Żółte żonkile. O pijanym Żydzie

I tak nie ogarnę, nie wyobrażę ani horroru tamtych chwil, bestialstwa esesmańskich katów, ani desperacji, męstwa walczących. Tępego debilizmu tych, co po nich nastali, zamieszkali ciężkie, gomułkowskie bloki, na gruzach, na kościach budowane, też nie ogarniam, chociaż jego przejawy widzę codziennie. To trochę tak, jak z prądem elektrycznym.

– Panie Pawle, pan poczeka chwilę na nas, pod Centralnym – męski, lekko zasapany głos w słuchawce -już powoli do pana idziemy.

– Okej – odpowiadam, lekko ziewam, rozłączam się.

Czemu kurwa, powoli idą? – myślę. Pewnie z grubym bagażem są. Ehh, trzeba będzie wysiąść z auta, w ten ziąb, tylną klapę otworzyć, pomóc załadować. Cholernie mi się chce. 19 kwietnia a tu minus jeden, na wyświetlaczu fluenca. Do tego nocny lodowaty wiatr wściekle gwiżdże w podcieniach dworca, widzę jak podrywa foliową torebkę do góry tuż przed maską auta, w piruetach dzikiego tańca, niesie ją w wysoko, by za chwilę porzucić, wściekle cisnąć o budkę parkingu strzeżonego przy Emilii Plater, jak znudzoną kochankę. Nie uśmiecha mi się ta perspektywa wysiadania, w aucie ciepło, Lauryn Hill kołysze soulową zaśpiewką. Cóż, taka robota.

Warszawa cała w żółtych, papierowych żonkilach dzisiaj, wspomina heroizm bohaterów sprzed 74 lat. Też się chwilę zamyślam, czekając na pasażerów, co mają powoli nadejść. W końcu mieszkam na Mirowie, prawie w samym centrum wydarzeń tamtej wiosny, 1943 roku. Nie walczyli o zwycięstwo. To było nieosiągalne. Walczyli o godną śmierć. O honor. Czy wygrali? To pierwsze pewnie tak. To drugie? Nie wiem. Na pewno nie tutaj, nie wszędzie, w tym popierdolonym, ksenofobicznym kraju, gdzie słowo ‚Żyd’ najczęściej przewija się w piosenkach stadionowych, felietonach Gazety Polskiej, a małolaty z lakierem do aut w spray’u po nocach smarują nieudolne stryczki z nieudolnie powieszonymi gwiazdami Dawida. Na tych samych murach, co krwią spływały, o ile jeszcze są. Z dopiskiem ‚Widzewo-Żydzewo’, na przykład.

Bez sensu to moje myślenie. I tak nie ogarnę, nie wyobrażę ani horroru tamtych chwil, bestialstwa esesmańskich katów, ani desperacji, męstwa walczących. Tępego debilizmu tych, co po nich nastali, zamieszkali ciężkie, gomułkowskie bloki, na gruzach, na kościach budowane, też nie ogarniam, chociaż jego przejawy widzę codziennie. To trochę tak, jak z prądem elektrycznym. Wiesz, że jest i że płynie, bo żarówka świeci. Niby ktoś ci to rozrysował, wytłumaczył przepływ plusów i minusów, na technicznym szkicu, długopisem, elektrony małymi kółeczkami obrysował. Co z tego, wątpliwość zostaje. Jak to płynie. Skąd? Dokąd? Czemu świeci?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Skup się na pasażerach, Paweł, właśnie nadchodzą. Szczęśliwie bagażu, walizek nie mają, no może taki jeden bagaż, niebagażnikowy.

Bo moich pasażerów jest czwórka. Trzech facetów, jedna kobieta. Faceci idą rzędem, jak w falandze, kobieta z przodu, jak czujka. Ona blond-włosa, macha do mnie telefonem, żebym podjechał, skrócił wytężoną pracę tych trzech, co za nią. A zwłaszcza tych dwóch, po bokach, co taszczą, ciągną pomiędzy sobą trzeciego, w środku. Jak bagaż.

Podjeżdżam, ich wysiłek skracam.

Dziewczyna otwiera tylne drzwi fluensa, panowie za nią przegrupowują się, dwóch młodszych, po bokach, wtaszcza trzeciego, starszego, co po środku, do auta. Na oko ponad 60 na karku ma ten starszy, mocno siwy, mocno postawny. Jeszcze mocniej pijany jest, nawet nie próbuje współpracować przy tym wsiadaniu do auta. Tylko woła, donośnie:

– Jestem Żydem, zabijcie mnie! – po czym szlocha. Wali od niego wódą, jak w kościele pod Wyszkowem, na pasterce. Od pozostałej ekipy zresztą też, czuję, gdy cała czwórka już na pokładzie. Starszawy gość na tylnej pośrodku, dwóch kolesi po bokach, obstawia, blondi-panna na przednim, obok mnie.

–  Trochę pan czekał, panie Pawle – mówi do mnie dziewczyna, lekko przepraszającym tonem – za to dłuższy kurs będzie, najpierw tego starszego pana odwieziemy, do domu. Zgubił się, biedaczek, w pociągu. Potem pojedziemy do nas.

