Stop islamizacji Europy!

Tak, podpisuję się pod tym hasłem. Rękami i nogami. Nie chcę żadnej islamskiej Europy. Tak samo, jak podpisuję się pod hasłem: stop chrystianizacji Europy! Oraz: stop buddyzacji Europy – choć to śmiesznie brzmi. Oraz w ogóle: stop religizacji Europy!

Stop! Ja chcę Europy opartej na prawach człowieka i na prawie w ogóle, na wzajemnym szacunku i zainteresowaniu, na wzajemnej opiece i serdeczności. Mam szczerze dość religijnego jazgotu.

Pytany jestem często, dlaczego jestem takim wielkim zwolennikiem muzułmanów – bo jestem za pomocą uchodźcom z teatrów wojennych świata. Czy chcę – co za tym idzie – żeby w Polsce były islamskie getta, a w sejmie była islamska partia? Żeby muzułmanie wprowadzili szariat itp. No więc odpowiadam: nie jestem za przyjęciem muzułmańskich uchodźców do Polski. Jestem za przyjęciem ludzi do Polski. Ludzi! Jestem za pomocą ofiarom przemocy, za ratowaniem ludzi z plastykowych łajb, za działalnością humanitarną i za prawem wszystkich ludzi do szczęścia.

Ale nie, nie jestem zwolennikiem muzułmanów i ich przesądów na temat życia na tym i na tamtym świecie. Nie mam z tymi przesądami nic wspólnego. Nie sądzę, żeby po śmierci ktoś miał iść do raju, gdzie mu będą dziewice usługiwać, oraz że Mahomet odbił się z kamienia i poszedł do Allaha. Tak jak nie jestem zwolennikiem chrześcijan i ich pełnej hipokryzji opowieści o miłosierdzi, którą to doprowadzają do wytępienia milionów ludzi na świecie, bo ci wierzą w bambus. Ani buddystów, ani judaistów – tak! judaistów zwolennikiem też nie jestem. Gdy patrzę na żydowskie zacietrzewienie i konieczność noszenia pejsów to mnie po prostu śmiech ogarnia.

Wczoraj pod ambasadą francuską w Warszawie jakieś panie oświetlone światłem zniczy smętnymi głosami zawodziły coś o ranach Chrystusa i żeby Pan dał im wieczne odpoczywanie… Przeciwko temu też jestem! Nie mogę pojąć, jakim cudem te panie nie dostrzegają komizmu swojego rytuału przed ambasadą laickiej Francji. Ale powiem więcej: nie rozumiem, jakim cudem te panie nie rozumieją, że swoim zawodzeniem naruszają przestrzeń zadumy innych ludzi, że w bezpardonowy sposób zawłaszczają moment dla jakichś swoich guseł. Nie, mocniej powiem: nie dla guseł, ale dla swojej wojny. Wojny religijnej.

Czy człowiek nie może być już choć na chwilę wolny od tych agresywnych farmazonów religijnych, od tych wszystkich napompowanych słów o boleści, tych przerażających symboli, tych krzyży i tych ciał na nich skręconych, tych Allahów i Jehowych, a przede wszystkim od tych pełnych hipokryzji słów o współczuciu wypowiadanych zbolałym od fałszu głosem? Czy mógłby przez chwilę chociaż przestać być katolikiem i pobyć człowiekiem?

Wesprzyj #Medium

Człowiekiem.

dont pray

Wszystkie religie bez wyjątku to bzdury. Tak uważam, choć przecież sam jestem katolikiem. A jednak trudno mi spokojnie słuchać o tych aniołach, o pierwszych piątkach, o czyśccach oraz hurysach i świętych kamieniach. Trudno mi słuchać czegokolwiek, co nie jest prawdziwą refleksją o losie i egzystencji człowieka, wychodzącą ze współczucia. Wszystkie święte książki są co najwyżej interesującymi opowieściami. Można w nich znaleźć mądrość, ale i szaleństwo. Wszelkie wzmożenie religijne to czysta i niepotrzebna mi do niczego głupota. Nie chcę tego widzieć, dajcie mi z tym święty spokój!

