Matka zaaplikowała sobie złoty strzał nim skończyłam pięć lat, ojciec zniknął miesiąc później (LIST)

Droga Redakcjo! Przeczytałam artykuł „Dla ojca byłam krową, baleronem, bekonem. Dla braci niańką. Dla matki kurwą”. Przeczytałam i załkałam. Od lat piszę książkę o tym, jak ciężkie i nieznośne bywa życie osoby z rodziny dysfunkcyjnej. Książkę opartą na moich własnych wspomnieniach. Ostatnio ktoś, kto źle mi życzy, pozwolił sobie zniszczyć laptopa, w którym były moje zapiski, muszę więc pomyśleć, skąd wziąć kolejnego i zacząć pisanie od nowa. Nieważne, ile razy będę musiała zaczynać, wiem, że w końcu mi się uda.

Czytaj tekst Dla ojca byłam, krową, baleronem, bekonem. Dla braci niańką. Dla matki kurwą.

Urodziłam się w bardzo konserwatywnej, katolickiej rodzinie. Oczywiście od maleńkiego mój ojciec „tradycyjnie” lał mnie pasem, kijem i wszystkim, co miał pod ręką. Za gorszy dzień, stłuczone kolano i… już sama nie wiem za co. Gdy go o to pytałam, odpowiadał „Czcij ojca swego i matkę swoją”.

 

A jak wyglądało moje życie ?

Matka zaaplikowała sobie złoty strzał, nim skończyłam pięć lat. Ojciec zniknął miesiąc później (pojawił się po dziewiętnastu latach, dzięki moim staraniom, ale też na chwilę). Wychowywała mnie osoba z rodziny, nazwijmy ją… B. Wychowała mnie, jak umiała, czyli na zasadzie kar za wszystko. Było klęczenie na grochu i szkle. Było bicie mokrym ręcznikiem, kablem, czym popadło. Przemoc psychiczna na porządku dziennym – jesteś nikim, po takim ojcu to możesz zostać tylko złodziejką albo morderczynią etc. Pełna demonizacja ojca i gloryfikacja matki.

Nienawidziłam w sobie wszystkiego, co odbierałam jako złe (czyli, w moim pojęciu, odziedziczyłam po ojcu) i kochałam to, co było dobre (po matce). Nienawidziłam więc tego, że umiem kłamać, kraść, bić. Ale kłamałam (żeby jakoś przeżyć w „domu”), kradłam (bo nie umiałam żyć bez słodyczy – podkradałam B. drobne pieniądze, czekoladę, cukierki) i biłam (głównie sprowadzało się to do samookaleczania, np. uderzałam pięścią w ścianę, aż lała się krew, ale zdarzało mi się także uderzyć kogoś dorosłego). Kochałam za to mnie-poetkę, mnie-śpiewaczkę, mnie-idealnie posługującą się polszczyzną. Mnie-altruistkę.

Na zewnątrz B. i ja byłyśmy wspaniałą rodziną. Zawsze uśmiechnięte, miłe dla siebie i innych, żartujące. O tak, obie byłyśmy świetnymi aktorkami. Po powrocie do domu zaczynała się codzienna tyrada o bałaganie, brudzie, puszczaniu się etc. I nie miało znaczenia, że akurat mam osiem lat i nie wiem, co to znaczy…

Wesprzyj #Medium

Kiedy miałam szesnaście lat i po raz pierwszy dostałam okresu myślałam, że mam raka, niczym bohaterka z „Ptaków ciernistych krzewów”. Ale w przeciwieństwie do niej cieszyłam się, że niedługo umrę.

Mając jedenaście lat zaczęłam bywać na czacie. Po kilka – kilkanaście razy w roku. W szkole mi się nie wiodło, byłam wyzywana, często bita. W domu to samo. Reszta rodziny nie wiedziała o tym, co się dzieje, ewentualnie traktowała mnie tak samo lub gorzej nawet niż B. (tak, mogło być gorzej – np. pojawiło się molestowanie).

