Żyj nie na niby, żyj naprawdę

Nieraz korci nas, by zacząć wszystko od nowa. Zostawić to, co jest i co nas pęta. Wyruszyć w drogę. Czy tak można?

 Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z pracą redakcyjną. Tak nazywam swoje pisanie. Kiedyś, a było to sto lat temu, a może i dłużej, angażowałam się w redagowanie pewnej parafialnej gazetki. Niby nic wielkiego, a czułam się, jakbym pisała przynajmniej do „New York Timesa”! Spotykałam się z wieloma ludźmi. Rozmawiałam z kobietami, które z jakiś powodów czuły się nieszczęśliwe, niekochane, samotne, poniżane przez swoich życiowych partnerów, gwałcone w dzieciństwie przez tatusiów, wujków, kuzynów i innych zwyrodnialców. Nigdy sama nie doznałam przemocy.

Ktoś od razu mógłby mi zarzucić, że co ja tam wiem w takim razie o zranionych babkach?! Ano trochę pojęcia mam…

Uczestniczyłam w wielu projektach, debatach, naukowych i prywatnych spotkaniach, w których brały udział kobiety z Poznania, Warszawy, Krakowa i z wielu małych miast oraz miasteczek. Każda z nich była inna. Jedna wysoka i szczupła, druga niska i otyła, trzecia lekko zgarbiona, czwarta z trądzikiem na twarzy, piąta z przesuszonymi włosami, szósta z tłustym podbródkiem, siódma z opuchniętymi nogami, ósma z bliznami na nadgarstkach po nieudanej próbie samobójczej, dziewiąta…, dziesiąta, dwudziesta itp. Jak w lustrzanym odbiciu widziałam w tych kobietach cząstkę siebie. Myślę nawet, że nie będzie nadużyciem, jak przyznam nawet, że każda z nich przypomina każdą z nas… Pamiętam kiedyś, jak na jednym spotkaniu poznałam Anetę. Była średniego wzrostu, miała lekko falowane włosy, czarne oczy, przypominające błyszczące się na słońcu kawałki rozkruszonego węgla. Miała też własną, smutną historię. Najpierw dzieciństwo w rodzinach zastępczych, potem mąż alkoholik… Początkowo nie umiała poradzić sobie sama ze sobą. Płakała każdego dnia, bała się wychodzić z domu. Kiedy uporała się wreszcie z upiorami z przeszłości… zachorowała. Rak piersi był jak wyrok. O dziwo postanowiła nie brać już więcej psychotropów, które, jak jej się wydawało, podtrzymywały ją przy życiu, lecz spróbować powalczyć o zdrowie i własne życie. Usiadła pewnego dnia w jednej z kawiarni przy Koszykowej w Warszawie, zamówiła najdroższą kawę, jaką serwowali i opowiedziała swoje życie pracującemu tam kelnerowi. Był to młody mężczyzna, student budownictwa. „Nikt nigdy mnie tak nie słuchał, jak on”- mówiła mi. Kiedy skończyła opowiadać mu o sobie, on uśmiechnął się, objął ją czule i powiedział: „Jest pani silniejsza niż myśli. I mądra. Wygra pani i pokona chorobę”.

I wygrała.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Trzy miesiące temu spotkałyśmy się w tej samej kawiarni, w której młody człowiek dodał jej siły i wiary w siebie. Pytałyśmy o niego. Zmienił pracę i nie wiadomo, co się z nim teraz dzieje. Aneta żartuje każdego dnia, że poznała swojego Anioła Stróża. Ja odpowiadam, że miała dużo szczęścia, bo przynajmniej był przystojny…

Czasami pyta mnie też, czy mając pięćdziesiąt lat, ma jeszcze szansę na szczęście?

„Czy żyję swoim życiem? A może w głębi duszy wolałabym być kimś innym, z kim innym i gdzie indziej? Czy mam szansę na zmianę?”- wzdycha pytająco, kiedy rozmawiamy przez telefon. Co jej wtedy odpowiadam?

Tak – jeśli towarzyszy temu przemiana wewnętrzna, wynikająca z refleksji na temat priorytetów życiowych. I gotowości wzięcia odpowiedzialności za skutki tej zmiany. Nie- jeśli spróbujemy wymusić zmianę siebie, zmieniając jedynie otoczenie. Pod warunkiem, że naszą osobowość potraktujemy jako narzędzie realizacji celów, które w rzeczywistości są nam obce. Bo nie wystarczy udać się na mroźne pustkowie, by stać się polarnikiem. A wykupienie biletu na statek nie uczyni nas podróżnikiem.

Aneta wie, że życie jest największym darem. I choć brzmi to patetycznie, to zamknijcie przez chwilę oczy i wyobraźcie sobie, że nagle do waszych drzwi puka policja, która oznajmia, że był wypadek samochodowy, że nie żyje wasza matka, brat, przyjaciel, kuzynka… Wasze nogi zamienią się w drżącą galaretę; nie będziecie czuć powiewu zimna, a głos stróżów prawa zabrzmi, jakby szeptali do was z oddali. Najpierw nie zareagujecie racjonalnie, potem będziecie płakać albo krzyczeć …A potem pojawią się pretensje. „Jak to?!- zezłościcie się.- Dlaczego tragedia dosięgnęła mnie, a nie sąsiada, który zdradza żonę, pije, kradnie i Bóg wie, co jeszcze robi?! Dlaczego ja?! Boże, mój Boże!!!- zaciśniecie w złości pięści i dopiero wtedy zrozumiecie, że życie jest najważniejsze, że jest darem.

Po prostu.

I że wszyscy powinniśmy żyć tak, jakby każdy dzień był tym ostatnim.

I że trzeba o nie walczyć.

I że trzeba umieć żyć. Podobnie jak znosić porażki i smutki.

Nikt nie jest idealny. Nawet Chrystus nie zadowolił wszystkich, więc po co stres, po co pompowanie na siłę ust czy powiększanie piersi, skoro to i tak nie ma znaczenia w ogólnej egzystencji?

Estetyka to pojęcie względne. Trudne do zdefiniowania. Aneta, o której wspominałam, jest przykładem kobiety, która sama zapracowała na swoje szczęście. Dawniej próbowała zadowalać wszystkich dookoła. Tylko nie siebie. Kiedy śmiertelnie zachorowała pokochała swoje „ja”. Paradoks, prawda? Dlatego każdy z nas, niezależnie od tego, gdzie mieszka, gdzie pracuje może wyruszyć w drogę i zacząć żyć od nowa.

Żyć.

Ale żyć nie na niby, lecz żyć naprawdę…

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 3)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu flickr.com
Autor: Charlie Llewellin
The following two tabs change content below.

S. Dina