Co byłoby zwycięstwem w „Wojnie z Terrorem”? – niby proste pytanie

Żadna inna aktywność gatunku homo (rzekomo) nie potrzebuje aż tylu i tak fałszywych mitów, co wojna. Zanim rządzące elity rozpoczną rzeź, muszą zapewnić sobie poparcie poddanych. To oni będą przecież ginąć i zabijać. To za ich pieniądze. Ważny jest pretekst: dlatego każda agresywna wojna wybucha w celu „usunięcia zagrożenia”.

 

Jeśli nie po to, by usunąć zagrożenie, to może być w imię boże, o słuszną sprawę, o sprawiedliwość, o wolność i demokrację, w obronie tego czy owego, o pradawne ziemie, a już najczęściej w odpowiedzi na atak lub „atak” [1].

Gdy już się toczy, trzeba usztywniać moralny kręgosłup społeczeństwa przy pomocy opisów waleczności, bohaterstwa i odwagi, dumy z wygranych bitew, peanów na cześć rządzących, generałów, armii i narodu za wytrwałość, idealizm, dzielność i honor w obliczu wroga, a także przez uporczywe głoszenie nienawiści, pogardy i odczłowieczania przeciwnika.

Gdy się wreszcie skończy, trzeba pochwalić się zwycięstwami. Jeśli nie zbrojnymi to przynajmniej moralnymi. Takimi jak nasze polskie Westerplatte i Powstanie Warszawskie, czy np. australijski Anzac.

Baśnie wojenne, bo do tego sprowadzają się te legendy dla dorosłych, tak samo jak bajki dla dzieci, malują skrajnie uproszczony i polukrowany obraz. Baśnie wojenne pomijają zarówno prawdziwe przyczyny konfliktów, bestialstwo, okrucieństwo i brutalność walk i bitew, jak i prawdziwe koszty i jałowość większości ewentualnych zwycięstw.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

W rzeczywistości wszystkie wojny zaczepne wszczynane są dla wąskich interesów rządzących elit i sprzedawane poddanym w opakowaniu jakiejś popularnej idei.

Może to być walka o prestiż władcy czy kraju, o przestrzeń życiową, o demokrację, o humanitarne ideały, o usunięcie „zagrożenia dla pokoju”. Nie ma znaczenia, czy to król, cesarz czy dyktator chce cieszyć się sławą niezwyciężonego „boga wojny” lub „wodza” jak Napoleon lub Hitler. Nie ma znaczenia czy to społeczeństwo Stanów Zjednoczonych łudzone jest, jak dawniej Anglicy, wiarą w Manifest Destiny (boskie przeznaczenie) czyli przywilej „Narodu Wybranego” pozwalający ich Imperium (a tak naprawdę rządzącej oligarchii) urządzać świat po swojemu. Nie ma znaczenia czy to zastraszony wyimaginowanym i/lub wyolbrzymionym zagrożeniem naród kibicuje wojnom prewencyjnym, będącym niczym innym jak zawoalowaną agresją. W każdym przypadku korzyści z wojen rozpętanych pod tymi flagami i nagłówkami płyną do oligarchicznej elity, której dostają się gigantyczne zyski z produkcji broni, łupy wojenne, nowe tereny do eksploatacji, prestiż polityczny i uwielbienie otumanionych propagandą mas, które za to wszystko nieświadomie i naiwnie płacą, pieniędzmi, krwią i swoim oraz cudzym życiem.

Wszystkie wojny są potwornie niszczące. Dotykają każdej dziedziny życia – kulturalnej, materialnej, psychicznej, moralnej. A zakres zniszczeń jest wprost proporcjonalny do zaawansowania technologicznego wojujących.

Wyjątkiem i jedynymi dziedzinami, którym wojna naprawdę służy to nauka i technologia, bo są gorączkowo finansowane i rozwijane na potrzeby wojenne. Rozważanie czy jest to warte milionów ofiar, kalectwa, tortur, zbrodni i straszliwych zniszczeń towarzyszących wojnom nie jest tematem tego artykułu, wystarczy powiedzieć, że bilans prawie na pewno jest zawsze ujemny.

 

Co to znaczy zwycięstwo?

Większość wojen kończy się ogłoszeniem zwycięstwa przez jedną ze stron. W mitach zwycięstwo ma zawsze słodki smak, okrywa chwałą władcę, kraj czy naród, przynosi dywidendy całemu społeczeństwu i jest powodem do dumy. Rzeczywistość jest mniej piękna i tak samo pominięta, jak to wszystko, co w bajkach ukrywa się pod: „żyli długo i szcześliwie”. Dywidendy i zyski, zarówno materialne jak i polityczne, zgarnia bowiem prawie wyłącznie elita, podczas gdy poddani płacą zubożeniem oraz kalectwem fizycznym i psychicznym.

