Mysz ubiera się u Prady – „Frankenstein” w reżyserii Lindy w Teatrze Syrena

Bogusław Linda reżyseruje Frankensteina w stołecznej Syrenie. Czy za pomocą tego nieśmiertelnego mitu udało mu się coś oryginalnego powiedzieć? Czy jego spektakl jest lepszy niż ten sprzed kilku lat w Londynie?

 Wizualna strona „Frankensteina” w Teatrze Syrena po prostu zachwyca. Prosta, ascetyczna przestrzeń, zbudowana z kafelków raz po raz zmienia swoją funkcję, stając się to laboratorium doktora Frankensteina (Wojciech Zieliński), to obejściem de Laceya (Jerzy Radziwiłłowicz), to finałową Arktyką. W tak gustownie i precyzyjnie zbudowaną przestrzeń wchodzą aktorzy, w świetnie dobranych, wysokiej jakości kostiumach (Hanna Szymczak) – szczególne brawa za odzienie Potwora (Eryk Lubos) – i dopełniają scenograficzną wizję całości. Teraz do akcji wkracza reżyser światła, Katarzyna Łuszczyk i przy pomocy swego medium wyczarowuje na scenie teatralną magię: subtelne światłocienie, nieoczekiwane kontrapunkty postaci, grę kolorami czy też kątami padania światła. Po prostu bajka! Ostatecznym uzupełnieniem strony wizualnej spektaklu stają się dyskretne projekcje Karola Rakowskiego. Efektem tych wszystkich działań jest sceniczna kawalkada rzadkiej urody obrazów – ciągle mam w pamięci narodziny Potwór, poszukiwania Williama czy ostatnią scenę w śniegach Arktyki. W pewnym momencie miałem uczucie, że jestem w moim ulubionym Prado i – przechodząc z sali do sali – zatrzymuję się raz po raz przy jednym z płócien starych mistrzów.

 

Głównym bohaterem tej niecodziennej „teatralnej wycieczki” jest Potwór, w brawurowym wykonaniu Eryka Lubosa. Ten rzadko oglądany w teatrze aktor, wychodząc od swojej fizyczności, tworzy poruszającą postać istoty, która odkrywa w sobie człowieczeństwo. Proces ten w zetknięciu z ostracyzmem społeczeństwa, w którym przyszło mu funkcjonować, prowadzi go do gorzkiej konstatacji, dotyczącej ludzkiej natury. Świadomość jej niedoskonałości, podsycana nieustannie doświadczaną niechęcią innych, popchnie Potwora do całkowicie świadomego – złego ze swej natury – odwetu, który w świecie spektaklu spowoduje śmierć i zniszczenie. W związku z tym, że Eryk Lubos przeprowadza nas przez wszystkie etapy rozwoju swojej postaci z uczciwością, oddaniem i pełną kontrolą nad swoim wysokiej próby rzemiosłem – udaje mu się stworzyć prawdziwą, pełną niejednoznaczności i głębi kreację, która swoją wewnętrzną siłą ma moc poruszania widowni. I to pomimo licznych mankamentów adaptacji reżyserskiej, która w ewidentny sposób odbija się negatywnie na konstrukcji jego roli.

Jeśli doszedłem do adaptacji, to znaczy, że wszystko dobre o „Frankensteinie” zostało już powiedziane. Adaptacja, niestety, woła o pomstę do nieba. To w sumie szerszy problem, który dotyczy też reżyserii spektaklu – brak tu bowiem jasnej i przejrzystej koncepcji.

Już z tytułu wynika pewna niekonsekwencja – spektakl zatytułowany jest „Frankenstein”, a głównym bohaterem części I staje się Potwór. Postać Wiktora Frankensteina, w I części spektaklu ledwo zarysowana, nagle staje się głównym bohaterem części II, Potwór zaś zostaje usunięty na drugi plan. Nie wiem, czy tak jest w oryginale sztuki Deara, ale nie wygląda to dobrze, gdyż powstaje wrażenie, że sztuka jest niespójna i źle skonstruowana. W rezultacie nie wiadomo, co jest tematem głównym spektaklu: problem samotności i wyobcowania innego (Potwór), czy problem człowieka, którego obsesją jest wejście w kompetencje Boga (Frankenstein). Oczywiście tematy te mogłyby, a nawet powinny, ze sobą koegzystować, ale w spektaklu Lindy – zamiast współistnieć, następują po sobie – pierwszy jest tematem części I, drugi, całkowicie w niej nieobecny, staje się tematem części II. Przyczyną takiego stanu rzeczy wydają się zbyt daleko posunięte skróty, i to zarówno w obrębie konstrukcji dramatu, jak i w obrębie scen. Mam wrażenie, że strategia Lindy była następująca – w I. części skupiamy się na Potworze, ograniczamy wszystko inne do minimum, żeby nie osłabiać wątku i nie odciągać widza od meritum, w II. części – robimy to samo, tylko że z Wiktorem Frankensteinem. W rezultacie wyszły Lindzie dwa różne spektakle: jeden o nabywaniu człowieczeństwa, drugi – o jego utracie. I dobrze! Tylko lepiej by dla nich było, gdyby się przeplatały.

