Cywile krzyczeli do mnie obelgi – mówi Powstaniec Warszawy

Ty skur**synu! – krzyczano do mnie z okien, gdy biegłem przez miasto… wyznał mi kiedyś hrabia Horodyński, wówczas 21letni podporucznik AK, Powstaniec Warszawski.

– Że co proszę? – nie rozumiałem zrazu, co w ogóle do mnie mówi. Siedzieliśmy na jego ganku na Filtrowej, a on wspominał niechętnie. Był to piękny, wąsaty mężczyzna przed osiemdziesiątką, ciągle mocno się trzymający.
– Tak krzyczeli do nas cywile – mówił. Po czym dodawał: – to właśnie oni, ludność cywilna zapłaciła cenę za Powstanie. Myśmy byli żołnierzami, nie mieliśmy wyboru, ale dowódców tej tragedii należałoby postawić pod ścianą i rozstrzelać.
Gdy usłyszałem to wtedy pierwszy raz, było to tak sprzeczne z moim szkolnym obrazem Powstania, że uznałem to za wybryk, za opinię kuriozalną i odosobnioną. Był rok 2003, jeszcze zbyt wiele o Powstaniu się nie mówiło, a już na pewno nie tak. Szybko się jednak zorientowałem, że nie jest to opinia odosobniona, że Powstanie to otchłań czerni zapamiętana pod warszawskim naskórkiem jako ciężka niezabliźniona rana, że gdzie nie podrapać, tam wylewa się ropa i krew, gdzie nie zajrzeć słychać przekleństwo i skargę. Po roku zbierania wspomnień od uczestników Powstania wyłonił mi się w głowie nowy i nieoczekiwany obraz tej Zagłady Miasta, którym chciałbym się podzielić… Powstanie Warszawskie nie było czynem zbrojnym. Było metodycznym mordowaniem bezbronnych, gwałceniem kobiet, zabijaniem chorych w łóżkach, wyrzucaniem dzieci przez okna, dobijaniem stalowymi prętami. Było powolnym i systematycznym niszczeniem wszystkiego, co dało się zniszczyć i deptaniem wszystkiego, co było do podeptania. I nie, Powstanie nie trwało 63 dni. I nie były to dni Chwały.
Dziewiętnastoletni Staszek walczył od pierwszego dnia powstania na Woli do kapitulacji 2 października w Śródmieściu – 63 dni na pierwszej linii frontu. Nie pamięta, ilu Niemców położył. Ale jego szmajser rzadko stygł. To on ze swoimi chłopcami jako ostatni zamknął właz do kanału na Starym Mieście. Tam, gdzie teraz jest pomnik, byli elitą – chłopcami z „Parasola”.
Wiem, że tak się przyjęło. Te 63 dni. I to prawda, jeśli przyjąć że Powstanie trwało tyle, ile zajęło hitlerowcom z różnych krajów świata metodyczne unicestwienie Warszawy. Ale prawda jest inna: dla większości Powstańców Powstanie trwało trzy-cztery dni, czasami kilkanaście godzin, czasami skończyło się zanim się zaczęło, 29 lipca. Tak szybko ci licealiści zostali pokonaniu i upokorzeni, tak szybko musieli uciekać, poddać się lub zginąć. W większości nie mieli nawet czym strzelać. Kto miał, ten rzucił przez okno granat, lub kamień i tyle, zostawało uciekać. Pozbawieni amunicji, wyszkolenia, kontaktu z innymi dzielnicami byli skazani na natychmiastową klęskę. Te 63 dni wytrzymała garstka facetów błyskawicznie zaprawionych w hardkorowym zabijaniu, którzy przetrwali Wolę, później Stare Miasto i kończyli na Czerniakowie. Reszta po prostu czekała na swoją kolej do mordowania.
Któregoś dnia robiłem zdjęcie kombatantowi, którego całym szlakiem bojowym było przebiegnięcie przez ulicę z prześcieradłem do szpitala powstańczego przy Kaliskiej. Miał wtedy 12 lat. A że nie miałem prześcieradła, zagadnąłem starszą kobietę idącą w stronę domu, czy nie pożyczy. Gdy jej wyjaśniłem, co robię, jej oczy zapadły się nagle i zaszły mgłą, a twarz jakby poszarzała. Głosem japońskiej lalki powiedziała patrząc w nicość przed sobą: Kule leciały jak ogień…. jak ogień… i odsłoniła kołnierz, a tam na obojczyku ukazała się głęboka wyrwa, jakby przed laty mięso wygryzł jej wielki ptak… Odeszła jak Zombie w stronę tego wspomnienia, a do mnie dotarło, że pamięć o Powstaniu jest dużo płyciej niż mi się zdawało… że wystarczy odchylić koszulę.