Co to jest jednak zwycięstwo? Zanim nastała epoka powszechnej świadomości narodowej i nacjonalizmów łatwiej było je zdefiniować – zapewniało utrzymanie się na tronie i gloryfikację władcy, było zdobyciem, złupieniem i zagarnięciem terytorium, usunięciem lub zastąpieniem „ich” elity przez własną, czy wyciśnięciem kontrybucji lub okupu z pokonanych. Szarym poddanym na dnie drabiny społecznej nie robiło aż tak wielkiej różnicy kto wygrał, byli zwykle grabieni i gwałceni przez armie obu stron. Ci po przegranej stronie dostawali po zakończeniu wojennego łupiestwa i przemocy nowych Panów, którym z reguły dalej potulnie płacili czynsze i podatki. Odkąd jednak poczucie wspólnoty i jedności narodowej rozszerzyło się na całe społeczeństwa, sprawa się skomplikowała. Zdobycie cudzego terytorium i zniszczenie lub upokorzenie elit nie zapewnia już ani długoterminowego pokoju, ani bezbolesnej eksploatacji zdobyczy. Nie pomagają w tym prawie nigdy nawet czystki etniczne, czy świadome i zaplanowane ludobójstwo.

Historycy i teoretycy militarni zadziwiająco mało czasu i uwagi poświęcają definiowaniu i analizowaniu terminu „zwycięstwo”. Jest to spowodowane zarówno jego nieprecyzyjnym charakterem, gdyż stosowany jest on zarówno do wygranych potyczek i bitew jak i do rezultatów całych wojen, jak i trudnością znalezienia dla zwycięzstwa odpowiedniego miernika. Ten brak jednoznacznej, ściśle sformułowanej definicji, stwarza szerokie pole działania dla propagandy. Ułatwia powstawanie rewizjonistycznych mitów w rodzaju „dolchstoss” na temat klęski Niemiec w I Wojnie Światowej, która utorowała Hitlerowi drogę do władzy i do rozpętania nowej wojny, czy też pozwala przedstawiać klęski i niepowodzenia jako rzekome tryumfy.

O ile wygraną w bitwie można oprzeć na twardych statystykach strat ludzkich i materialnych, o tyle wygrana w wojnie jest o wiele trudniejsza do jednoznacznego zmierzenia i określenia. Do zdefiniowania ostatecznego zwycięstwa można użyć bilansu zysków i strat, podobnie jak w przypadku bitew, choć jest to wielkim uproszczeniem, bardziej przydatnym dla propagandy niż rzeczowej analizy, nie bierze bowiem pod uwagę ani prawdziwych długotrwałych konsekwencji wojny, ani perspektywy historycznej. Można pochwalić się zniszczeniem potencjału ekonomicznego i wojskowego przeciwnika i zmuszeniem go do kapitulacji. Można, co jest bardziej rzetelne, ogłosić je w oparciu o stopień spełnienia planów wojennych i politycznych. Najbardziej jednak uczciwym i naukowym podejściem jest użycie analizy długoterminowych skutków wojny, czyli przyjrzenia się im po upływie paru dziesięcioleci. Tego typu analiza jest jednak ograniczona do historyków, badaczy i teoretyków wojskowości i w najlepszym razie tylko śladowo przenika do powszechnej świadomości społecznej.

Von Clausewitz, który stworzył nowożytną naukę o wojnie, za zwycięstwo uważał spełnienie politycznych celów i zadań zwycięzcy, poprzez zniszczenie materialne i psychologiczne przeciwnika, a za dowód wygranej zdolność do osiągnięcia i zachowanie pokoju.

Dużo wcześniej autor „Księcia”, Machiavelli, pisał o „trwałym zwycięstwie” wymagającym dwóch składników: po pierwsze akceptacji klęski przez pokonanego i pogodzenia się przez niego z niemożnością jej odwrócenia przez walkę, dyplomację czy propagandę; po drugie potraktowania pokonanych przez zwycięzcę jako partnerów w nowym porządku politycznym. Tak więc i Clausewitz i Machiavelli, a za nimi inni teoretycy wojskowości stawiają TRWAŁY POKÓJ jako probierz prawdziwego zwycięstwa.

Dla wszystkich znających historię jest oczywiste, że wedle tego kryterium bardzo niewiele wojen jest w rzeczywistości naprawdę wygranych. Na przytaczanie przykładów brak tu miejsca i czasu, spróbujmy jednak zastosować je do paru niedawnych lub toczących się obecnie konfliktów.

Weźmy na przykład konflikt najdłuższy, najbardziej zażarty i uporczywy, czyli Izrael kontra Palestyńczycy o zagrabioną im ziemię.