Jednym z najbardziej irytujących pomysłów reżysera jest wprowadzenie po każdej scenie krótkiego blackoutu z pompatyczną muzyką Michała Lorenca. Pierwszy, drugi, trzeci miały jeszcze jakiś walor, jednak kolejne zaczynały nużyć, a w końcu irytować. Podczas jednej takiej, ciągnącej się w nieskończoność przerwy, pomyślałem dlaczego tak długo to trwa? Odpowiedź przyszła z prawej strony – jak zauważył jeden z widzów – musieliśmy czekać, aż grający Frankensteina Wojciech Zieliński obleci teatr dokoła i wejdzie do następnej sceny przez widownię… Pal licho wrażenie pretensjonalności i manieryzmu, interwały te zabijają jednak ciągłość i rytm przedstawienia, które staje się zlepkiem scen, a nie logiczną i konsekwentną całością! Blackout, o którym wspomniałem wyżej, jest zawstydzającym dowodem braku pomysłu reżysera na wypełnienie łączników – czekaliśmy w ciemności na Zielińskiego 20 sekund – wierzcie mi Państwo, w teatrze to wieczność. A wystarczyło za każdym razem zrobić tak, jak w scenie z Arktyką: bohaterowie w pięknym świetle odchodzą gdzieś w dal, sypie śnieg, podniosła muzyka Lorenca staje się komentarzem, nie wypełniaczem i na scenie pojawia się magia.

Aktorzy są kompletnie zostawieni sami sobie. Artyści pokroju Jerzego Radziwiłłowicza czy Tomasza Sapryka radzą sobie, bo ich talent i instynkt rzadko kiedy zawodzą, ale reszta błądzi w tkance spektaklu niczym dzieci we mgle. Powierzchowna psychologia, a raczej brak możliwości jej stworzenia (adaptacja!), zły dobór środków (szeroki pusty gest i powierzchowność – Elizabeth), krzyk i wulgaryzmy, jako środek pokrywania aktorskiej bezradności (syn i córka de Laceya), dopełniają mizerny obraz rzemiosła tego spektaklu. Na osobne wspomnienie zasługuje Wojciech Zieliński w roli tytułowej, tym bardziej, że jego problemy wydają się symptomatyczne dla spektaklu Lindy. Aktor dwoi się i troi, żeby stworzyć swoją postać i miejscami mu się to nawet udaje – w rozmowach z Potworem, w scenach finałowych. Są jednak momenty, gdzie skróty i pomysły reżysera całkowicie odbierają mu wiarygodność. Przykładem jest niekonsekwentnie zbudowany wątek relacji między Wiktorem a jego młodszym bratem. Najpierw Wiktor manifestuje całkowitą obojętność wobec niego i jego losu, by następnie, po śmierci brata, wdać się z jego widmem w intymną rozmowę, która w tym kontekście razi sztucznością i fałszem. Takich niekonsekwencji jest niestety więcej.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 4)
Loading...

Moje wrażenia z „Frankensteina” Lindy w warszawskiej Syrenie dobrze oddaje stare polskie przysłowie: góra urodziła mysz. I chociaż mysz ta “ubiera się u Prady”, to jednak jest to tylko szara mysz i myszą pozostanie.

The following two tabs change content below.

Tomasz Domagała

Tomasz Domagała (ur.1976) – absolwent teatrologii UJ; studiował też aktorstwo w PWSFTviT w Łodzi oraz filologię hiszpańską we Wszechnicy Polskiej w Warszawie. Członek Rady Artystycznej Teatru im. Węgierki w Białymstoku oraz ekspert Biura Kultury m.st. Warszawy w dziedzinie teatru. W teatrze współpracował m.in. z Krystianem Lupą, Andriejem Moguchym, Danem Jemettem, Agnieszką Korytkowską-Mazur czy Robertem Talarczykiem. Publikował w Gazecie Wyborczej, Rzeczpospolitej, Tygodniku Powszechnym oraz Dzienniku Gazecie Prawnej. Od 2014 prowadzi własnego bloga z recenzjami teatralnymi i filmowymi: www.domagalasiekultury.blog.pl