Jakby tego wszystkiego było mało jestem przekonana, że B. cierpiała na zastępczy zespół Munchhausena. Odkąd sięgam pamięcią dostawałam po kilka tabletek Aspiryny dziennie, do piętnastego roku życia najdłuższa przerwa między jednym a drugim przyjmowanym przeze mnie antybiotykiem wynosiła tydzień. Robiła mi też mnóstwo zupełnie niepotrzebnych badań.
Od osiemnastego roku życia do teraz zaliczyłam kilkaset (a może więcej) spotkań z ludźmi z czatów, GG etc. Były spotkania całymi grupami (niektóre sama organizowałam), były też takie tylko we dwoje. Cały czas szukałam drugiej połówki. Tej lepszej części mnie, która jest póki co oddzielona w postaci innego człowieka.

Kilka lat temu B. wyrzuciła mnie z domu. Tak po prostu, bez wyraźnych podstaw. Nie nauczyła mnie żyć ani nawet funkcjonować. Nie umiałam sprzątać, gotować, prać, pracować tym bardziej (choć w kilku miejscach byłam już wcześniej zatrudniona). Gdybym wtedy się nie załamała, mogłabym rozpocząć nowy rozdział w moim życiu. Opuścili mnie ludzie, których uznawałam za przyjaciół. Zostałam sama. Żeby żyć – śpiewałam w centrum miasta. Zarabiałam dużo – za tygodniowy zarobek mogłabym spokojnie wynająć na miesiąc luksusowy apartament. Ale ja nie potrafiłam wtedy normalnie myśleć. Byłam jak w amoku. Wolałam rozdawać pieniądze biednym, a dla siebie kupować tylko podstawowe produkty i spać na ławce w parku.

Poznałam grupkę bezdomnych, z których jeden mi się podobał… Zamieszkałam z nim w domku na działkach. Od tej pory zarabiałam na niego i kolegów, a on bił mnie, gwałcił i upijał. Ból fizyczny był straszliwy, ale leczył moją głowę – im bardziej bolało, tym silniejsza była moja psychika, wola przeciwstawienia się. Po mniej więcej dwóch miesiącach poznałam kogoś. Po prawie roku zaszłam w ciążę. Tam, gdzie mieszkaliśmy nie było warunków dla Dziecka, więc poszłam do ośrodka. Związek Nam się popsuł, ojciec Dziecka zmarł niedługo przed wyznaczonym terminem ślubu. A ja w parę tygodni po jego śmierci, odurzona prochami na uspokojenie i antydepresantami, dałam się wykorzystać i zaszłam w kolejną ciążę (Dziecko przebywało wtedy w pieczy zastępczej i starałam się o odzyskanie praw).

W tej chwili moje życie wygląda tak, że znów mieszkam z B. (choruje, a ja nie mam serca jej zostawić) oraz obecnym właścicielem jej mieszkania, znów jestem ofiarą przemocy (tym razem „tylko” psychicznej), zrezygnowałam z pracy, straciłam dwoje Dzieci, prawa do mieszkania, nie układa mi się w związkach. W moim życiu było dwudziestu trzech facetów, z którymi poszłam do łóżka – w tym z osiemnastoma to były jednorazowe opcje. Było też kilka Kobiet, bez seksu, bo do tych relacji podchodzę zupełnie inaczej, z szacunkiem. Zawsze największą przyjemność czerpałam z dawania czegoś od siebie, nie z tego, co dostawałam.

Jestem dumna jedynie z kilku relacji, które nawiązałam i z tego, że mimo wszystko pozostałam Człowiekiem. B. zafundowała mi zniszczoną psychikę, a także ciało – z widocznych oznak nadwaga i zęby, których prawie nie udało się uratować. Od matki w spadku dostałam rysy twarzy do złudzenia przypominające (nie zdiagnozowany) FAS (płodowy zespół poalkoholowy). Od ojca – zwiększoną szansę na nowotwór, do tego garb i ogólne problemy z kręgosłupem.

Radzę sobie na co dzień, ale czasem przerasta mnie teraźniejszość – przeszłość już prawie zamknęłam.

Autorka listu chce pozostać anonimowa.  Mimo chwilowych kryzysów, wierzy, że może być lepiej, chce walczyć o swoje życie i je naprawiać.