Ja wierzę w Boga, który nie potrzebuje manifestacji oraz żeby go obnosić innym przed nosami, żeby o nim zawodzić pod urzędem i żeby wymachiwać nim pod teatrami. Ja wierzę w Boga pokornego, skromnego i cichego. Wierzę w Boga, który jest bezosobowy, nie ma imienia, a przejawia się na świecie tylko przez miłość i współczucie. Wiem też, że Bóg jest niewyrażalny, że jest zaszyty gdzieś najgłębiej, że stanowi najintymniejsze doświadczenie, z którym ni jak nie można się uzewnętrznić, by nie wpaść w groteskę patosu, lub czegoś nie spłycić. Bóg to tajemnica, którą można ze wstydem – znaczy w skrytości ducha – rozpatrywać w ciszy. Zresztą przecież Ameryki tu nie odkrywam, o tym w kościołach mówią!

I nie wierzę, żeby Bóg był prawnikiem! Ani księgowym!

Więc kiedy widzę wykrzywione złością gęby, kiedy słyszę frazesy o boskim prawie, kiedy tłum – jakikolwiek tłum – wymachuje pięściami i psioczy na pedałów, to wiem, że tam Boga nie ma. Gdybym miał wrzeszczeć coś o Chrystusie na ulicy pod sejmem, to bym się pierwej spalił ze wstydu. Nie potrafiłbym wygrażać komuś krzyżem, gdyż po prostu go szanuję. Nie przyszłoby mi do głowy, by w imię Boga komukolwiek czegokolwiek zabraniać, czy w imię Boga być od kogoś mądrzejszy. Bo wiem, że jestem głupi.

W 2010 roku mieszkałem w kamienicy na Powiślu, w której wcześniej mieszkali Lech i Maria Kaczyńscy. Po tym jak ich samolot rozbił się w wyniku mgły i niedoszkolenia pod moim oknem przez dwa miesiące zbierał się tłum. I mi smęcił „Boże coś Polskę…” oraz „Za twe liczne rany…” Jakby jakiś ksiądz umarł, a nie urzędnik. Nie mogłem wyjść na taras, a kwiecień i maj były piękne, bo pod oknem miałem ciągłą mszę. Czy naprawdę tak to musi wyglądać?

Nie wiem, wydaje mi się, że moglibyśmy wrócić z tym do kościołów. Czy nie?

Ale to idzie dalej. Czyż to nie jest niesamowite w jaki sposób daliśmy sobie narzucić zarazę sekciarskiego języka w opisie procesów politycznych na świecie? Konflikt kultur, wojna religijna… Mamy niby XXI wiek. Mamy za sobą lata rozwoju myśli racjonalnej, myśli naukowej, prób opisu świata wychodzącego od wątpienia i pytania. Nie od odpowiedzi. I nagle lądujemy w średniowieczu? Za jakie grzechy? Czy naprawdę nie potrafimy już mówić o ludziach inaczej niż muzułmanie i chrześcijanie? Czy w Syrii walczą już tylko sunnici i szyici? A gdzie się podziali żołnierze, partyzanci i bandyci? Czy doprawdy wszyscy na świecie walczą w imię Boga?

A może by tak wrócić do myślenia racjonalnego, do historii, socjologii, politologii? Może trzeba sobie przypomnieć, że podziały religijne są tylko zasłoną dymną dla procesów dużo bardziej cynicznych, których paliwem jest władza i pieniądze? Może uświadomimy sobie, że religie służą tylko do agitacji mas, do wciągania nas w konflikty, do wzbudzania zacietrzewienia w prostych ludziach, których gniew potrzebny jest do realizacji bezlitosnych strategii politycznych, że natura tych strategii jest zwyczajną gangsterką? Tak, gangsterką, gdyż wojny prowadzone są przez prostaków, którym się wydaje, że są ważni. Ważniejsi.

Może powinniśmy odrzucić język religijny w rozmowie na temat konfliktów na świecie, jako język budzący demony nienawiści i wrócić do zdroworozsądkowej konstatacji, że wojny służą elitystom do łupienia mas i świata. Tu chodzi po prostu o jakiś rurociąg, o pole naftowe, o zyski z handlu bronią. Nie o Boga!

Nie dajmy się ogłupić mowie religii!