Od początku swego istnienia Izrael wygrał prawie wszystkie bitwy i niemal wszystkie wojny. Nie zrealizował jednak ani swego celu strategicznego – podboju całej Palestyny i wyparcia z niej rodzimej ludności, ani politycznego – akceptacji jako część regionu. Nie ma też w obecnej sytuacji najmniejszych szans na zmuszenie przeciwników do szczerego, trwałego i wiążącego pogodzenia się z istnieniem Państwa Żydowskiego. Doktryny polityczna i wojenna Izraela absolutnie wykluczają traktowanie drugiej strony jako partnerów. Wszystkie zwycięzskie fanfary izraelskich rządów są zatem w znacznym stopniu propagandą, okłamującą własne społeczeństwo i resztę świata.

Przykład drugi: Wojna Stanów Zjednoczonych i ich krajów wasalnych z „terrorem” i z „islamskim radykalizmem”.

Terroryzm jest TAKTYKĄ słabych w konfrontacji z przytłaczającym przewagą przeciwnikiem. Islamski radykalizm jest ORIENTACJĄ POLITYCZNĄ – która ma korzenie w skrajnej interpretacji Islamu. Jest to zatem niematerialna abstrakcja, idea,  z którą trudno wojować przy pomocy żołnierzy, bomb i dronów. Owszem, Stany toczą wojnę, a raczej wojny, jednak nie z ideami, ale z organizacjami politycznymi walczącymi po sztandarami tych idei, a wyłonionymi przez społeczności na amerykańskim celowniku.

W wojnach tych nie chodzi tak naprawdę o zniszczenie terroryzmu, czy islamizmu/dżihadyzmu, bo idei zniszczyć bombami się nie da, ale o zmuszenie islamskich społeczeństw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej do bezwarunkowego uznania prymatu Ameryki i interesów gospodarczych i strategicznych jej elity nad ich własnymi, oraz do pełnej uległości imperialnym edyktom Waszyngtonu.

Islam, Islamizm, itp. są tu tylko propagandowym „chłopcem do bicia”, bo gdyby bliskowschodni „tubylcy” wojowali pod sztandarem np. komunizmu, czy jakichś skrajnych sekt Latającego Potwora Spagetti albo Rastafarianizmu, a nie Islamu, sytuacja byłaby podobna.

Tak czy inaczej, pomijając już absurd zbrojnego wojowania z ideami, Stany Zjednoczone nie mają szans ani na zrealizowanie swych celów politycznych – całkowitego zduszenia rebelii post-kolonialnego Bliskiego Wschodu i zmuszenia jego mieszkańców do pogodzenia się z amerykańską dominacją, ani nie mają (jak na razie) zamiaru potraktowania ich jako partnerów, których potrzeby i przekonania należy wziąć pod uwagę. Dlatego przechwałki o „Wykonanym Zadaniu” („Mission Accomplished”), czy o „zmuszonej do ucieczki Al-Kaidzie”, czy o „ustabilizowanym Afganistanie” (że nie wspomnieć już o Iraku), czy o “osłabieniu i wyniszczeniu Daesz/ISIS” są tylko chałasem propagandowej pustej beczki, mającym na celu ogłupienie przez zatarcie prawdziwego obrazu sytuacji własnego społeczeństwa i społeczeństw krajów satelickich.

Zwycięstwo w obu tych konfliktach jest w obecnych układach całkowicie niemożliwe przy użyciu dotychczasowych strategii.

Nie ulega wątpliwości, że przywództwo polityczne zarówno Izraela jak i Stanów Zjednoczonych może zdawać sobie z tego sprawę, jednak przez ideologiczne zaślepienie i dla doraźnych korzyści politycznych gotowe jest kontynuować „Wojnę z Terrorem”, poświęcając długoterminowe dobro ogółu dla dogmy i dogodzenia interesom oligarchicznych elit, które ciągną za ich sznurki, a które na tym wojowaniu zarabiają.

Bezterminowa wojna umożliwia transfer kolosalnych sum z kieszeni podatników na konta koncernów zbrojeniowych, grup finansowych, agencji wywiadowczych i prywatnych firm bezpieczeństwa.

Te pieniądze z kolei umożliwiają kupowanie polityków. Za te pieniądze politycy mogą stroić się w piórka „Obrońców Ojczyzny”, co jest najpewniejszym sposobem na zdobywanie głosów odpowiednio nastraszonych wyborców. A wyborcy/podatnicy w taki czy inny sposób płacą gigantyczne i wciąż rosnące koszty wojny. W sumie, jest to typowa dla ostatnich kilkudziesięciu lat wciąż bardziej skrajna prywatyzacja zysków i nacjonalizacja strat.

