Niezgoda na narracje usprawiedliwiające wzrost nacjonalizmów – polemika.

Mamy spory problem z ostatnimi tekstami Rafała Betlejewskiego, w których staje się on diagnostą socjologicznym, w tym psychologiczno-społecznym w zakresie odradzania się nacjonalizmów,  jego „rozumieniem” uczestników Marszu Niepodległości (Tekst 1), ogólną krytyką liberalnej demokracji od strony neokolonializmu (Tekst 2) i neoliberalnego niszczenia własnej i innych kultur, czy też swoistym ogólnym „usprawiedliwianiu” wzrastających nacjonalizmów europejskich i światowych (Tekst 3)

Tomasz Polak, Beata Anna Polak.

Na wstępie powiemy, że zgadzamy się zasadniczo z tymi diagnozami jako opisowym ujęciem genezy tych zjawisk. W czym więc problem? Po pierwsze w tym, że są to diagnozy znane od lat, z czego też wynika spora część krytyki tekstów Autora ze strony lewicowej, zwłaszcza zaś strony marksistowskiej, która to strona zwraca uwagę na fakt, że Autor przespał z grubsza dziesiątkę lat żywego rozwoju analiz od strony diagnostycznej, interpretacyjnej, ale też propozycji rozwiązań.

Być może jest tak, że Autor faktycznie doznał niedawno przebudzenia i zrozumienia takich zjawisk, a ich rozumienie jest modelowym rozumieniem innych „świeżo przebudzonych”, czyli – według jego narracji: pokrzywdzonych i odreagowujących swoją krzywdę w postawach nacjonalistycznych. My jednak w dalszej części tekstu zwrócimy uwagę na zagrożenia płynące z bezkrytycznej „empatii” – być może neofickiej – wobec nacjonalizmów, których źródłem są frustracje indywidualne i grupowe.

Historia aż nadto wyraźnie pokazuje, że zgoda na taki kierunek wyładowywania frustracji społecznych prowadzi do tragedii w skali światowej. Zatem rozumieć genezę to jedno, podzielać kierunek rozwiązań to drugie, tworzyć zaś i przekazywać określone narracje to trzecie.

Jako że zgadzamy się z Autorem co do genezy zjawisk (krytyka neoliberalizmu jako takiego, neokolonializmu kultury i formuł ekonomicznych kręgu zachodniego, a także upośledzenia ekonomicznego dużych grup społecznych w Polsce), przejdziemy do innych, pominiętych przez Autora aspektów owych przyczyn oraz do tragicznych przykładów z historii. A te pokazują, że tłumaczenie wszystkiego samą genezą, może się źle skończyć.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

1. Resentyment

W zakresie resentymentu jako pokłosia frustracji indywidualnych i zbiorowych sporo już powiedziano, starczy wspomnieć Fryderyka Nietzschego i Maxa Schellera. Przypomnimy jednak, bo to właśnie zdaje się umykać Autorowi, że resentyment to nieprzerobiona emocja dotycząca „nieudania się” życiowego.

Mniejsze znaczenie ma tu zarówno to, czy doznana krzywda, wynikająca z owego „nieudania się”, ma źródło we własnej nieudolności czy też w warunkach zewnętrznych, czyli jest niezawiniona, bardziej chodzi o to, że staje się ona swoistym „mottem życiowym”, osią, wedle której strukturyzuje się swoją i swojej grupy dalszą egzystencję. Resentymentalna reakcja polega na tym, że wszelkie zło deponuje się właśnie w swym rzeczywistym czy rzekomym źródle, i że nie jest nim koniecznie rzeczywisty krzywdziciel, tylko ten kto  w y d a j e  s i ę  być krzywdzicielem, a którego wskazała wypadkowa uwarunkowań traumy.

W przypadku nacjonalistów, zło deponuje się w Obcych, Innych, tych „którzy nie są nami”.

I na to nie można się godzić, jakiekolwiek rzeczywiste przyczyny stoją za resentymentalnym odczuwaniem krzywdy. Trzeba zatem odróżniać między empatią kierowaną w stronę skrzywdzonych, a empatią kierowaną w stronę ich poruszeń i działań. Warto też mieć na uwadze, że takie resentymentalne odczuwanie krzywdy podlega dalszej – społecznej już – strukturyzacji, tj. podlega mechanizmom z zakresu psychologii społecznej, niekoniecznie sprawiedliwych i zbornych.