– Gdzie mieszkasz, Władek? – dopytuje jednoczasowo któryś z bocznej obstawy starszawego.

– Kurwa, jak to gdzie, w Warszawie! – pada dumna odpowiedź – Warszawski Żyd jestem! Jeden z niewielu ocalałych. Kurwa, na Nowolipie jedziemy, panie szofer, cuzamen.

Kierunek w prawo, z Jerozolimskich skręcam w Jana Pawła, Nowolipie blisko, 2 kilometry, zaraz będziemy. Czerwone przy rondzie ONZ na chwilę trzyma, potem przy Grzybowskiej, wreszcie przy Solidarności, zanim skręcimy w prawo. Czerwona fala, bywa. Tak bardziej stojąc, niż jadąc, dowiaduję się historii moich pasażerów. A zwłaszcza tego w środku. Opowiadają chętnie, nawet przekrzykują się nawzajem.

A opowiadają tak, spisuję wiernie na tych światłach, sam nie widziałem:

Dwóch kumpli, w tym jeden z panną, akurat wracają z Łodzi, z meczu siatkówki. Skra podejmuje Kędzierzyn, Atlas Arena, mecz finałowy. Wszyscy kibicują mocno Bełchatowowi, z drugiego rzędu, zaraz za ławką rezerwowych siedzą. Trudno się dziwić, że Skrze kibicują, w końcu z matuli i tatula, pochodzą z Łodzi, cała trójka. Zatem za Bełchatowem, hotel Wodnik, elektrociepłownia, brunatny węgiel, serce kibica, te sprawy.

Niestety, pech, ZAKSA wygrywa ze Skrą i to bez straty seta. Mocno zawiedzeni są, wszyscy troje. Skoro tak, to przed powrotem do Warszawy, stolicy, gdzie się przenieśli parę lat temu, bo #hajs, bo #splendor, bo #wiadomo, seteczka na Kaliskiej. Nie to, żeby z pijaństwa, ot tak, za rewanż w kolejnym plejofie. Za Skrę. Potem kolejna seteczka, bo pociąg się spóźnia, a w plejofach gra się do trzeciej wygranej, w końcu. Więc trzy seteczki.

Dźwięk megafonu wyrywa ich znad kolejowego baru, zanim ustalą wynik, w tym tajbrejku in-spe. ‚Opóźniony pociąg do Warszawy wjeżdża na tor… ‚ Szybko płacą rachunek za te wódki, zielonkawy, gołolicy Jagiełło, za to w koronie, wystarcza w zupełności. Reszty nie trzeba. Prowincja, śmieją się. Na Kruczej, Żurawiej za mineralkę zapłacimy więcej. Hahaha. Bladawy kelner z Kaliskiej kłania się w pas, oniemiały. O, państwo.

Wsiadają do wagonu, trzeciego, jak ta setka w barze, nomen omen,

Tam, już w pociągu, w jego wagonie od lokomotywy, tym trzecim licząc, spotykają Władka. Starszy pan bardziej leży, niż stoi, w korytarzu między przedziałami, na pekapowskiej wykładzinie, w żółto-brązowe romby, z dumnym drukowanym logo pośrodku. Coś tam przeklina, złorzeczy, w stronę tej bladawej wykładziny, klnie. W lewej dłoni trzyma butelkę, dżinu na dnie już niewiele zostało, tak na dwa palce, najwyżej. Prawą dłonią przestrzeń łapie, ogarnia, zagarnia ją, Władek.

– Jestem Żydem! – krzyczy -Warszawski Żyd jestem! Jeden z niewielu, co są.

Z naprzeciwka nadchodzi konduktor, w groźnej czapce, w romb. Jak ten esesman, dawno, 74 lata temu.  I z czarną teczką nadchodzi. Z zabójczym wzrokiem, w służbie kolei państwowych, zbliża się nieuchronnie, podciągając okna ku górze. ‚Nicht hinauslehnen!’ krzyczą czarne napisy, na białym tle, po niemiecku, wiadomo, dla efektu. Nikt się nie odważy, ni chuja, jak po niemiecku.

***

Ogarnęli go, Władka, tuż przed konduktorem. Zapłacili za niego bilet, kartą można, w pekape. Potem wzięli do przedziału, napili się z Władkiem. Wysłuchali jego opowieści, o życiu, komponowaniu muzyki, zakochaniu, najpierw w Warszawie, potem w żonie, potem o odkochaniu się.  O muzyce, bo jest muzykiem. O trudnej pracy, o alkoholu. Wychodzeniu z alkoholu i wracaniu do niego.

O byciu Żydem w Warszawie. Jednym z paru Żydów, w mieście, gdzie już nie ma Żydów.

O pijanym Żydzie.

Tekst ukazał się także na http://uberide.war-saw.pl/2017/04/20/zolte-zonkile-o-pijanym-zydzie/

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +6, liczba głosów: 10)
Loading...
The following two tabs change content below.