12-letni Boguś nie był żołnierzem AK, nie był też harcerzem Szarych Szeregów. Po prostu mieszkał z rodzicami w domu obok placówki „Gustawa”, zwanej redutą kaliską, a że ulica pomiędzy budynkami była pod ostrzałem, to Boguś nie chodził, a latał z prześcieradłami do powstańczego szpitala…
Przy Grójeckiej profesor Politechniki, wtedy szesnastolatek opowiadał mi, jak hitlerowcy (nie mówię Niemcy, gdyż po prostu wśród zbrodniarzy ze swastyką byli Ukraińcy, Rosjanie, Łotysze, Duńczycy a nawet Francuzi), sukcesywnie mordowali wszystkich po kolei, kamienica po kamienicy. Opowiadał mi jak się trząsł ze strachu, gdy widział ludzi zgromadzonych przy zejściu do piwnicy a każdemu po kolei walono w łeb tak, by sam się stoczył po schodach w dół. Gdy już wszyscy byli załatwieni hitlerowcy polewali zwłoki benzyną i wrzucali granat… I potem, nocą, on i jego wujek szli do tych piwnic i szukali w tych rozwalonych ciałach jakichś ocalałych… Po ciemku… w piwnicy… wśród trupów…
Trudno się to wspomina… Każdy z tych dzieciaków, którzy przez moment byli żołnierzami AK, szybko stawał się cywilem walczącym po prostu o przeżycie. Na Ochocie, gdzie mocniej badałem teren, wielu z tych ludzi trafiło na tzw. Zieleniak, dzisiaj przy hali na Banacha. I tam, w tych opowieściach, objawiają się Własowcy, czyli bandyci z oddziału niejakiego Własowa i RONowcy od RONA, pod dowództwem Bronisława Kaminskiego, tak, po matce Polaka. Bestie – słyszało się w ślad za tymi nazwami. Oraz gwałty. Przypalanie papierosami, nocne zabawy, wyrzucanie ciał na bruk. Ojcowie obwiązujący córki szmatami, żeby nie było ich widać, siedzący na nich jak na walizkach, żeby nie można było ich znaleźć…
Powstanie… Powstanie… Czym było Powstanie i czy powinno się wpisać w narrację polskiego patriotyzmu? Ten Baczyński zabity przez snajpera już 4 sierpnia, ten Gajcy zamordowany 16 sierpnia razem z poetą Stroińskim, te Zosie, Bronki, te Staszki… Kiedyś postawiłem pytanie: A ja, czy poszedłbym? Dziś myślę, że nie.
20-letnia sanitariuszka Zosia pędziła przez ogród sierocińca „Antonin”, jakby miała skrzydła u nóg. Pierwszy raz była pod silnym ostrzałem. Pierwszy raz była pod silnym ostrzałem! Przypomniały jej się filmy kowbojskie – należy uciekać zygzakiem! To ją uratowało. A może wnęka w murze, w której mogła przycupnąć.

Pato-patriotyzm, czyli faszyści przejmują godzinę W

Tymczasem w Muzeum Powstania debata na temat patriotyzmu i znaku Polski Walczącej w kulturze i sztuce, poprzedzająca odsłonięcie wystawy pt. Jaki znak twój, przygotowanej przez Annę Grzechnik. Kilkoro panelistów, w tym jeden Powstaniec, prowadził Paweł Kowal. Wszyscy wypowiadali się sprawnie, rozsądnie, ładnie mówiła pani Maja Baczyńska, ze swadą Grzegorz Mika, dobrze podsumował Jacek Wakar, trudno się było z nimi nie zgodzić, a jednak ma się wrażenie, że zarówno panel, jaki i wystawa ominęły coś, co Anglicy nazywają „elephant in the room”, czyli coś wielkiego, oczywistego i groźnego, o czym jakoś nikt nie chce wspomnieć.
Chodzi mi o wulgarny, odrażający „prawdziwy patriotyzm” w wykonaniu nacjonalistycznie uniesionej części społeczeństwa, która wyciąga dziś pięści w górę, wrzeszczy o Wielkiej Polsce i odpala race na rondzie – nomen omen – Dmowskiego. O ten wytatuowany na łydzie znak powstańczej kotwicy, który zapożycza męstwo od wiotkich inteligentów warszawskich, czytających poezje Baczyńskiego, by z niej zrobić znak nienawiści do Wrogów Ojczyzny, którzy najlepiej jeśli są czarni i zgejowani. O tego słonia mi chodzi… tego, który zapewne nasra nam wszystkim na głowy 1 sierpnia.
