „mudżahedinów” i pakistańską służbą wywiadowczą ISI, tak bardzo skoncentrowaną na kontrolowaniu sytuacji w Afganistanie, że nie przejmowała się zbytnio kogo do tego użyje.

Podobnie jak Wietnam dla USA, tak Afganistan stał się, jak to określił sowiecki przywódca Michaił Gorbaczow, „krwawiącą raną” dla Sowieckiej Rosji.

Po 10 latach Armia Czerwona musiała wycofać się z podkulonym ogonem, a wyczerpany ZSRR, o wiele słabszy niż to sobie Zachód wyobrażał, rozsypał się dwa lata później, co było tak kolosalnym tryumfem, że waszyngtońskie elity miały problem z szybkim jego przyswojeniem. Zimna Wojna zakończyła się wtedy po prawie pięćdziesięciu latach, jedno z dwóch supermocarstw zeszło ze sceny i, po raz pierwszy odkąd Europejczycy wybrali się w swych drewnianych statkach na podbój świata, na globalnej scenie pozostało tylko jedno prawdziwe mocarstwo.

Patrząc na historię dawnych wieków, marzenia Bush’a-Cheney’a i Ski o dominacji nad światem, jakiej nigdy nie osiągnęło żadne inne imperium, nawet rzymskie, miały jakieś racjonalne podstawy. Jednak ten tryumf w 1989 roku miał w sobie również zarodki przyszłego chaosu. Aby pokonać Sowietów, CIA z pomocą Saudów i Pakistanu stworzyła i uzbroiła ekstremalne ugrupowania islamistyczne które, jak się wkrótce okazało, nie zamierzały złożyć broni po wypędzeniu Rosjan z Afganistanu. Nie powinno nikogo zaskoczyć, że to właśnie decyzje podjęte pod wpływem tryumfu leżały na początku szlaku wiodącego do ataków 9/11 i, w pewnym sensie, prowadzącego do wypłynięcia kandydata na prezydenta, a teraz już prezydenta-elekta tak niezwykłego, że pomimo miliardów słów wypowiedzianych na jego temat pozostaje on trudnym do zrozumienia fenomenem.

Donald J. Trump, jako pierwszy w naszej [USA] epoce schyłkowej kandydat na prezydenta, powiedział przynajmniej coś nowego i prawdziwego o naturze naszego kraju.

Slogan – „Przywróćcie wielkość Ameryce”, który jeszcze w 2012 r. próbował dla siebie zastrzec prawnie, i od którego wystartował swą kampanię wyborczą w zeszłym roku, znalazł wielki oddźwięk u milionów Amerykanów, mających silną świadomość, że „imperium chaosu” przyszło do domu i, podobnie jak ZSRR ćwierć wieku temu, Stany Zjednoczone mogą powoli wchodzić w epokę, w której ich „Wielkość” stanie się tylko wspomnieniem, oczywiście jeśli Trump nie zostanie wybrany.

Imperialne przeliczenie się z siłami i państwo policyjne

Wiatr zasiany w Afganistanie i Pakistanie w 1979 r. zaowocował w ostateczności burzą, jaką były ataki 11 września 2001 roku. Tamten dzień był spektakularnym wtargnięciem chaosu w samo serce Imperium. Spowodował narodziny nowej, poza-konstytucyjnej struktury władzy, poprzez rozbudowę państwa policyjnego do kolosalnych proporcji oraz porażające rozdęcie imperialnej bańki mydlanej. Pod pozorem konieczności obrony Amerykanów przed terroryzmem (tylko i wyłącznie, jakby nie było innych problemów), służby „bezpieczeństwa narodowego” rozdęły się w dominujący i finansowany w pierwszej kolejności zespół instytucji w samym sercu życia politycznego (bez czego na pewno interwencja szefa FBI James’s Comey’a w proces wyborczy byłaby nie do pomyślenia). Po 9/11 to państwo w państwie stało się nieoficjalną czwartą gałęzią rządu [obok Legislatury, Egzekutywy i Sądownictwa, 3 klasycznych filarów amerykańskiej demokracji, przyp. Tłum], podczas gdy dwa z nich – Kongres i Sądownictwo straciły na znaczeniu.