Wojny jednak są wyjątkowo ryzykownym przedsięwzięciem. Przyczyną tego jest, jak pisał w swej książce „Zasady Wojny” teoretyk wojskowości, Carl von Clausewitz, ich natura, nie pozwalająca ani na regulowanie i ograniczanie stopnia przemocy, ani na wiarygodne przepowiedzenie ich skutków, prawie zawsze pociągających za sobą „nieprzewidziane konsekwencje”, czyli rebelie, terroryzm, czy kolejne wojny. Wygrywanie bitew, czy nawet całych wojen nie gwarantuje zatem trwałego pokoju, czyli PRAWDZIWEGO zwycięstwa. To nie przypadkowo król Pyrrus zdobył sobie miejsce w historii i w przysłowiu (szkoda, że nie w polityce). Mimo że Stany Zjednoczone i Izrael posiadają obecnie ogromną przewagę materialną i logistyczną nad przeciwnikami, nie mogą być pewne zwycięstwa. Eskalacja wojenna, ryzykowne ataki i wojny, powiększają koszty prowadzenia i rozwiązania konfliktów. Zwiększanie zaangażowania militarnego podsyca konflikty zamiast je gasić, a także zwiększa ryzyko nieprzewidzianego rozwoju wypadków, mogącego prowadzić do kompromitującej klęski (jak w Wietnamie). Rosnące zadłużenie gospodarek państw imperialnych może się skończyć załamaniem gospodarczym. Kolejne wojny mogą nawet prowadzić do atomowej katastrofy globalnej.

Propaganda wojenna – manufacturing consent

Jak na razie społeczeństwa USA i ich satelitów są skutecznie mamione wojenną propagandą i odseparowane od skutków decyzji politycznych swych przywódców zaprzedanych grupom specjalnych interesów. Po zniesieniu poboru do wojska i zastąpieniu go rekrutacją najemników, synowie klasy średniej i wyższej prawie nigdy nie wracają już do domu w plastykowych workach, a ludzie widzą śmierć i zniszczenie tylko na ekranach TV i komputerów – gdzieś daleko, wśród “obcych”. Dodatkowo te obrazy są odpowiednio przefiltrowane przez oswojone media i winowajcami zniszczeń są najczęściej „ci inni”.

Gdy z rzadka i wyjątkowo opinia publiczna skonfrontuje się z horrorem wojny bezpośrednio – jak przy ataku na World Trade Centre 9/11, czy w Londynie 7/7, czy w Madrycie, czy w Paryżu, czy w Brukseli, gniew i oburzenie społeczne kierowane są nie przeciw politykom i elitom, odpowiedzialnym za wojny, których terroryzm jest konsekwencją, ale przeciw zdesperowanym fanatykom-oszołomom, szukającym zemsty. W podobny sposób reagują na napływającą do Europy falę uchodźców, wygnanych z domów przez kolonialne awantury Zachodu, lub neokolonialną nędzę i zamęt – strachem, niechęcią, pogardą i nienawiścią do ofiar, a nie do sprawców.

Światowa opinia publiczna jest z premedytacją utrzymywani w niewiedzy. Historia konfliktu z Bliskim Wschodem nie zaczyna się od Paryża czy Brukseli, czy od 9/11, ale, idąc po kolei wstecz, od 1991 – czyli pierwszej wojny z Irakiem i morderczej blokady tego kraju; od lat 1996, 1993, 1978 – czyli napaści zbrojonego przez USA Izraela na Liban; od 1967 r. – wojny 6-dniowej i okupacji Zachodniego Brzegu, od 1954 r. – brudnej wojny kolonialnej w Algierii, od 1953 r. – zamachu stanu w Iranie; od 1948 r. – czystek etnicznych w Palestynie; od 1916 r. – układu Sykes-Picot dzielącego Bliski Wschód pomiędzy mocarstwa kolonialne.

Czy będziemy potrafili kiedyś pojąć, że wszystkie incydenty terroru na Zachodzie są tylko aktami rewanżu za tę historię i miliony jej ofiar?

Czy pojmiemy, że w prowadzonej przez nas, Zachód, wojnie nigdy nie będzie zwycięstwa?

——————

[1] “To oczywiste, że zwykli szarzy ludzie nie chcą wojny. Jednak to przywódcy decydują o polityce, a pociągnięcie ludzi za sobą jest zawsze łatwe, czy to w demokracji, czy w faszystowskiej dyktaturze, czy w parlamencie, czy w dyktaturze komunistycznej. Wystarczy im wmówić, że zostali zaatakowani i oskarżyć pacyfistów o brak patriotyzmu i zagrażanie bezpieczeństwu kraju”. Prywatny komentarz Hermana Goeringa podczas procesu norymberskiego.

Przy wykorzystaniu Ian Bickerton „The Illusion Of Victory” Melbourne University Press 2011

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +17, liczba głosów: 19)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: U.S. Naval Forces Central C
The following two tabs change content below.

Chris Zwon

Chris Zwon jest autorem tekstów i przekładów publikowanych na portalu Medium Publiczne. Pragnie zachować anonimowość.