13 maja umarł Antoni Huczyński, warszawski Powstaniec, Dziarski Dziadek, człowiek promienny i radosny, który śmierci się nie kłaniał. Pamiętam, jak patrzyłem razem z nim na tłum „pato-patriotów” zebranych na rondzie Dmowskiego kilka lat temu na 1 sierpnia, i pamiętam łzę, jaka spłynęła mu po policzku o godzinie W, gdy kibole odpalili race i rozległ się wrzask. I nie była to łza wzruszenia, a głębokiego smutku. Wstydu i rozczarowania. Zapytałem go, co czuje. Stwierdził, że zapewne wszyscy ci dzisiejsi „bohaterowie”, którzy tak dzielnie wrzeszczą o śmierci dla wrogów ojczyzny, pierwsi pochowaliby się po piwnicach. I rzeczywiście, ktoś, kto poznał warszawskich Powstańców, tak jak mi to było dane, wie, że to ludzie stworzeni jakby z innej gliny, z innego tworzywa niż ci uniesieni zapałem chłopcy, którzy dopingują dziś Legię, czy wyrywają drzewa podczas Marszu Niepodległości. W Powstańcach jest światło, nie ciemność, serdeczność i poczucie humoru, nie buta i przekleństwo, delikatność i skromność, nie nie siła i pogarda. Tak Dziarski Dziadek, jak i wczoraj poznany przeze mnie Leszek Żukowski, jak i Halina Donath ps. Kotka, czy sanitariuszka Zosia, czy którykolwiek z poznanych przeze mnie Powstańców mieli w sobie przede wszystkim czar skromności, uśmiech zawstydzenia, dobroć spojrzenia i otwarcie na innych. Dziś myślę, że to właśnie są i byli prawdziwi antyfaszyści. Jak kwiaty wobec czołgów, jak wiersz przeciw podkutym buciorom, jak uśmiech wobec obelgi.
20-letnia Basia poszła na powstanie jako sanitariuszka. Dostała rozkaz obserwowania budynku koszarów SS na Pl. Narutowicza. W tym czasie 15-letnia Ania leżała krzyżem na podłodze, modląc się do dziadka powstańca z 1863 roku o rozkaz powołujący do walki. Nic z tego – była za młoda. Siostry spotkały się ponownie dopiero dwa lata poźniej.
Zastanawiam się, co się stało z mitem Powstania i z patriotyzmem w ogóle. W 2003 roku, gdy zajmowałem się tym tematem nie było jeszcze Muzeum Powstania. Wtedy – mam wrażenie – podchodziło się do sprawy z większym szacunkiem, z czystszym zainteresowaniem, szukając przewodników i nauczycieli, raczej niż samemu głosząc przesłanie. Ale coś się zmieniło i – zastanawiam się – do jakiego stopnia jest to „wina” Muzeum Powstania – i nie chodzi mi o winę cyniczną, ale o winę niezamierzoną, o grzech przy okazji. Być może taka jest dynamika dziejów, taki duch epoki, ale Muzeum opowiada o Powstaniu w pewien określony sposób. Nowocześnie, multimedialnie, chce być przystępne i ciekawe, w jakimś sensie łasi się do widza, oferując mu „produkt” powstańczy, wyjałowiony z pewnej zasadniczej prawdy o Powstaniu: że była to okrutna zagłada miasta, systematyczne mordowanie, bez glorii i chwały a w pocie, błocie, gównie i krwi. Muzeum przyjęło pewną taktykę opowieści o Powstaniu, idąc w stronę „języka młodzieży”, przekazu „współczesnego” stawiając na nowy język, który miał być zrozumiały dla „nowych pokoleń”, czyli komiks, graffiti, piosenkę, T-shirt i zabawy miejskie. 20 lat temu taka taktyka wydawała się uzasadniona, dziś jednak budzimy się w nowej rzeczywistości z tym „powstańczym produktem” w rękach i zastanawiamy się, czy myśmy tego mitu nie przerobili na plastik. Czy powstańcze łydy (tatuaże) nie są rezultatem „edukacyjnej i popularyzatorskiej” misji Muzeum Powstania? A paradoks jest głębszy i bardziej zawstydzający: dziś Muzeum zależne jest od finansowania ze strony wytatuowanej łydy właśnie! Instytucja stała się zakładnikiem własnej misji, która wróciła do niej pod postacią zwycięskiego potwora… Partii kato-nacjonalistycznej z łydą w koronie.
Można powiedzieć, że mamy to, czego chcieliśmy: mit Powstania stał się powszechny, a ta powszechność skrzeczy. Dziś, po blisko 20 latach od mojego projektu „A ja, czy poszedłbym?” jeśli mam do czynienia z powstańczą kotwicą, to na profilówce jakiegoś „patrioty”, który pisze do mnie najgorsze obelgi, jako do Żyda, ped@ła, zdrajcy ojczyzny, skurwiałego inteligencika…