Ataki 9/11 pozwoliły też administracji Bush’a na rozpoczęcie arogancko śmiałej i w ostatecznym rozrachunku katastrofalnej „Globalnej Wojny z Terrorem” oraz na pogoń za mirażem rozszerzenia Pax Americana przez zbrojne interwencje najpierw na Bliski Wschód, a docelowo globalnie. Ataki te umożliwiły też napaść na Afganistan i Irak, na program mordowania z dronów w licznych zakątkach globu, na stworzenie i rozbudowę globalnego systemu inwigilacji, na spuszczenie tak gęstej zasłony tajności, że większość działań rządu stała się ukryta przed „narodem”, a wreszcie na imperialne rozdęcie takich rozmiarów, że biliony [bilion – milion milionów, tysiąc miliardów, 10 z 12-ma zerami, przyp. Tłum] zostały wyrzucone na śmietnik (często przez prywatne firmy wojennych najemników).  Wszystko to zrodziło chaos.

Równocześnie, podstawowe potrzeby wielu Amerykanów, tych nie należących do złotej 1%-j  elity wysysającej w skandaliczny sposób zasoby narodu, są w coraz większym stopniu zaniedbywane.  Ten 1% zaś przeznacza część tych przesiąkających w górę pieniędzy [trickle up, ironiczne odwrócenie sloganu neoliberałów o „przesiąkaniu bogactwa w dół” (trickle down effect), przyp. Tłum] na kupowanie i sprzedawanie polityków, w najwyższym sekrecie, podobnie jak wszystko inne będące związane z  „bezpieczeństwem”. Odkrycie kto komu za co płaci jest obecnie zupełnie niemożliwe. Równocześnie, pozwolenie przez Sąd Najwyższy na legalne, anonimowe datki dla partii politycznych zmieniło zarówno naturę, jak i ideę wolnych wyborów.

Podczas gdy system polityczny próchnieje od środka, a armia wciąż wydaje biliony na produkcję nowych bezsensownych systemów uzbrojenia, infrastruktura sypie się w zakresie, który kiedyś byłby nie do pomyślenia.

Podobny proces dotyka struktur państwowych nie związanych z „bezpieczeństwem”, szczególnie zaś Kongresu. Tymczasem jedna z dwóch dominujących partii politycznych rozpoczęła kampanię „spalonej ziemi” przeciwko drugiej i przeciwko idei demokratycznych rządów kompromisu umożliwiających zrobienie czegokolwiek konstruktywnego. Równocześnie partia ta rozpadła się na pomieszane, skłócone z sobą  coraz bardziej ekstremalne frakcje, co w ostatecznym rozrachunku umożliwiło cudaczną, celebrycką prezydenturę chaosu.

To oczywiste, że nie można porównywać Stanów Zjednoczonych z ich bogactwem i potęgą do Afganistanu, Libii, Jemenu czy Somalii. Ameryka jest wciąż prawdziwym supermocarstwem, dysponującym wielką potęgą i ogromnymi zasobami. Mimo to, wybory perzydenckie wykazały, że „imperium chaosu” wróciło do źródła, do domu. Rozsiadło się solidnie, na długi czas. Trzeba się do tego przyzwyczaić.

Należy się spodziewać, że chaos będzie główną cechą prezydentury Trumpa.

Na gruncie domowym, jeśli ktoś uważa, że głównym symbolem dysfunkcji systemu jest Kongres, niezdolny do uchwalenia czegokolwiek sensownego, niech trochę poczeka do 2017 roku, kiedy znajdzie się on pod pełną kontrolą Republikanów.  Zagranicą, nieoczekiwany sukces Trumpa ułatwi rozrost prawicowych ruchów nacjonalistycznych i dalszą fragmentację pogrążającego się w coraz większy zamęt globu. Tymczasem amerykańska armia (której Trump obiecał w kampanii wyborczej drastyczny wzrost finansowania) będzie nadal próbowała narzucić swą wersję „stabilizacji” w odległych krajach, z przyszłymi skutkami, które można sobie łatwo wyobrazić. Wszystko to nie powinno dziwić w nowym świecie, który nastał 8-go listopada.

Na zakończenie należy zadać potencjalnie szokujące pytanie – czy wybór Donalda Trumpa oznacza kres amerykańskiego „eksperymentu”.

This article is published under a Creative Commons Attribution-NonCommercial 4.0 International licence. If you have any queries about republishing please contact us. Please check individual images for licensing details. 

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 5)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Steve Harwood
The following two tabs change content below.

Krzysztof Woźniak

Autor jest z wykształcenia historykiem.