2. Fantazmatyczna narracja

Jednym z takich mechanizmów jest tworzenie narracji oporządzających ową frustrację. Narracje te, wedle naszej autorskiej definicji fantazmatu, są wyobrażeniowym scenariuszem powołanym na okoliczność radzenia sobie z trudnym przeżyciem egzystencjalnym (tutaj: krzywdy, o których pisze w formule genetycznej Autor).

Ów scenariusz charakteryzuje się tym, że jakkolwiek całość tej narracji odpowiada co najmniej średnio do rzeczywistości (raczej odpowiada jej mniej, niż bardziej), to w obrębie samej narracji zachowana jest logika, która utrudnia dojrzenie z wnętrza takiego fantazmatu, że rzeczywistość sobie, a fantazmat sobie. Treść takiego fantazmatu można w naszym przypadku opisać następująco: „winnym naszych krzywd jest lewico-liberalny „ponadtożsamościowy” system społeczny, który funkcjonuje na naszą niekorzyść, a ratunkiem jest umocnienie naszej grupowej, tj. narodowej tożsamości”.

Jak ma się mieć ów system krzywdzicielski do narodowej tożsamości, nie jest już przedmiotem uwagi – bo przecież system, z którym walczą uczestnicy fantazmatu może doskonale podporządkowywać sobie aspekty narodowościowe – ważny jest raczej uogólniony wróg, tłumaczący nasze niekorzystne położenie. Jest nim lewica i jej eksponenci w postaciach: masona, lewaka, progresisty, homoseksualisty, transseksualisty, ateisty, feministy, a niedawno także – bywszymi czasy, bo czasy zmieniają się coraz szybciej, jak wiadomo – wykształciucha i kosmopolity. Dawniej też w postaci żyda, a obecnie – imigranta.

Nie bacząc, że grupy, o których teraz mowa są naprawdę podobnie poszkodowane w procesach „neoliberalizacji” współczesności, jak deponenci narracji patriotycznej. Ale na tym właśnie polega fantazmat, o którym mówimy, że nie sprawdza się założeń fantazmatu z jego skutkami w rzeczywistości – za duża odległość (intelektualna, emocjonalna, dyskursywna).

Zarzut z tak zwanego „Prawa Godwina” a narracja nazistowska

Niestety, okazuje się, że zarzut ten, w charakterze niegodnej erystyki, kwitnie w najlepsze (to nie jest zarzut do Autora, tylko obserwacja z zakresu „gier dyskursywnych” toczonych wokół tej sprawy. Tymczasem analogia z fantazmatyczną narracją nazistowską jest wymowna i pouczająca. Narracja ta została bowiem ufundowana na poczuciu krzywdy społeczności niemieckiej zaistniałej w wyniku: 1. tzw. Wielkiego Kryzysu, 2. Niesprawiedliwości porządku Wersalskiego.

Niemcy czuli się en masse skrzywdzeni. Taka była ówczesna niemiecka uogólniona i uwspólnotowiona emocja społeczna. Emocja ta stała się podstawą mocno ustrukturowionego fantazmatu walki. Ponieważ zasób emocjonalny był nie tylko silny, ale osadzony bardzo głęboko (w pamięci wcześniejszych krzywd i niesprawiedliwości) mógł tak łatwo, jak tego byliśmy świadkami, stać się źródłem ogromnej i zorganizowanej dynamiki nienawiści.

Trzeba to rozumieć. I nie wolno kwalifikować tego procesu jako zjawiska wyjątkowego i niepowtarzalnego. Gdziekolwiek pojawia się podobne połączenie wykluczenia, niesprawiedliwości i resentymentu, musimy słyszeć sygnały alarmu…

Wnioski

To nie jest tak, że wskazanie przyczyn danego zjawiska jest już pełnym jego opisaniem. Jeszcze są: jego jego dalsza dynamika, ustrukturowienie i skutki. Nie można od nich abstrahować na rzecz genezy czy nawet dalszej procesowości. Są jeszcze skutki  p r z e w i d y w a l n e. A o tych powinna uczyć nas skutecznie historia. Zapewne ówcześni Niemcy maszerowali w poczuciu skrzywdzenia i słuszności roszczeń. Tylko dokąd to ich i resztę świata zaprowadziło?

Dlatego nie można zdawać się na empatyczność i irracjonalność, jaką nam proponuje Rafał Betlejewski.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +9, liczba głosów: 23)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Jared Enos